Wydanie bieżące

15 lipca 14 (182) / 2011

Daria Trela,

KRÓTKI TRAKTAT ONTOLOGICZNY – PODSZYTY DOŚWIADCZENIEM FENOMENU

A A A
Czym jest wzniosłość, niesamowite, trwoga, doświadczenie graniczne, w końcu: sama transgresja w swej istocie? Odpowiedź, choć nie najprostsza, bo wielokroć podejmowana z różnych stanowisk wielkich filozofów, czy też pisarzy i udzielana z innych płaszczyzn badawczych – wydaje się mimo wszystko możliwa. Poddana jest bowiem teoretycznej refleksji – istota, esencja tych pojęć została utrwalona, zapisana i w formach skończonych – złożona do czytelniczej dyspozycji. Teoretyczna baza, licząca setki stronic, ważąca kilogramy, daje podmiotowi poznającemu solidne oparcie i zadomowienie w czymś pewnym. Ale to nie wszystko: λόγος – i ten występujący jako słowo, i ten starożytny, związany z holistycznym odczuwaniem czasu oraz „całościowego” pojmowania świata, który jest czymś stałym i niezmiennym – jest dla człowieka sferą bezpieczeństwa. Powrót do logosu, jawi się tu jako powrót do łona, ucieczką z niebezpiecznego domu istnienia w pierwotne zadomowienie. Co jednak z egzystencją?

Wszystkie wymienione w pierwszym zdaniu kategorie łączy jedno: doświadczenie Czegoś, co nie jest zwyczajne i przewidywalne. Jak jednak możemy mówić o doświadczeniu, nie doświadczając go? Groziłby nam abstrakcyjny absurd – jak bowiem moglibyśmy sfalsyfikować to, co z jednej strony jeszcze nie miało miejsca (lub nie zostało zdiagnozowane, przyporządkowane do danego teoretycznego uzasadnienia), z drugiej zaś (co jeszcze gorsze) – jak zweryfikować to, co nie ma szansy zaistnienia? Teoretyczna więc podstawa jawi się jako coś niepełnego, wyabstrahowanego i przez to nieweryfikowalnego. Bez konkretnych przełożeń na rzeczywistość i doświadczanie: wiedząc co to jest, nie wiemy jak jest, jak się objawia i czy faktycznie się objawia. Nie chcąc więc popadać w definicyjne absurdy i analizy tych samych (a jednak na gruncie teoretycznych rozważań w istocie sprzecznych) pojęć, sięgnijmy po to, co dane – zjawisko, konkretny układ sytuacyjny, w którym, w jakiś sposób (będzie to pokazane w toku narracji) będziemy mogli ujrzeć i odczytać to, co wzniosłe, niesamowite, czy też bliskie transgresji. Sięgamy po to, czego możemy doświadczyć, gdzie zapewniono nam – podmiotom – bezpośredni ogląd. Idźmy więc do fenomenu.

Ponieważ w procesie doświadczania fenomenu nieredukowalnym elementem jest doświadczająca, obserwująca Świadomość, z ogromnego zasobu fenomenów wybierzemy na użytek niniejszego tekstu jeden, który jawi się w specyficzny sposób (o czym uprzedzamy już teraz), dzięki czemu realizuje, czy urzeczywistnia interesujące nas zagadnienia oraz które to zjawisko jest już wyposażone w świadomość go kontemplującą.

Rzecz dzieje się w czasach nam współczesnych. Oto jest dzień jak każdy inny, okolice centrum jednego z większych miast, ludzie spieszą do pracy, nic się nie dzieje (jak w sztuce Becketta „Czekając na Godota”). W pewnym momencie zjawia się Świadomość, która odizolowana jest od reszty świata grubością karoserii, metalu, plastiku, tapicerki, szyby, kokpitu itd. Nasz podmiot jest więc bezpiecznie ulokowany w swojej kabinie. Zbliża się do miejsca, gdzie przyjdzie mu zatrzymać się przed przejazdem (tramwajowym); obok niego, na sąsiednim pasie również zatrzymuje się inny podmiot w swoim automobilu, którego tu jednak potraktujemy przedmiotowo, do niczego się nam bowiem nie przyda w postrzeganiu. I oto nasza Świadomość widzi, jak tuż obok, środkiem (ruchliwej przecież, dwupasmowej) jezdni idzie Człowiek. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że nasz homo viator obrał sobie właśnie środek tak rojnej zazwyczaj od samochodów drogi. Na twarzy Człowieka, dodajmy, nie maluje się żaden wyraz – idzie, jakby we śnie, jest nie-tutejszy. Co więcej, skręca jak nasza Świadomość i ustawia się obok niej, po drugiej stronie mając ten drugi samochód. Stoi na środku drogi, stoi na linii, stoi pomiędzy dwoma samochodami i czeka ze swoim bez-wyrazem twarzy i postaci. Wszyscy trzej czekają. Czekają na zmianę światła, na ruch, możliwość wybicia się z martwoty. Świadomość, doskonale zakorzeniona we współczesnych zwyczajach wie, że coś tu jest nie tak. Dostrzega niebywałość tego zjawiska i alogiczność. Wrażenie, jakie na nim robi cała sytuacja jest potęgowane tym, co jeszcze dostrzega w „fenomenalności” Człowieka. Prowadzi on bowiem na sznurku, trzyma… Psa? No właśnie – nie. Na sznurku ma kaloryfer. Oto stoi człowiek i jego kaloryfer. Albo: kaloryfer i jego Pan. Świadomości mowę odbiera.

