Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (183-184) / 2011

Grzegorz Krzymianowski,

OPOWIEŚCI Z KRAINY MARTWEGO JĘZYKA

A A A
Istnieją tematy, z którymi zmierzyć się właściwie nie sposób, zjawiska, wobec których słowa zamieniają się w ciąg wielokropków. W „Nagości życia”, reportażowej relacji z Rwandy, Hatzfeld mierzy się z jednym z nich - „polowaniem na ludzi w prowincji Bugesera”, gdzie w ciągu miesiąca, „chałupniczymi” metodami, za pomocą maczet i oszczepów, Hutu zamordowali pięćdziesiąt z sześćdziesięciu tysięcy tamtejszych Tutsi.

Hatzfeld nie stara się jednak tworzyć szerokiej panoramy, wyjaśniać przyczyn, odwoływać się do historii, nie usiłuje tłumaczyć mechanizmów powstawania amoku zabijania wśród ludzi, którzy nierzadko żyli ze swymi ofiarami przez kilkadziesiąt lat w jednej wiosce. Poprzestaje na słuchaniu, oddaje głos tym, którzy relacjonują swą pamięć, świadkom, którzy jakimś cudem – bo zwykle tylko on stał między nimi a śmiercią – przetrwali czas masakr, ukrywając się na bagnach, pod rozłożystymi liśćmi afrykańskich roślin.

Na wzgórzach powiatu Nyamata, który jest głównym obszarem zainteresowania autora, sprawcy działali skrupulatnie i z konsekwencją – przez ponad miesiąc, od 11 kwietnia do 14 maja 2004 roku, wyruszali zabijać o 9.30 i odkładali maczety o 16.00. Jedna z rozmówczyń Hatzfelda mówi nawet o „dniu pracy”, do której sprawcy przychodzili ze śpiewem na ustach. „Zabójcy pracowali na bagnach od godziny dziewiątej do szesnastej lub szesnastej trzydzieści, ze względu na słońce. Czasem, kiedy mocno padało, przychodzili później. Szli w szeregu, zapowiadali swoje przybycie śpiewem i gwizdami. Walili w bębny, wydawali się bardzo uradowani, że idą na cały dzień zabijać (…) Po południu już nie śpiewali, gdyż byli zmęczeni, i gawędząc, wracali do swoich domów. Pokrzepiali się trunkami i jedli krowy, bo zabijali je tak samo jak ludzi”. Wyobraźcie to sobie, byle dobrze – czy w pracy polegającej na zabijaniu jest przerwa na lunch?

To, co chyba najbardziej przeraża w ludobójstwie - tym w Rwandzie i każdym innym - to jego planowy, instytucjonalny charakter. Masowe zabijanie to, jak zauważa autor, projekt, „nieludzki plan wymyślony przez ludzi, zbyt szalony i metodyczny, by móc go zrozumieć”. Ludobójstwo zawsze ma w sobie coś z działalności urzędu – stoi za nim rzesza gryzipiórków, którzy wykonują „tylko” polecenia przełożonych. Co gorsza, tego ulubionego tłumaczenia sprawców nie sposób zlekceważyć – i nie sposób się z nim pogodzić.

Przy lekturze „Nagości życia” ogarnia człowieka groza, bo nie ma nic bardziej przerażającego nad to, jak łatwo codzienność przełamuje się w horror. „Kiedyś wiedziałam, że człowiek może zabić człowieka, ponieważ zawsze to robił – wyznaje jedna z rozmówczyń Hatzfelda. – Teraz wiem, że nawet ktoś, z kim jadłeś z jednej miski czy spałeś, może bez trudu cię zabić”.

Choć makabry w tej relacji zabraknąć oczywiście nie może, „Nagość życia” nią nie epatuje. Rozmówcy Hatzfelda nie tyle bowiem koncentrują się na wydarzeniach, co na własnej pamięci. To ona wydaje się dla nich najważniejsza. Wymknęli się śmierci, ale ta, odchodząc, zasiała w nich lęk, który jest najwierniejszym z ich towarzyszy. Bohaterzy Hatzfelda to ludzie na bocznicy, „odurzają się alkoholem i złymi wspomnieniami”, żyją jakby pożyczonymi istnieniami. „Tak, wróciliśmy do życia, mówiąc sobie cicho, co powinno się mówić cicho, i głośno to, co można mówić głośno (…) Myślę jednak, że przepaść niezrozumienia będzie odtąd dzielić tych, którzy kładli się na bagnach, i tych, którzy nigdy tego nie robili; na przykład pana i mnie (…) Mówienie nie przynosi ukojenia, nie można wrócić słowami do wcześniejszych czasów. Ale milczenie wywołuje strach, uczucie osamotnienia i tę wielką nieufność”.

