Wydanie bieżące

15 lipca 14 (182) / 2011

Magdalena Piotrowska-Grot,

KTO JEST KIM? SZALEŃSTWO W „NORWEGIAN WOOD” H. MURAKAMIEGO

A A A
And when I awoke I was alone, this bird had flown.
So I lit a fire, isn't it good, norwegian wood?


Od lęku po fascynację

Szaleniec zawsze stanowi zagadkę. Nie wiemy co dzieje się w umyśle „chorego”, nie wiemy czego się po nim spodziewać, jak mu pomóc. Tak duża ilość pytań, na które nie sposób udzielić jednoznacznej odpowiedzi, pobudza ciekawość, skłania do badań i poszukiwań. Budzi lęk. Boimy się dlatego, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć, na czym polega szaleństwo, nie jesteśmy nawet w stanie dokładnie stwierdzić, gdzie kończy się normalność, a zaczyna skorzenie.

Inni, nieodgadnieni, niekomunikatywni – szaleńcy są w społeczeństwie marginalizowani. Nie potrafimy zaakceptować ich obecności wśród nas. Snują się w tłumie jak cienie. Są, ale nigdy do końca nie staną się częścią świata nazywanego normalnym. Czego tak bardzo się obawiamy? Leczenie w dzisiejszych czasach jest w stanie prawie całkowicie wyeliminować to, co w nich niebezpieczne, ale zawsze boimy się, że leki nie wystarczą, że chory nie zastosuje się do wskazań terapeuty, lekarza. Wielu chorób nie jesteśmy jeszcze w stanie zrozumieć, nazwać, uleczyć. Postępu niektórych po prostu nie sposób opanować. Dlatego właśnie zarówno lęk ludzi zdrowych, jak i chęć życia w społeczeństwie odczuwana przez chorych, są tak samo usprawiedliwione. Sytuacja ta chyba nigdy nie ulegnie zmianie; jest to schorzenie ludzkości, na które nie ma recepty.

Jednak szaleńcy wzbudzają także naszą fascynację przez wzgląd na bardzo wiele aspektów ich egzystencji. Są różni od nas, często nie zwracają uwagi na przyjęte zasady, nie krępują ich żadne ograniczenia. Kierują się pierwotnymi instynktami, które my wyciszamy każdego dnia. Kontrolujemy się i zwykle nie stanowi to problemu, ale czasem coś w nas pęka, jesteśmy już zmęczeni, chcemy coś zmienić – wówczas jednak lęk, że ktoś uzna nas za szalonych skutecznie zabija tę chęć. Żyjemy zatem dalej według określonych reguł i czasem, tylko przez chwilę, tęsknimy za wolnością i zazdrościmy tym, którzy mają własne reguły lub nie mają ich wcale.

Wśród osób ze zdiagnozowanymi zaburzeniami psychicznymi jest wiele wybitnych jednostek – dziesiątki naukowców, artystów. Wynika to z bardzo różnych, nie do końca jeszcze wyjaśnionych przyczyn. W dziedzinie sztuki ma chyba znaczenie niezwykła wrażliwość osób chorych, ich nieograniczana niczym wyobraźnia, bogaty świat wewnętrzny, którego niezwykłości nigdy do końca nie zrozumiemy. Takimi wybitnymi artystami zmagającymi się z chorobą byli między innymi: Virginia Woolf, Kurt Cobain, Sylwia Plath, Vivian Mary Hartley, Zbigniew Herbert, Vincent van Gogh.

Zainteresowanie szaleństwem i odmiennością nie jest zjawiskiem nowym; najmocniej bodaj uobecniło się ono w czasach romantyzmu, kiedy sztuka zdominowana była przez problematykę konfliktu jednostki z otoczeniem, zaś szaleńcom nietrudno przypisać było dostęp do świata nadprzyrodzonego, tudzież niezmierzonej głębi własnej jaźni. Ogromną falę zainteresowania wywołało w Polsce wydanie książki Antoniego Kępińskiego „Schizofrenia”, w której człowiek chory przedstawiony został jako Inny, niekoniecznie zaś – gorszy. Powoli nikną wówczas uprzedzenia, a pojawia się – dziś już, jak może się zdawać, dominująca – fascynacja cudzą odmiennością (Alina Kowalczykowa: „Szaleństwo jako dramat i wyzwanie”. W: „Ciemne drogi szaleństwa”. Kraków 1987, s.7-68). Jednak według bezpośrednich przekazów osób przebywających w świecie wariatów, mimo coraz większej świadomości, jeszcze do połowy ubiegłego wieku ludzi chorych traktowano jak zwierzęta czy roznosicieli specyficznej zarazy, nikt nie zawracał sobie głowy ich leczeniem, czy stworzeniem im odpowiednich warunków bytowania, Społeczeństwu zależało tylko na całkowitej izolacji szaleństwa. Według Foucaulta zawsze będzie ono spychać je na margines i wyłączać ze swojego obrębu – w szaleństwie bowiem odkrywa się prawda o naszej kulturze, ciemna prawda, którą chcemy ukryć. Niby dystansujemy się od osób chorych, a tak naprawdę w trwodze poszukujemy tej prawdy, która jest w nich. Jednak właśnie medycyna z jej farmakologicznymi cudami, która pomaga ujarzmić mroki szaleństwa, stanowi jednocześnie zagrożenie – zabija bowiem ową prawdę. Za jakiś czas głos szaleństwa może całkiem zamilknąć i utracimy ją na zawsze (Michel Foucault: „Szaleństwo. Nieobecność dzieła”. W: „Powiedziane, napisane. Szaleństwo i literatura”. Warszawa 1999, s.151-160).

