Wydanie bieżące

1 lipca 13 (181) / 2011

Grzegorz Mucha,

FRED FRITH SOLO I W… TOWARZYSTWIE

A A A
Jest człowiekiem podróżującym, zawierającym liczne muzyczne przyjaźnie. Koncertuje niemal wszędzie. Dowodem na to jest m.in. świetny film dokumentalny „Step Across The Border”, który zrealizowali Nicolas Humbert i Werner Penzel.

Ale o tym wiedzą wszyscy interesujący się szeroko pojętą awangardową aktywnością gitarzysty. Fred Frith bywał także w Polsce. Nie był gościem częstym, ale miłośnicy jego muzyki mieli dotąd kilka okazji, aby go wysłuchać „na żywo”. Mam wciąż w pamięci jego występy warszawskie, z triem Massacre oraz, prowadzoną przez Johna Zorna, grupą Naked City. Pamiętam jego solowy występ w bydgoskim klubie Mózg, ale nade wszystko fenomenalny koncert Fred Frith Guitar Quartet, który miał miejsce w bydgoskiej filharmonii w 1995 roku.

Tym razem artysta znów zaprezentował swój pomysł na muzykę solo. Ponadto poprowadził muzyczne warsztaty wraz z grupą polskich instrumentalistów. Ich efektem było wykonanie kompozycji na dwunastu muzyków, którymi Frith jedynie dyrygował. Poznaliśmy jego kolejne artystyczne oblicze.

Fred Frith koncerty solowe opatentował już dawno temu. Posypywanie gitarowych strun ziarnem, przeciąganie pomiędzy nimi tasiemek, czy wkładanie pod nie patyczków jest jego stałym elementem gry. Uwielbia pocierać struny różnego rodzaju przedmiotami codziennego użytku (zwoje taśm, szczotki). Jego swoisty performance szybko jednak zmienia bieg i już po chwili artysta gra. I to jak! Bo dla niego wszystko jest muzyką. Jego głowa bezustannie zbiera dźwięki z otoczenia, aby potem przetworzyć je w swój własny muzyczny świat. Występy Fritha nie stronią od hałasu, który włączył jako część składową muzyki. Czyni tak od rozpoczęcia kariery solowej, czyli od połowy lat 70. Tym samym ujawnia związki ze sceną noise, ale hałaśliwy Frith potrafi być niemal liryczny.

Tak było i tym razem. Można zatem zapytać: czy Frith jest nadal awangardowy? Skoro na scenie i w nagraniowym studiu robi wciąż takie same rzeczy. Czy prekursor gitarowych technik i brzmień żyje i tworzy w świetle nowatorstwa, czy też reflektor nad jego głową z biegiem lat zaczyna migotać? Takie pytania mi się nasunęły podczas części pierwszej koncertu. Pozostawię te pytania bez odpowiedzi. Dodam jedynie, że wielkie wrażenie robi zaangażowanie Fritha i jego wciąż szczery przekaz.

Drugi koncert, bądź druga część, odsłoniła inną stronę jego awangardowej osobowości. Dyrygowanie kompozycją powstającą niemal spod palców mistrza, przy pomocy grupki instrumentalistów… Takie działania nie są żadnym novum. To robili już inni, w tym jego muzyczny współpracownik (rywal?) Zorn. Efekt sceniczny okazał się jednak na tyle dobry, że kierunek ów wydaje się mieć także przyszłość. Wielość instrumentów akustycznych (skrzypce, wiolonczela, kontrabas, trąbka, saksofon), elektrycznych (gitara basowa, dwie gitary elektryczne, piano fender), perkusji i kobiecego głosu paradoksalnie jeszcze bardziej ujawniła bogactwo wydobywane godzinę wcześniej z gitary. To w zasadzie była ta sama muzyka. Duch muzyki Fritha był wyraźnie słyszalny.

Koncerty miały miejsce w akustycznie dobrej sali, niedawno otwartego Centrum Nauki „Kopernik”. Były początkiem większej całości, która przeszła przez kilka innych miejsc w Warszawie. Dobrze się stało, że Frith ponownie spotkał się z polską publicznością. Bardzo dobrze się stało, że artysta tym razem spotkał się też z polskimi muzykami.
Fred Frith, Centrum Nauki „Kopernik” w Warszawie, 1 lipica 2011.