Niedoszłe ofiary wegetują w grubym cieniu przeszłości, jakby cały czas czekały, że ta w końcu połknie teraźniejszość, że powróci bez zapowiedzi któregoś ranka. Świadkowie mówią o tym bez przerwy – życie od nich odbiegło, a świat stał się domeną samotności. „Dostrzegam też, że powstaje przepaść między tymi, którzy przeżyli ludobójstwo, i resztą. Ktoś z zewnątrz (…) nawet jeśli jest Tutsi i stracił w rzeziach rodzinę, nie może do końca zrozumieć ludobójstwa. Nawet jeśli widział wszystkie te trupy (…) nie może dzielić naszego sposobu widzenia”. Czas się dla nich zatrzymał i zboczył ze swych torów, życie zwinęło się w znak zapytania. Ich mowa jest sucha, wyzbyta emocji. Opowiadają o śmierci, która ich podeszła, lecz zapomniała zagarnąć, z jakąś dziwną obojętnością. „Odtąd patrzę na gorzki czas, który przede mną płynie, jak na wroga. Boli mnie, że jestem związana z tym życiem, które nie było mi pisane”. Bo ci, którzy po miesiącu wyszli z bagien, nie wrócili do swoich żyć, jak wraca się do opuszczonego domu. „Wyzwoliciele mówili nam, że groźba masakr na zawsze odeszła z naszego życia, że wygraliśmy. Ale my mówiliśmy sobie cicho, że nie wiemy, co takiego mogliśmy wygrać, bo straciliśmy najważniejsze”.

W gruncie rzeczy te relacje są wręcz nieznośne, nieznośne w swej powtarzalności, nawrotach, wciąż powielanych obrazach. W relacjach przytaczanych przez Hatzfelda panuje monotonia, echo monotonii zbrodni. Kolejni rozmówcy francuskiego dziennikarza mówią właściwie to samo i tak samo, jakby byli jedną zbiorową pamięcią. Powtarzają się szczegóły, powtarzają się emocje, ba, niemalże słowo w słowo powtarzają się konkretne frazy – jakby język był zbyt wąski, jakby nie sprostał swemu zadaniu.

„Nagość życia” każdą stroną dowodzi, jak niewiele może słowo, jak bezradny jest ludzki język w konfrontacji z grozą; „bo nawet jeśli można rozmawiać o eksterminacji, nie da się jej wyjaśnić w żaden możliwy do przyjęcia sposób, nawet w rozmowach tych, którzy przeżyli”. W gruncie rzeczy nie mamy narzędzi – albo mamy narzędzia zbyt zawodne – aby zmierzyć się z podobną problematyką; język zawodzi tam, gdzie dochodzi do skraju ludzkiego doświadczenia, i ratuje się wypracowanymi kliszami. Brak nam sposobu komunikacji do przekazania takich zdarzeń jak ludobójstwo, język przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością wykraczającą poza ramy codzienności. Bo – posługując się określeniem jednej z rozmówczyń Hatzfelda - kiedy o nim myślimy, myśli zaczynają zderzać się w naszych głowach.

Uderzające, jaka zbieżność zachodzi między notowanymi przezeń relacjami z Rwandy a świadectwami ocalałych z Zagłady. Niedoszłe ofiary posługują się tym samym językiem – językiem bezradności, jak gdyby istniała jakaś wspólnota istot zapędzonych w sam narożnik człowieczeństwa. Można jednak, a nawet należy, zadać pytanie, ile jest w tym – tylko jak to powiedzieć, stąpamy teraz po kruchym lodzie – autentyczności, a ile wkładu własnego Hatzfelda, co i rusz szukającego paraleli między „ostatecznym rozwiązaniem” a ludobójstwem w Rwandzie? „Nagość życia” to w końcu książka, rzecz skomponowana, poddana obróbce, ułożona wedle zasad dziennikarskiego warsztatu. Jej forma i struktura obnażają, prawdopodobnie przypadkowo, nasze myślenie schematami - odwołujemy się do tego, co znane, by oswoić problemy, które nas przerastają. Hatzfeld nie zdołał bowiem znaleźć – może po prostu znaleźć nie sposób? - osobnego języka na to, co usiłuje opowiedzieć.