Teraz czas, by chwycić za narzędzia badawcze. Z pomocą przychodzi nam Kant, którego kategoria wzniosłości obejmuje zjawiska, które w jakiś sposób zadają gwałt podmiotowi (I. Kant: „Krytyka władzy sądzenia”. Przeł. J. Gałecki. Warszawa 1986, s.154-155). Tu niewątpliwie mamy do czynienia z takim unikalnym zdarzeniem. Co więcej, w Kantowskiej koncepcji pomiędzy obserwatorem a przedmiotem, wywołującym jego poruszenie, musi istnieć wyraźny dystans, podmiotowi nic bowiem nie powinno tu bezpośrednio zagrażać. Znajduje się w bezpiecznej odległości – to, co wzniosłe jest oddalone lub też sam podmiot czysto kontemplujący znajduje się w bezpiecznej przestrzeni – odgraniczony jest od zewnętrznego świata i jego wybitnego przejawu nieprzekraczalną granicą, ścianą okalającą jego próżnię. Nasza Świadomość znajduje się właśnie w takiej przestrzeni, zabezpieczona jest granicami, jakie tworzy sam samochód, tak, że zewnętrzny przejaw nie może nijak ingerować w jego sferę. Przed oczami jawi się tu uparcie dobrze znana nam scena z filmu Alfreda Hitchcocka „Ptaki”, w której ludzie w zamkniętym budynku są świadkami tego, jak mężczyzna, znajdujący się na stacji benzynowej rzuca niedopałek na mokry od paliwa asfalt. W zajmującej nas sytuacji fenomenalnej (na szczęście naszej Świadomości) nie mamy do czynienia z tak dramatycznym obrotem sprawy.

Hermetycznie zamknięty podmiot postrzegający ma do dyspozycji – idąc za myślą Kantowską, traktującą równie hermetycznie sztukę – dwa typy wzniosłości: matematyczną i dynamiczną. Obie, co oczywiste, nie są wolne od subiektywnej władzy sądzenia. Idąc tropem wytyczonym przez typ pierwszy, dowiadujemy się, że podmiot wydając sąd, że coś jest wzniosłe, powołuje się na miarę (głównie matematyczną) immamentnie tkwiącą w tym przedmiocie, która przesądzałaby o jego wielkości, wszak: „wzniosłe jest to, w porównaniu z czym wszystko inne jest małe” (tamże, s.140 oraz 136-141). Wzniosłości dynamicznej zaś doświadczamy raczej w kontakcie z bóstwem, zwłaszcza z przyrodą, kiedy to czujemy się wstrząśnięci czy przerażeni jej danymi przejawami, które obok lęku budzą nasz szacunek (tamże, s.153-163). Gdy wrócimy do naszej Świadomości widzimy, że o ile Kantowski warunek zaistnienia wzniosłości, a więc układ: z jednej strony – bezpiecznie ulokowany podmiot oraz z drugiej – przedmiot, którego dotyczy cały ruch wyobraźni tego pierwszego, jest spełniony, o tyle same typy wzniosłości są nieprzystawalne do zarysowanej sytuacji. Wzniosłość matematyczna musiałaby objawić się nam w…? No właśnie. W czymś takim, jak: w długości sznurka Człowieka, ilości jego kroków, czy wreszcie – w ilości żeberek samego towarzysza-kaloryfera. Z drugiej zaś strony ciężko jest nam wyobrazić sobie pokorne drżenie Świadomości w obliczu majestatu przejawu przyrody (owego Człowieka) w przestrzeni urbanistycznej. Wiemy dobrze, że nie w tym rzecz. Nie te typy wzniosłości targają naszym podmiotem. Poza tym, w swej istocie ograniczone są czasowo, a Świadomość długo jeszcze zachowa w pamięci przedstawiony fenomen, będzie w stanie przeżywać go za każdym razem na nowo, a co więcej – wrażenie, które na nim wywołało będzie być może w stanie nawet zmienić jego życie. Te typy wzniosłości są jakby zbyt ciasne, ograniczają się tylko to tego, co dane, nie obejmują istotnego tu wrażenia transgresji oraz zawartego w tym układzie – napięcia, oczekiwania.

