Wydanie bieżące

15 lipca 14 (182) / 2011

Paweł Świerczek,

ARS INDEPENDENT: MADE IN INDIA

A A A
Kino lubi buntowników – tych bez powodu i tych z wyboru. Nieważne, w jakiej sprawie walczą, liczy się ich hart ducha i nieco utopijny, acz urzekający idealizm. Osobiste rebelie filmowych bohaterów ujmowane są w formuły obowiązujące w systemie, przeciw któremu się buntują. To wentyl bezpieczeństwa, zamknięta przestrzeń kontrkulturowych wartości kontrolowana przez kulturowe instytucje. Widzowi pozwala się filmowego buntownika podziwiać i uwielbiać, a jego z kolei idealizuje się, by w finale opowieści symbolicznie go ukarać. Taki już los tego, który odważył się pójść pod prąd…

Kino nie lubi buntowników – tych po drugiej stronie kamery, poszukujących twórczej wolności czy nowych form wyrazu. Niepokorność wobec zinstytucjonalizowanej kinematografii znajduje poklask na festiwalach, jednak poza nimi często okazuje się wilczym biletem na filmową imprezę. Zwłaszcza w Azji. Irański reżyser, Jafar Panahi, bohater jednej z retrospektyw pierwszej edycji Ars Independent, trafił za buntowanie się do więzienia. Indyjskiemu twórcy, ukrywającemu się pod pseudonimem Q (Kaushik Mukherjee) raczej to nie grozi, trudno jednak oczekiwać, że jego rodacy będą mogli obejrzeć „Gandu” – film prezentowany w sekcji konkursowej katowickiego festiwalu, a także na największych światowych imprezach filmowych z Berlinale na czele.

„Gandu” znaczy „Dupek”. Tytułowy bohater (Anubrata) to chłopak u progu dorosłości. Nie pracuje, podkrada pieniądze swojemu ojczymowi i marzy o byciu sławnym raperem. Jego codzienność rozgrywa się na kalkuckiej ulicy; swój czas bohater dzieli pomiędzy oglądanie filmów porno, przesiadywanie w kafejce internetowej oraz spotkania z Rikszą (Joyraj) – rikszarzem i fanatycznym wielbicielem Bruce’a Lee. Razem oddają się narkotykowym intoksykacjom, dyskutują o seksie i marzą o lepszym jutrze.

Gandu nie jest ani sympatyczny, ani nadzwyczaj inteligentny, urodą także nie grzeszy – posiada wszelkie cechy dyskredytujące postać pretendującą do miana głównego bohatera mainstreamowego filmu indyjskiego. Q stworzył dzieło antybollywoodzkie już na poziomie fabuły, wywracając i zwyradniając wszelkie popularne motywy. „Grzeczny bunt” przeciwko zastanemu porządkowi społecznemu zmienia się tu we wściekłość wyrażaną w niewybrednym, ulicznym języku i agresywnej formie filmu; wątek miłosny zastąpiły sprośne teksty piosenek, podglądactwo oraz realistyczne sceny niesymulowanego seksu i masturbacji; rodzina rozpada się na kawałki, a jej dom jest przestrzenią, w której nie ma szans na porozumienie i rozwój osobowościowy. Gandu cierpi z powodu niezaleczonego kompleksu Edypa, śniąc o swojej matce, która jawi mu się w postaci bogini czasu i śmierci – Kali, silnie zakorzenionej w legendach o początkach Kalkuty. Takie zestawienie pozwala czytać ten motyw jako metaforę nadmiernego uzależnienia indyjskich filmowców (czy szerzej, twórców i całego społeczeństwa) od tradycji. Postać, która nawiedza Gandu w snach, to nie tylko jego matka, nie tylko Kalkuta, ale i archetypiczna Matka Indie (parafrazując tytuł klasycznego filmu hindi z lat 50.) – już nie wspaniała, dostojna, pokorna i opiekuńcza, ale przerażająca, wyuzdana, zakłamana i prześladująca własne dzieci. Q nie rzuca jednak oskarżeń, raczej wskazuje na newralgiczne punkty indyjskiej kultury.