W tym reportażu właściwie nie ma sprawców, tych „ekstremistów zła”, jak określają ich ci, którzy przeżyli – autor nie dopuścił ich do głosu, są obecni jedynie jako umazane posoką i wymachujące maczetami zjawy. Hatzfeld podjął tę decyzję świadomie, uważając, że udzielenie głosu katom – lub choćby obserwatorom, którym nic nie groziło – jedynie rozmazałoby obraz tego, co miało miejsce w Rwandzie. I może ma rację, że prawda należy tylko do ofiar? Gdyby dopuścił do wyjaśnień i usprawiedliwień, prawdopodobnie usłyszelibyśmy to, co mówią kobiety Hutu, gdy spotykają się ze swymi sąsiadkami Tutsi, które straciły całe rodziny – „że nic nie zrobiły, niczego nie widziały (…) że to władze są winne wszystkiemu, co się stało”.

Hatzfeld wielokrotnie natomiast porusza problem odpowiedzialności białych, którzy ograniczyli się do ewakuacji BIAŁYCH misjonarzy i przysłania „profesjonalnych fotografów, by pokazać światu, jak się nas masakruje”. To oczywiście wstrząsający zarzut, ale też zarzut powtarzany każdorazowo przy podobnych okazjach – czy świat nie mógłby zrobić więcej? Jasne, że by mógł; tak samo w przypadku Auschwitz, jak w Srebrenicy i w Rwandzie. Ale jednak nie robi. Wszyscy – większość z nas - jesteśmy pełni dobrych intencji; przecież chcielibyśmy, żeby Afrykanie się nie wyrzynali, żeby nie było obozów koncentracyjnych w Korei Północnej – byleby tylko nie naruszało to naszego uporządkowanego i w gruncie rzeczy przyjemnego żywota. To przede wszystkim problem ludzkiej natury - może po prostu nie jesteśmy zdolni do niczego więcej?

„Nie wierzę w koniec ludobójstw. Nie wierzę tym, którzy mówią, że po raz ostatni dotknęliśmy najgorszego z okrucieństw” – mówi jeden z ocalałych. „Czytałem, że po ludobójstwie historycy wyjaśniają, że będzie ostatnie. Ponieważ nikt już nie będzie mógł się zgodzić na coś podobnego. To kpina” – twierdzi inny. Zgodzimy się, mili Państwo, o ile tylko nie wyłączą nam telewizji, o ile śmierć nie podpełznie pod nasze progi. Nie opisy masakry są bowiem najbardziej w „Nagości życia” nieznośne, ale fakt, że czytelnicy tej książki - i książek podobnych - przeczytają/przeczytamy „Nagość życia”, będą/będziemy autentycznie wstrząśnięci, ale kilka chwil później ją zamkną/zamkniemy i zjedzą/zjemy kolację w przeświadczeniu, że to wprawdzie okropna, ale odległa historia, która nie ma się prawa powtórzyć w naszym cywilizowanym świecie.

Pamiętacie Littella? Wspominam o „Łaskawych”, ponieważ Hatzfeld, tak jak amerykański pisarz, również zajmuje się życiem obnażonym do kości. Obaj mówią nam coś o cywilizacji i ludziach, niezależnie od rasy i koloru skóry. A nade wszystko mówią o nieskończonej potrzebie przyswajania uspokajającego kłamstwa. „Ale przecież wojna skończona. Wyciągnęliśmy wnioski z tej lekcji, to się więcej nie powtórzy. Jesteście pewni, że wyciągnęliśmy wnioski? Jesteście pewni, że się nie powtórzy? I w ogóle, jesteście pewni, że wojna skończona?” – mówi Aue, bohater „Łaskawych”, ten niewinny potwór. Dlatego nie dajmy posłuchu optymistom, bo optymizm to tylko jeden ze środków, którymi się nas ogłusza. Słuchajmy raczej głosu tych, którzy przeżyli, bo – trudno pozbyć się takiego wrażenia – to głos przyszłości, mniej lub bardziej odległej: „Ludobójstwo to coś więcej niż wojna, ponieważ zamiar zawsze pozostanie, nawet jeśli tym razem to się nie powiodło”.
Jean Hatzfeld: "Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy". Przeł. Jacek Giszczak. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2011 [seria: Reportaż].