Porzucając więc zamkniętą hermetycznie sferę Kantowskich rozważań, sięgnijmy dalej. By tak szybko nie zrezygnować ze wzniosłości, którą przecież Świadomość mogła jednak w jakiś inny sposób odczuwać – pozwolimy sobie zasięgnąć opinii Lyotarda. I tutaj jakby zbliżamy się do sedna. Pamiętamy, co naszą Świadomość tak porusza (oprócz widoku niemalże-psa prowadzonego na sznurku, o czym za chwilę). To właśnie wspólne oczekiwanie na... Coś. Motyw ten, stanowiący fundament wspomnianej na początku sztuki „Czekając na Godota”, w wybitny sposób sytuuje naszych bohaterów, ustawionych w szeregu przed światłami przejazdu. To właśnie oczekiwanie jest tym, co wzniosłe w Lyotardowskiej koncepcji. Ma tu miejsce przeniesienia punktu ciężkości ze skupiania się na tym, co zastałe i z prostego postrzegania obiektu przez podmiot na to, co już przez samo tajemnicze oczekiwanie staje się wzniosłe. Rezygnacja z formy, skupienie się Świadomości na samym wyczekiwaniu jest znakiem postmodernistycznego odczuwania świata. Na co bowiem czekają?

Nim spróbujemy tego dociec, wróćmy do pozostawionego z tyłu, za swoim panem-Człowiekiem – kaloryfera. Zdajemy już sobie sprawę, że liczenie jego żeber nie przesądzi bynajmniej o jego wzniosłości. A jednak – kaloryfer jest. I to jest w tak niebywałym układzie i położeniu, że nie możemy go tak po prostu zostawić samemu sobie. Przesądza on bowiem ostatecznie o niesamowitości tej sytuacji, najsilniejsze uderzenie szoku, jakiego doznaje Świadomość ma bowiem miejsce właśnie wtedy, gdy widzi, co Człowiek ciągnie na sznurku. Kaloryfer sam w sobie, w swej „kaloryferowatości” jest tu konstytutywnym pierwiastkiem, jest owym niesamowitym, o którym pisał Freud. Został on wyrwany z przestrzeni swojego naturalnego zadomowienia; odseparowany od „swojego” mieszkania, oderwany od ściany, przy której każdy „normalny” kaloryfer zwykł bytować i pozbawiony soków wewnętrznych ostatecznie został rzucony na środek jezdni, gdzie ciągnięty jest przez owego nieobecnego Człowieka. Jest on dokładną egzemplifikacją zjawiska, które Freud wyjaśniał następująco: „niesamowite jest rodzajem tego, co budzi trwogę, co zaś sprowadza się do tego, co od dawna znane, znajome” (S. Freud: „Niesamowite”. W: „Pisma psychologiczne”. Przeł. R. Reszke. Warszawa 1997, s.236). Filozof wyjaśnia dodatkowo, że już sama definicja tego, co samowite, a więc swojskie, znajome, udomowione, należące do domu, uwzględnia także w dalszym znaczeniu samowitego swoją tożsamość z tym, co niesamowite (tamże, s.237-239). Widzimy więc oto jak coś, co jest ewidentnie zadomowionym przedmiotem, zostaje wyprowadzone w inną przestrzeń. Fakt ten przesądza o diametralnej zmianie statusu przedmiotu: staje się już nie-zwykły, nie-naturalny (bo odłączony od swojego naturalnego otoczenia) i ogólnie rzecz ujmując – dziwny i tajemniczy, bo nie wiadomo co teraz może zacząć oznaczać, jaką funkcję pełnić.

W tym momencie nieuchronnie zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie normalność zostaje przekroczona. Zaczyna brakować słów. Okrzyki zadziwienia zdrowego rozsądku naszej Świadomości milkną. Oto dokonało się na jego oczach przekroczenie tego co logiczne w to, co więcej ma wspólnego z szaleństwem. Jak pokazuje Foucault, szaleństwo (obok choroby umysłowej) wpisywało się od XVII wieku w poczet wykluczonych języków. Do przełomu freudowskiego szaleniec był obłąkańcem, głupkiem miotającym pozbawione sensu słowa – był znamieniem błędu językowego (M. Foucault: „Szaleństwo, nieobecność dzieła”. W: „Powiedziane, napisane. Szaleństwo i literatura”. Przeł. B. Banasiak, T. Komendant i in. Warszawa 1999, s.156-159). Z drugiej zaś strony, kilka wieków wcześniej: „w teatrze średniowiecznym lub renesansowym, lub też w teatrze barokowym na początku XVII wieku, właśnie postaci szaleńca powierzano częstokroć zadanie mówienia prawdy. (…) Wie on bowiem więcej niż ci, którzy nie są szaleni. Dysponuje on widzeniem z innego wymiaru. (…) …szaleniec jest prorokiem naiwnym, który obwieszcza prawdę, sam o tym nie wiedząc. Prawda ujawnia się poprzez niego, wszakże on – ze swej strony – jej nie pojmuje. Słowa prawdy wychodzą z niego, podczas gdy on pozostaje niepoczytalny” (M. Foucault: „Szaleństwo, literatura, społeczeństwo”. W: dz. cyt., s.245-246). Wróćmy w tym miejscu do naszego Człowieka, którego bynajmniej nie mamy zamiaru nazywać tu szaleńcem. Pokażemy jedynie analogię jego sytuacji nie-mówienia z przemawianiem postaci wyżej przedstawionej. Po wędrówce środkiem ulicy Człowiek ze swoim bagażem zatrzymuje się i czeka. Wówczas jego dziwne zachowanie pokrywa zasłona grobowego milczenia. Nie mówi nic, w przeciwieństwie do szaleńca, bohatera sztuk teatralnych. Mimo wszystko przemawia przez niego jakaś prawda, o której on sam (jak i szaleniec) nie ma pojęcia. Dzieje się to bez jego wiedzy. Tylko widz, obserwator jest w stanie to wychwycić.

Foucault pisze o bliskim sąsiedztwie szaleństwa i literatury, pokrewieństwie, „między tym, co od dawna straszyło niczym krzyk, i tym, czego od dawna czekano jak śpiewu” (M. Foucault: „Szaleństwo, nieobecność dzieła”. W: dz. cyt., s. 160). Szaleniec także jest twórcą. Tu zajmuje nas zwłaszcza fakt, że szaleństwo nie jest świadome swojego aktu kreacji, „ani nie ujawnia, ani nie zdaje sprawy z narodzin dzieła (lub czegoś, co za sprawą geniuszu bądź przypadku mogłoby zostać dziełem)” (tamże, s.158-159). W przytoczonym przez nas przykładzie, to Świadomość jest w stanie ewentualnie odczytać, że coś w tym momencie się dokonało, coś zostało stworzone, czy nieświadomie objawione przez fenomen i samego Człowieka.

Zmierzając nieuchronnie do końca naszych rozważań, zatrzymajmy się jeszcze na moment przy zjawisku trwogi. Zauważmy, że prosta i czysta kontemplacja zaprezentowanego fenomenu okazałaby się niemożliwa, całą swoją strukturą implikuje on bowiem szereg zjawisk podejmowanych w tym tekście. Transgresja na poziomie fenomenu jest też przekroczeniem na poziomie świata przedstawionego. Chodzi tu nam głównie o wykroczenie poza to, co dane zmysłowo, porzucenie kondycji bytu. Świadomość występująca tu już jako Dasein, przez doświadczenie sytuacji granicznej zaczyna rozważać. Absurdalność sceny, groteskowe połączenie Człowieka z kaloryferem, ich obecność na środku jezdni oraz sytuacja oczekiwania ewidentnie skłania do refleksji. Być może w postmodernistycznym świecie wszyscy jesteśmy w pewien sposób niedopasowani do czasu i miejsca? Nieakuratni i zagubieni? Kroczący przez strefy wiecznie zatłoczone? Ze swoimi symbolami zadomowienia na sznurkach, które wcześniej oderwaliśmy z oswojonych, dobrze znanych nam przestrzeni. A teraz trzymając się ich kurczowo, jak emigrant swojego woreczka zawierającego ziemię ojczystą, tułamy się trochę bez celowo, ale za to – zgodnie z przepisami ruchu. W końcu zasada jest jedna i dobrze znana od dawna „nie bądź głupi – nie daj się zabić”. Stajemy więc za każdym razem przed torami i czekamy. Na co tu jednak czekać? Na dzień następny? Na ingerencję pomocnej dłoni – fizycznej lub metafizycznej? Na iluminację? A może też na Godota, który ciągle nie przychodzi... I oto w tym momencie, gdy Świadomość oderwała się od swojego bytu, przez nagłe jak iluminacja właśnie objawienie nicości – doznała trwogi. Wówczas nasza Świadomość doświadczyła Czegoś, co mogło mieć wiele wspólnego z Heideggerowskim sein

A wtedy czerwone światło sygnalizacji zgasło.

Esej jest zmienioną wersją referatu wygłoszonego w trakcie sesji naukowej studentów Katedry Literatury Porównawczej Uniwersytetu Śląskiego „Nie-znaczność".