Za wywrotową treścią idzie forma, której dominantą jest teledyskowy montaż intensyfikujący przekaz. Rytm nadają filmowi chwytliwe punkowo-rapowe utwory (brawurowo wykonane podczas festiwalowego koncertu przez reżysera oraz autora muzyki – Neila Adhakariego), a styl wizualny definiują czarno-białe zdjęcia (z kilkoma kolorowymi wstawkami) i angielskie napisy zmyślnie i trwale wtłoczone w strukturę narracyjną. „Gandu” atakuje i obezwładnia widza, wprawiając w osłupienie, z którego trudno się otrząsnąć jeszcze długo po seansie.

W wielu recenzjach można spotkać się z zarzutami dotyczącymi intelektualnej miałkości filmu. Z „Gandu” podobno niewiele wynika, a za atrakcyjną formą kryje się nikła wartość treściowa. Choć być może jest w tym ziarno prawdy, trudno nie ulec wrażeniu, że takie było zamierzenie reżysera. „Gandu” jako protest-film ma być przede wszystkim krzykiem wyrażającym dezaprobatę wobec zastanej rzeczywistości, krzykiem domagającym się zmian. Trudno oczekiwać więc filozoficznego traktatu. Q udało się to, co nie wyszło Przemysławowi Wojcieszkowi w zaskakująco podobnym „Made in Poland”. Bunt Bogusia z filmu polskiego reżysera nie wiąże się z żadnym pomysłem na siebie czy choćby namiastką wizji innego świata. Destrukcja, której bohater dokonuje, jest bezproduktywna, a jego działania irracjonalne i nieszczere. Gandu – a co za tym idzie, również Q – wie, czego chce, destrukcja w jego wydaniu jest jednocześnie kreacją. Jego postulaty są być może banalne, ale kluczowe, zwłaszcza dla twórcy: całkowita wolność i możliwość robienia tego, czego się pragnie – oto stawka, o którą walczy.

To nie tylko bunt przeciwko mainstreamowi, obłudzie i naiwności popularnego kina indyjskiego. To także zwrot przeciwko tradycji intelektualnej, wyraźnie obecnej w Bengalu, z którego pochodzi reżyser. Antybollywoodzkość „Gandu” stanowi tylko jedną stronę medalu. Równie daleko mu do „Czasem słońce, czasem deszcz” jak do filmów mistrza indyjskiego kina niezależnego, Satyajita Raya. Twórczość Bengalczyków (zarówno filmowa, jak i literacka) często charakteryzuje się społecznym zacięciem. Kontekst socjologiczny u Q przybiera formę przedziwnego, karykaturalnego kalejdoskopu patologii i zwyrodnień. Reżyser pokazuje wszystko to, co inni indyjscy twórcy – nawet przedstawiciele tzw. parallel cinema – woleliby przemilczeć lub co najwyżej delikatnie zasugerować. Jednocześnie, dzięki wspomnianej formie, zachowuje odpowiedni dystans do ukazywanej rzeczywistości. „Gandu” jest krzywym zwierciadłem przechadzającym się nie tylko po ulicach Kalkuty, ale i po indyjskich kinach – zarówno multipleksowych, jak i arthouse’owych.

Poza wszystkim innym, z filmu Q płynie rozbrajająca szczerość, która jest chyba największą siłą „Gandu”. Reżyser nie szokuje dla samego szokowania, a jego ekranowe eksperymenty nie wiążą się z obrażaniem kogokolwiek. To czysta manifestacja wolności i własnych przekonań, na przekór wszystkiemu i wszystkim. Również na przekór widzowi. Bez pretensji i zadęcia, bez niepotrzebnego artystostwa, z uśmiechem na twarzy. Jest w tym coś nieprzyzwoicie ujmującego.
„Gandu” („Gandu”). Reż.: Q (Kaushik Mukherjee) Scen.: Q, Surajit Sen. Obsada: Anubrata, Joyraj, Kamalika, Shilajit, Rii. Gatunek: musical / komediodramat. Produkcja: Indie 2010, 85 min.