Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (183-184) / 2011

Wojciech Rusinek,

OD REDAKCJI: TURYSTYKA NIEISTNIEJĄCYCH KRAIN

A A A
[1] