Wydanie bieżące

1 lipca 13 (181) / 2011

Maciej Duda,

PANORAMA CZY PANOPTIKUM?

A A A
Aliteracja w tytule polskiego przekładu powieści Jergovicia „Srda śpiewa o zmierzchu w zielone świątki” sprawia, że potencjał jergoviciowskiej narracji lokujemy w języku deklamacji, melorecytacji. Tytułowa fraza zdaje się być wprowadzeniem do snutej w ciemnościach dziwnej opowieści/pieśni Srdy - doświadczonej i wiedzącej kobiety, która opowiadając historię, udzieli nam przestrogi, pouczy nas. Toteż zaskoczeniem stają się już pierwsze frazy powieści, z których dowiadujemy się, że Srda jest nastoletnią dziewczynką, jej pierś została rozcięta i zaszyta chirurgicznym szwem, a z jej ust, poza kilkoma śpiewnymi frazami przypominanymi przez innych bohaterów, nie padnie właściwie ani jedno zdanie. Wypadałoby się jednak zastanowić nad tym, o czym śpiewa Srda? Jej głos przestrzega mężczyzn przed kobietami, uwodząc ich, nakazuje im uwagę „Strzeż się, kogo bierzesz / na ofiarę sobie / Bo mnie się pozbędziesz / tylko po mym trupie / jak już będę w grobie”. Powyższa fraza w ustach nastoletniej dziewczynki tańczącej na jednym z zagrzebskich skrzyżowań, potrząsającej długimi, czarnymi, splątanymi włosami oraz odsłaniającej piersi, jest oczywiście prostym, ulicznym chwytem marketingowym. Towarem staje się młode ciało. Narrator Jergovicia nie próbuje jednak oceniać moralności żadnej ze stron ulicznej transakcji, nie interesuje go też to, czy Srda jest ofiarą i w jaki sposób się nią stała. Jej ciało staje się tylko rekwizytem, dowodem w sprawie o morderstwo. Zagadka zabójstwa nie dotyczy jednak Srdy lecz Jugosławii.

Tytuł polskiego przekładu niesie w sobie podwójną możliwość odczytania. Nie wiemy bowiem, czy Srda śpiewa o zmierzchu, czyli po prostu wieczorną porą, czy też o zmierzchu, czyli o tym, co wydarzyło się w świąteczny wieczór 15 maja 2005 roku, kiedy została uduszona. Wiemy tylko, że tytułowa bohaterka zginęła i nawet po śmierci, leżąc na zimnej, zielonej płycie, naga i szara, przecięta nieregularnym szwem sądowego patologa, jest kusząca i doskonała. Nawet po swej śmierci niepokoi bohaterów jergoviciowskiej opowieści.

Nie znamy pochodzenia Srdy. Zapytana o korzenie, myląc tropy, wymyśla długie i szeleszczące nazwy miast i krajów, z których przyjechała. W podobny sposób zdradza swój wiek. Nieuchwytna, kusi wyimaginowaną doskonałością i obietnicą szaleństwa, a kolejni bohaterowie stają się jej ofiarami.
Narracja Jergovicia rozpada się na pięć osobnych części zakończonych „Epilogiem”. Każda z nich zatytułowana zostaje męskim imieniem głównego bohatera. Lazar, Lovro, Ile, Svjetlan, Toma; co ich łączy? Niewiele i bardzo dużo jednocześnie. Obie odpowiedzi są prawidłowe. Niewiele, ponieważ ich opowieści są wsobne, równoległe. Przecinają się tylko w chwili spotkania Srdy. To ona, za życia i po śmierci, łączy ich wątki. Z drugiej jednak strony, mimo tego, że bohaterowie (poza ostatnią parą) się nie znają, ich życiorysy potraktować możemy komplementarnie. Od początku celem narracji nie jest bowiem rozszyfrowanie zagadki śmierci tytułowej bohaterki, tylko opis ostatnich pięćdziesięciu lat z życia Zagrzebia. W ten sposób „Srda śpiewa o zmierzchu w zielone świątki” staje się kontynuacją „Ruty Tannenbaum”. I w jednym i w drugim przypadku ośrodkiem narracji staje się dorastająca dziewczynka, związany z nią skandal i medialne oraz policyjne rozgrywki. Każdorazowo jest to jednak tylko zaczyn, na którym pęcznieje lub fermentuje historia Zagrzebia i jego mieszkańców.

Przyczyna śmierci Srdy zostaje unieważniona podobnie jak prawdziwa biografia aktorki Lei Teutsch, pierwowzoru Ruty Tannenbaum. Opisując przedwojenny zagrzebski antysemityzm, Miljenko Jergović wykorzystał teatralny i baśniowy entourage. Atmosfera strachu, podłości i nikczemności przykryta została tajemnicą z pogranicza chasydzkich tradycji i przypowieści. Rozkład zagrzebskiego społeczeństwa Jergović nakreślił w lekki, prawie humorystyczny sposób. Autor posłużył się anegdotą i przypowieścią. Nierealna, baśniowa historia Ruty pomogła Jergoviciowi opowiedzieć o losach zagrzebskich Żydów, ale przede wszystkim stała się przypowieścią na temat ludzi, którzy, mieszkając w tym samym mieście, nagle stają się dla siebie śmiertelnymi wrogami. Tak ujęta narracja jednocześnie odnosi się do bratobójczych konfliktów między narodami byłej Jugosławii, które wybuchły pół wieku później, dzięki czemu „Rutę Tannebaum” czytać możemy jako parabolę.

Epicka forma wykorzystująca historyczny sztafaż i elementy biografizujące spełniła zatem podwójną rolę. Po pierwsze pokazała, że historii nie da się odtworzyć, zawsze powstanie jakaś luka, przerwa, którą będzie trzeba zapełnić, po drugie, mimo czasowego oddalenia, fabuła stała się nader aktualna. „Ruta Tannenbaum” jest powieścią reprezentującą w literaturze chorwackiej pierwszych lat XXI wieku nurt nowohistoryczny. Nurt ów opiera się na przedstawieniu historycznych wydarzeń na kanwie rodzinnej opowieści, jaką (od)budować można, przeglądając rodzinne archiwa. Jej celem jest zarysowanie mikrohistorii i mikrotożsamości, które choć nie kształtowały wydarzeń dziejów, to zostawały od nich zależne. Nowohistoryczny nurt pozbawiony ma być wymiaru ideologicznego i politycznego. Skupiać ma się raczej na ogólnej refleksji nad sensem dziejów. Przypominać o tym, jak nietrwałe są kategorie społeczeństwa i narodu. Zderzać je z mniejszymi, trwalszymi wspólnotami lub jednostkami.

„Srda śpiewa o zmierzchu w zielone świątki” obrazuje to, co w Zagrzebiu wydarzyło się od czasu powstania i późniejszego upadku niezależnego państwa chorwackiego, poprzez rządy marszałka Tito, aż po krwawy rozpad jugosłowiańskich republik. Pięć części powieści to pięć prób naszkicowania tej samej historii miasta. Mimo trzecioosobowej narracji, każdorazowo ukazana zostaje inna perspektywa. Bohaterów różni wykształcenie, pochodzenie, wiara, językowe naleciałości. Identyfikują się z innymi hierarchami wartości społecznych i religijnych. Te istotne różnice nie zabraniają im spotkać się w jednym miejscu, w Zagrzebiu. Owo spotkanie nie jest jednak przyjemne. Zamiast koegzystencji zrodzi lęk.

Opowieści nocnego stróża kostnicy, śledczego rozwiązującego sprawę śmierci Srdy, podejrzanego o morderstwo dostarczyciela cevapów, przypadkowego przechodnia czy właściciela jazzowego klubu ukazują Zagrzeb jako miasto strachu. Jego mieszkańcy nie znają bowiem dnia, ani godziny, w której nagle staną się persona non grata na własnej ulicy. Oglądani i podglądami, cały czas śledzą i przyglądają się innym. Zdają sobie sprawę z tego, że w każdej chwili zdradzić ich może niewłaściwy akcent, ton głosu, albo zalegające pod pościelową bielizną rodzinne pamiątki czy albumy rodziców i dziadków, ich dawne, zmienione nazwiska. Dlatego jeden z bohaterów rozmyśla o tym, by „teraz ustawić te wszystkie filiżanki na parkiecie dnem do góry, żeby zostały tylko fusy, a potem odczytać z nich jakąś przyszłą przeszłość” (s. 170.)

Według polskich recenzentów atmosfera duszności Zagrzebia, ciągła podejrzliwość i strach przed sąsiadami obrazować mają „prawdziwe bałkańskie piekło”. Cóż, ta najprostsza z ocen musi pojawić się w momencie omawiania literatury postjugosłowiańskiej. Wędrowna, niestała, ukazująca ciągłą plątaninę nienawiści i historycznych zaszłości narracja; absurdalne epizody ukazujące ponadprzeciętnie zdolnych i silnych herosów, którzy musieli upaść tylko dlatego, że urodzili się w tej niespokojnej krainie; przegapione lub zignorowane talenty, wreszcie cała galeria dziwnych, cyrkowych bohaterów, z nieskończonym katalogiem ich natręctw i utajonych, niespełnionych pragnień, które w pewnym momencie znajdą ujście i ujawniają się w najbardziej nieprawdopodobny sposób, szokując rodziny i sąsiadów tych cichych i spokojnych dotąd rzemieślników lub pracowników - to wszystko sprawia, że świat nakreślony przez Jergovicia można by porównać do podziemnych jugosłowiańskich wizji Emira Kusturicy. Między nimi jest jednak istotna różnica. W chwili gdy Kusturica poprzestaje na użyciu stereotypu i nadaniu mu wyłącznie ludycznego wydźwięku, Jergović ów stereotyp wyostrza, deformuje do granic wytrzymałości, przejaskrawia, przez co w samoistny sposób zostaje on podważony. Co więcej, starając się prezentować różne punkty widzenia, autor „Freelandera” dokonuje orientalizacji samego siebie i swoich bohaterów, przez co odrzuca łatwy zarzut o postkolonialne przedstawienie opisywanego skrawka Bałkanów. To odsyła nas do badań Marii Todorovej czy Milicy Bakić-Hayden, które, korzystając z podstawowej siatki pojęć krytyki postkolonialnej, konstruują pojęcia specyficzne dla omawianej przez siebie przestrzeni geograficznej, politycznej i kulturowej. Te pozwalają na bliższy, dokładniejszy ogląd specyfiki kolonializmu i postkolonializmu Bałkanów, a wreszcie na wyzyskanie pojęć hybrydy i autorebałkanizacji, które stają się konkurencyjne zarówno dla postkolonializmu Ewy Thompson, jak i postzależności Hanny Gosk. Tak pojęta panoptykalność Jergovicia nastawiona jest na podglądanie i ujawnienie wad oglądającego. On sam staje się obiektem obserwacji, po której nie następuje jednoznaczna, odgórna autorska diagnoza. Widoczne pozostają tylko objawy. Właśnie ów brak tez i ocen sprawia, że trudno jest przecenić pisarstwo Jergovicia, który zarówno tożsamościowo, jak i literacko, nie chce poddać się jednoznacznej narodowej klasyfikacji.
Miljenko Jergović: „Srda śpiewa o zmierzchu w zielone świątki”. Przeł. Magdalena Petryńska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2011 [seria: Inna Europa, inna literatura].