Wydanie bieżące

1 lipca 13 (181) / 2011

Robert Rybicki,

WIERSZE

A A A
Owczarek niemiecki ugryzł

w serce poetę ukraińskiego.




Wiersze

to czarne worki. Wewnątrz,
jak by to powiedzieć, jeśli ma
jakiekolwiek prawo głosu, jeśli
jego głos i jego język będzie dopuszczony
do jakiejkolwiek pełnowartościowej
dyskusji, gdzie jest szansa na bycie wysłuchanym
i zrozumianym przez kompetentnych interlokutorów,
jest smród rozkładających się fast foodów i psich
gówienek, wyobraź sobie parasol wbity w plażę.
Tyle jest w tych wierszach, które popołudniami
kojarzą mu się już tylko z czarnymi workami - w pracy;
wewnątrz których tłoczą się szczątki turystów znalezione
na plaży, której morze wyrwało zęba piachu. Chyba życie
też jest jak nieopisane bycie turystą w Goodrington Sands.
Serca jak paliwka turystyczne. Umierając, pokątnie
zostawiają po sobie śmiechy. Miały być śmieci.

Wyjmuje pełne, wkłada nowe - proste, nie?
Wyobraził sobie polimerowe ciało śmiecioluda,
w którego cztery metry wzrostu nikt nie
chce uwierzyć, naskórek z worków foliowych, pisk
dzieci. I tak teraz zatrzaskuje pomysł jak klapę
śmietnika. Do zobaczenia w następnym wcieleniu
po recyclingu. Gdy ta książka będzie zmielona.



Obsługa punktu widokowego

Okręty amerykańskiej marynarki wojennej u skalistego wybrzeża.
Poszarpane skały zapraszają na porzuconą krewetkę.
Krewetka unosi zmutowane chitynowe skrzydło odwłoku.
Odwłok został porzucony na rzecz szybszego marszu ku wodzie.
Z wody wyczołguje się płetwonurek ze sparaliżowaną dłonią.
Dłoń wielokrotnie była prześwietlona wzrokiem olbrzymiego
pasikonika, który był wysuniętym cyplem przylądka.
Przylądek był tylko Słowem, gdy odwróciłem głowę – był.
Byłem skromnym obserwatorem ciśnień atmosferycznych,
które spłynęły ku zatoce ciągnąc kamienne chmury,
które przygniotły rozprzęgnięte nastroje nietutejszych.
Tutejsi schronili się pod popękanymi wiatami przystanków.
Turyści, zwani nietutejszymi, wykrzywili usta z pogardą,
która zazwyczaj ich nie cechowała, gdy leżeli na plaży.
Plażą nazwać można karminowy piasek pełen muszel.
Od czasu do czasu wyłania się kieł skały albo drut.
Odsłonięty drut, który śle iskry informacji, które
cierpliwie scalane są w całość służącą porozumieniu,
co codziennie zwiewa wiatr szydząc z napromieniowania.
Promienie rozwinęły swe stoickie oczekiwania na błysk.
Niewidzialna błyskawica rozwidliła się pośród chmur,
które zmiażdżyły już pół miasta i przed którymi
uciekał tłum zmarnowanych nietutejszych i tutejszych.
Wiata przystanku otworzyła się jak wieko puszki.
Wielki widelczyk blasku zawisł na moment wśród drzew.

Krata ciała wpuściła drobinki niewidzialnego.
To, co widzialne, na chwilę odeszło i wróciło
ocierając się o pancerz pancernego chrabąszcza.
Między kratą ciała a pancernym chrabąszczem
pyknęła iskra, która doprowadziła do eksplozji
mgły, a ta osaczyła miasto i zaległa wśród ulic.
Ulica stała się na chwilę patetyczną chwilą,
gdy przez światła przebiła się gwiazda,
lecz, niestety, był to helikopter inwigilacji.
Helikopter przesunął się wzdłuż wybrzeża,
lecz ten, o kogo się martwili, oglądał telewizor.
W telewizji pokazali rozprzestrzeniającą się
chmurę pyłu i przerażonych uciekinierów.
Ucieczka spowodowana była bólem głowy.

Miasto to nic innego jak wczesnośredniowieczne pole.
Pole orane jakimiś powykrzywianymi patykami.
Odsłonięto kolejny szczebel ewolucji, który
zaskoczy nas usadowionych wygodnie w fotelach.
Fotel wyprodukowany został na Antarktydzie.
Stamtąd przybędą kot i kostki lodu w szklankach.
Talerze będą rozstawione równomiernie jak kromlech.
Wyrosną kolejne chropowate części ciała, które opisać
można tylko mową ciała podczas delirycznej rozpaczy,
albo stanu neurofizjologicznej zapaści lub furii.
Mowa snu dopowie swoje bezkrwawe rejony.
Mewa jest silnikiem napędzającym wybrzeże.
Wybrzeże jest garścią trzymającą karminowy piach.

Lampa uliczna jest pomnikiem elektryczności.
Elektryczność rozświetla nasze wyobrażenia.
Wyobraźnia jest jak kostka Rubika w occie.
Octem należy oblać całe karminowe wybrzeże.
Najnowsze autostrady będą wykonane z frytek.
Po frytkach stąpają nowe rzymskie legiony.
Legiony wściekłych rekinów i mandragor.
Wypłyną z nas jeszcze niejedne złamane łzy,
które zostaną wchłonięte przez bluszcz z dna morza.
Podmorskie wodorosty wstaną i podejdą do nas.
My im możemy podarować jedynie spojrzenia.
Naszego przerażenia im nie podarujemy, choć leżaki,
dętki i opony będą ich pierwszym łupem na lądzie.
Z lądu zejdzie nowa rzymska armia ciągnąc
za uzdy krowy, ludzi i samochody na dotyk.
Okręty amerykańskiej marynarki wojennej
zostały zjedzone przez nienasycone wodorosty.

Podniosłem z ziemi kamień i uszły z niego
fale, które polerowały go od prekambru.

Czas wypoleruje i nas. Podnosząc kamień wstaję
wgnieciony przez sen, nie czując ciężaru dnia.