Między szaleństwem a normalnością

Figura szaleńca pojawia się także dość często w powieściach Hairukiego Murakami, a więc w wytworach zupełnie innego kręgu kulturowego, jednak również w tej twórczości stanowi zagadkę i źródło niezgłębionej tajemnicy. W książce zatytułowanej „Norwegian Wood” narrator, Watanabe, student żyjący jeszcze w zawieszeniu pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, szukający dopiero sposobu na przejście przez życie, wiąże się z dziewczyną poznaną jeszcze w szkole średniej. Naoko – dziewczyna przyjaciela Watanabe, który popełnił samobójstwo – pociąga swoją nieprzeniknioną skomplikowaną osobowością, jest mroczna, cały czas wymyka się z ram ustalonych przez społeczeństwo jako granice normalności, jest jak rzadki okaz egzotycznego ptaka, którego nie sposób udomowić, oswoić. Emocjonalnie niestabilna, niezdecydowana, cały czas trwająca w dziwnym przywiązaniu do zmarłego chłopaka – stanowi dla bohatera obiekt pożądania, nie tylko cielesnego, ale także emocjonalnego. Jest w niej coś, w czym z rozkoszą można się zatopić i zapomnieć o całym świecie, obowiązkach, normalności właśnie. Dziewczyna jednak znika, a Watanabe ucieka od myśli o niej w przygodny seks z dziewczynami poznanymi w barach.

W stosunkowo prostej fabule książki, w której bohater przechodzi kolejne inicjacje – seksualną, społeczną, światopoglądową – najbardziej ciekawić może zestawienie „normalnego” świata z rzeczywistością ośrodka leczniczego dla ludzi z problemami psychicznymi. Świat zewnętrzny, ogarnięty burzliwymi przemianami natury politycznej, jawi się jako rzeczywistość chaotyczna, pozbawiona wzajemnej szczerości i życzliwości, oparta na wzajemnym wykorzystywaniu się, zaspokajaniu jedynie seksualnych potrzeb, odrzucająca wszystko, co wykracza poza przyjęte normy. Z drugiej strony, normy te są niesamowicie ograniczone. Liczy się tylko wspinaczka po szczeblach kariery, uległość wobec systemu politycznego itp. Każda oznaka indywidualności jest wykpiwana lub tłumiona przemocą, przede wszystkim zaś każdy troszczy się tylko o siebie.

Po drugiej stronie znajduje się miejsce kuracji Naoko. „Chorzy” wspierają się nawzajem, żyją w zgodzie z naturą, czerpią satysfakcję z własnej pracy – ale wszystko toczy się wolniej i spokojniej. Na pierwszy rzut oka wydaje się to stanowić zwykłe, stereotypowe rozróżnienie pomiędzy miastem (kulturą) a wsią (naturą), ale w trakcie lektury coraz mocniej można odczuć, że to zupełnie inny świat. Co zaskakujące: czytając o tej sielankowej przestrzeni powrotu do psychicznej równowagi, możemy zauważyć, że rodzi w nas ona niepokój. Miejsce dobre i spokojne stanowi utopię – tak bardzo nieprzystającą do znanej nam rzeczywistości, że dłuższe w nim przebywanie mogłoby zaiste doprowadzić nas do szaleństwa. Zresztą, osoby tam przebywające „do zdrowia” właściwie nie dochodzą, ponieważ nie są w stanie funkcjonować później w świecie zewnętrznym.

Szaleństwo – wierny towarzysz

Granice między szaleństwem a normalnością, szpitalem a światem zewnętrznym, harmonią a chaosem są w powieści tak rozmyte, że właściwie nie jesteśmy w stanie ustalić, którędy przebiegają. Jedyne zjawisko, jakie zdaje się nie mieć tu żadnych granic i nie szczędzi nikogo – to samotność. Ta, która popycha w ramiona przygodnych kochanków, ramiona śmierci, która odbiera zdrowy rozsądek, odbiera wszystko.

Bohaterowie zdają się szukać sposobu na zapomnienie o tej ścigającej każdego z nich marze, właściwie jednak żadnemu się to nie udaje – jakby było to po prostu niemożliwe. Po lekturze powieści „Norwegian Wood” pozostaje w czytelniku bardzo silne wrażenie, że rzeczywistość w niej przedstawiona niewiele ma to wspólnego z fikcją. Ta nieco surrealistyczna wizja ma zaskakująco wiele punktów stycznych z naszą codziennością; jest bardzo wyraźnym odzwierciedleniem współczesnego życia, gdzie nie ma żadnych fundamentów dla ludzkiej psychiki, wszelkie pewniki zostają zaraz zakwestionowane, brak poczucia bezpieczeństwa, cały czas trzeba gdzieś pędzić i spełniać określone warunki, które sami sobie narzucamy.

Dojrzewanie, seksualność, życie w społeczeństwie – wszystko okazuje się być wyzwaniem. Szaleństwem jest każda odmienność, ale i standardy okazują się niezbyt „normalne”. Szybkość, chaos, spotkania z wieloma ludźmi, ból po stracie ukochanej osoby, odgrywanie roli, której wymaga od człowieka otoczenie – wszystko to wymaga niezwykłej siły. Na linii granicznej między szaleństwem a normalnością ciągle iskrzy, zaś w to wszystko wtopiony jest człowiek, który nieustannie zmaga się z samotnością, zamknięciem w szczelnym pomieszczeniu niepozwalającym na prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem. Samotność w miejscu, w którym żyje tak wielka populacja – to najbardziej szalony element „normalnego” świata.

Esej jest zmienioną wersją referatu wygłoszonego w trakcie sesji naukowej studentów Katedry Literatury Porównawczej Uniwersytetu Śląskiego „Nie-znaczność".