Wydanie bieżące

15 lipca 14 (182) / 2011

Magdalena Kempna-Pieniążek,

NAZNACZONY POWTÓRZENIEM

A A A
Konstatacje większości krytyków i teoretyków zdają się potwierdzać tezę, że horror jest obecnie jednym z najbardziej ekspansywnych gatunków. Świadczy o tym chociażby ilość jego współczesnych form, obejmujących m.in. torture porn czy found footage horror, które występują obok nieco starszych formuł: horrorów satanicznych i wampirycznych, slasherów czy klasycznych ghost stories, nie wspominając już o fali remake’ów i rebootów najpopularniejszych serii. Jednakże dzisiejszy status horroru wydaje się mocno paradoksalny. Jak zauważa Bartosz Czartoryski („Kino” 2010, nr 9), popularność tego gatunku przyczyniła się do jego przewartościowania: z późnonocnych seansów przeznaczonych dla widzów (raczej) dorosłych horror przewędrował do multipleksów, gdzie stał się niemalże niedzielną rozrywką dla całej rodziny. Źródłem kolejnego paradoksu jest fakt, że mimo tak wielkiego rozplenienia konwencji trudno stwierdzić, że współczesne kino oferuje nowe sposoby straszenia widzów. Torture porn to wszak często ekstremalny wariant kina gore, a w filmach realizowanych w formule tzw. „znalezionych taśm”, jak stwierdza Czartoryski, straszy to samo, co w klasycznych horrorach: skrzypiące drzwi, przemykające gdzieś na peryferiach pola widzenia cienie itd. Tym, co się zmienia, jest jednak z pewnością układ akcentów: np. autotematyczność reality horrors, których bohaterem często jest kamera, albo zdecydowany akces do uniwersum pornografii przemocy, jak w dziełach spod znaku torture porn. I to właśnie te z pozoru niewiele znaczące przesunięcia wydają się najbardziej interesujące.

Powyższy (nieco przydługi) wstęp wydaje się konieczny w perspektywie problemów, jakie nasuwa interpretacja „Naznaczonego” Jamesa Wana, swoją drogą popularyzatora konwencji torture porn. Najnowsze dzieło twórcy pierwszej „Piły” można oczywiście próbować oglądać jak „każdy inny” horror. W takich wypadkach zalecam wyłączenie czujności i chłonięcie ponurej atmosfery filmu. Ponieważ jednak „Naznaczony” wydaje się próbą horroru postmodernistycznego, można czytać go także na poziomie „meta”. Niekiedy nawet wydaje się, że twórca – oscylując na granicy parodii – stara się widza do takiej interpretacji zmuszać. Tym samym „Naznaczony” staje się (nie wiem, czy na pewno świadomym) komentarzem do wspomnianego wcześniej paradoksu funkcjonowania horroru w kinie najnowszym.

Na określenie produkcji takich jak „Naznaczony” stosuje się czasem wyrażenia „film matka” albo „film matryca”. Oczywiście sformułowania te mają sens w postmodernistycznym dyskursie, który (przynajmniej częściowo) zawiesza dominację linearności i w nietradycyjny sposób oświetla problematykę wpływu. Mowa tutaj bowiem o filmach, które nie są „matkami” pewnych konwencji czy „matrycami”, na bazie których konstruuje się kolejne dzieła, lecz skłaniają do lektury ujawniającej w nich obecność wszystkich – albo prawie wszystkich – dostępnych we współczesnym gatunku konwencji, rozwiązań fabularnych czy narracyjnych. Innymi słowy, wszystko (prawie wszystko), co wiemy o najnowszym horrorze, zostało w „Naznaczonym” przynajmniej przemycone, jeśli nie wyraźnie zasygnalizowane.

Oto pewna szczęśliwa rodzina (rodzice plus trójka dzieci, w tym niemowlę) wprowadza się do wielkiego, ponurego domu, w którym wkrótce zaczynają dziać się niepojęte rzeczy. Przedmioty zmieniają swoje położenie, z dziecinnego pokoju dobiegają dziwne odgłosy, za oknami przesuwają się straszliwe cienie itd. Pierwszym punktem kulminacyjnym jest dziwny wypadek jednego z synów, Daltona (Ty Simpkins), który po wieczornej eskapadzie po strychu zapada w tajemniczą śpiączkę. W tej partii filmu dominuje oczywiście konwencja ghost story. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z klasyczną opowieścią o nawiedzonym domu. Co jednak ciekawe, tradycyjnym rozwiązaniom narracyjnym towarzyszy forma stylizowana na reality horror: sporo tu ujęć kręconych „z ręki”, kadry są pod względem kompozycyjnym celowo niedopracowane, a oszczędna ilustracja muzyczna potęguje klimat grozy.

Wolta następuje w momencie, w którym eskalacja zjawisk nadnaturalnych skłania Lambertów do przeprowadzki do dawnego domu głowy rodziny, Josha (Patrick Wilson). Ku przerażeniu głównej bohaterki tego segmentu fabuły, Renai (Rose Byrne), zmiana miejsca zamieszkania nie polepsza sytuacji, a złośliwe siły nadal nękają jej bliskich. Kiedy w domu pojawia się ksiądz, a eksperci od zjawisk paranormalnych stwierdzają obecność demona, staje się jasne, że w schemat fabularny oparty na słynnym „Duchu”, z którego Wan bez skrupułów po prostu ściąga i podkrada kolejne zwroty akcji, wpleciona zostaje kolejna formuła, tym razem horroru satanicznego, z dominującym motywem opętanego dziecka. Wyliczenie można byłoby kontynuować jeszcze długo. Aby jednak nie zdradzać zbyt wielu elementów fabuły, dodam tylko, że w filmie Wana znaleźć można cytaty z „Lśnienia” Stanleya Kubricka czy aluzje do grozy á la David Lynch. W efekcie oglądanie „Naznaczonego” uruchamia mechanizm odbiorczy polegający na przewidywaniu na bazie rozszyfrowanych nawiązań, „co będzie dalej”. Wan przy tym bynajmniej nie stara się iść owym przewidywaniom na przekór. O ile jeszcze pierwsze minuty filmu pozostawiają wrażenie, że akcja może rozwijać się według kilku różnych schematów, o tyle kolejne fabularne wolty rozgrywają się według łatwego do przewidzenia porządku.

Jak gdyby świadomi tego, że niczego nowego nie są w stanie powiedzieć, twórcy filmu starają się wzmocnić efekt poprzez skupienie na stronie formalnej. I tutaj znowu dochodzi do głosu mania kopisty. „Naznaczony” to bowiem „film matryca” także pod względem zastosowanych środków, zarówno tych wizualnych, jak i dźwiękowych, służących na ogół budowaniu nastroju grozy. Chociaż efekt jest satysfakcjonujący, wydaje się, że nie w tym leży siła filmu. Słowo „siła” brzmi tutaj zresztą dość ambiwalentnie, w zależności bowiem od oczekiwań i przyjętej perspektywy, to, co mam na myśli, może być także odebrane jako największa słabość „Naznaczonego”.

Chodzi tutaj przede wszystkim o rozsadzający dzieło Wana od środka żywioł dekonstrukcji. Wydaje się, że nie mogąc wprowadzić żadnego nowego wątku, twórcy „Naznaczonego” próbują niektóre z cytowanych przez siebie i dobrze zadomowionych w filmowej tradycji motywów posunąć do ekstremum graniczącego z absurdem. W pierwszej części filmu na przykład jednym z rzeczników grozy staje się elektroniczna niania, za pomocą której rodzice kontrolują to, co dzieje się w pokoju niemowlęcia. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że do technohorroru z założenia tu daleko, nie sposób nie zauważyć, że takie rozwiązanie ociera się o parodię. Podobnie zresztą dzieje się w przypadku pary „specjalistów” od zjawisk paranormalnych, który towarzyszą Elise (Lin Shaye), utalentowanemu medium. Bohaterowie ci wnoszą do filmu aurę komedii, szczycąc się swoim „zaawansowanym” sprzętem umożliwiającym zobaczenie duchów, bazującym na przerobionych dziecięcych zabawkach. Rzucając od czasu do czasu dziwne, oderwane komentarze na temat tego, co dzieje się w rodzinie Lambertów, przypominają trochę tricksterów, nie pozwalając zapomnieć, że wszystko, co oglądamy, to tylko kreacja bazująca na popkulturowych motywach. Pomijając fakt, że bohaterowie ci również mają swoje pierwowzory w setkach drugoplanowych postaci z klasycznych horrorów, nie bez znaczenia dla lektury autotematycznej wydaje się fakt, że w jednego z nich wciela się Leigh Whannell, stały współpracownik Wana, scenarzysta „Naznaczonego”. Oczywiście wątki komediowe w horrorach nie są niczym niezwykłym, niemniej jednak sposób, w jaki wprowadza je Wan w „Naznaczonym”, prowadzi prawie do rozbicia wszelkiej iluzji i skupieniu uwagi widza na intertekstualnych grach raczej niż na śledzeniu – w tym momencie już przewidywalnej – fabuły filmu.

„Naznaczony”, tak jak wiele dzieł opartych na zjawisku dwukodowości, wymyka się jednoznacznym ocenom. Zwolennikom mocnych wrażeń i poszukiwaczom oryginalności przynieść może ostatecznie rozczarowanie, którego nie zagłuszy chyba nawet kilka rzeczywiście dobrze rozegranych scen. Z kolei interpretatorom i znawcom tradycji gatunku może zapewnić dodatkową rozrywkę polegającą na śledzeniu wspomnianej wcześniej matrycy. Nie jest to z pewnością ani arcydzieło filmowego postmodernizmu, ani doskonały horror. Nie sposób jednak nie docenić tego, że świadomi pułapki powtórzenia, jaka na nich czyha, twórcy filmu bez wahania postanowili w nią wejść, być może po to, by wynieść z niej kilka motywów, które – nawet jeśli zostały już przywołane setki razy – zawsze się sprawdzają w formule niezbyt wymagającej, sprawnie skonstruowanej rozrywki.

LITERATURA:
Czartoryski B.: Upiory XXI wieku. „Kino” 2010, nr 9.
„Naznaczony” („Insidious”). Reż.: James Wan. Scen.: Leigh Whannell. Obsada: Patrick Wilson, Rose Byrne, Lin Shaye, Leigh Whannell, Barbara Hershey. Gatunek: horror. Produkcja: USA 2010, 103 min.