Wydanie bieżące

1 lipca 13 (181) / 2011

Anna Katarzyna Dycha,

JAK WYSOKO JEST MYSLOVITZ?

A A A
Myslovitz „Nieważne jak wysoko jesteśmy…”, EMI Music Poland, 2011.
Po pięcioletniej przerwie mysłowicki kwintet wraca krążkiem, który – niestety – nie zachwyca.

Pod koniec marca grupa wypuściła singiel zatytułowany „Ukryte”. Skrojona do radia piosenka dała nam mylne wyobrażenie o zawartości płyty. To kawałek przyjemny, lekko zadumany, przy całej swojej melodyjności nawet melancholijny. Zupełne przeciwieństwo całej reszty kompozycji, które wypełniły „Nieważne… ”. Zmierzenie się z tym albumem to nie lada sztuka. Ale czy można winić nas, słuchaczy, za to, że po kilkuletniej przerwie w działalności wydawniczej zespołu spodziewaliśmy się mocnego uderzenia? Za to, że nie zadowolimy się momentami? Dostajemy więc niespodziankę. Myslovitz prezentuje materiał, którego tylko fragmenty przetrwają próbę czasu.

Otwierająca krążek „Skaza” to jeden z mocniejszych punktów w tym zestawieniu. Dużo różnic dynamicznych – początek psychodeliczny, następnie emocjonalna koda, w finale hałas. Dodatkowy plus za wykrzyczane przez Rojka na wysokości czwartej minuty wersy. Zacna rzecz. Potem jest niestety gorzej. Zamieniając zwrotkę z refrenem piosence „Art Brut” uczyniono wielką krzywdę. Wysłuchanie efektu tej zagadkowej kombinacji jest nie lada wyczynem. Przynajmniej dla mnie. Siła kolejnej kompozycji „Przypadek Hermana Rotha” tkwi w warstwie muzycznej. Ciekawa aranżacja, świetne gitary, zachwycający spokój. Pod numerem cztery czai się wspominane już „Ukryte”.

Słuchamy dalej. „Ofiary zapaści Teatru Telewizji”. Mocne, rockowe, spora wolta po melodyjnych klawiszach. Do tego zaangażowany tekst o agresji na stadionach. Nie wiem, ale ja tego nie kupuję. Warto za to posłuchać „Efektu motyla”. Przy dość nijakim tekście inspirowanym znikaniem ludzi, m.in. wyjściem żony autora do supermarketu („Patrzę na pusty dom – ciężko mi, jakiś znak?” (…) Wszystkie dni jak motyle są, mnóstwo ich, a ja wciąż”) to ciekawa muzycznie propozycja. Uderza potężną ścianą dźwięku, dużo dzieje się w finale. Jakbyśmy cofnęli się w czasie, do starego, dobrego Myslovitz. Po tym świetnym kopie dostajemy kawałek z „popsutą” gitarą akustyczną zainspirowany biografią Komedy. Mowa o „Srebrnej nitce ciszy”. To nie jest Myslovitz, jakie lubię najbardziej. Choć trafnie spostrzegające: „Niby wszystko mam, a jednak niezmiennie czuję się sam”.

Nastrój poprawia mi „21 gramów”. Napięcie narasta, Rojek zbliża się do krzyku, finał jest zaskakująco piosenkowy. W tekście powrót do przykrych lat dzieciństwa z „pijanym domem” i pytania o dobre ojcostwo. Ile trzeba przecierpieć, by trafić do przysłowiowego nieba? Płytę zamyka „Blog filatelistów polskich” z ciekawie urwaną końcówką.

Ta płyta to dla mnie trudne doświadczenie. Ba, jej pierwsze przesłuchanie nazwałabym nawet problemem. Zakończyło się ono przełączaniem z utworu na utwór. Dopiero później udało mi się wysłuchać wszystkiego od początku do końca. To już nie jest Myslovitz pełne szczerych emocji i tekstów, które zostawały w głowie. Ten krążek ma wprawdzie ciekawe momenty – jak się okazuje – są to przede wszystkim melodie wyciągnięte z archiwum (m.in. „Skaza” czy „Przypadek Hermana Rotha”), ale całość? Trudno jej bronić. Dobry zespół wydał album przeciętny. Odkładam go na półkę – trochę zaskoczona, że Myslovitz powróciło taką właśnie płytą. Kto będzie o niej za kilka lat pamiętał? Artyści z Mysłowic mogą się przecież pochwalić dużo lepszymi pozycjami w dyskografii. Może trzeba więc spojrzeć na to wydawnictwo jak na część większej całości. Wszak – jak przyznaje grupa – „w najbardziej twórczym czasie w jej karierze” skomponowała 18 utworów. „Nieważne…” to zaledwie ich połowa. Jaka będzie partia numer dwa? Przekonamy się najprawdopodobniej wiosną przyszłego roku.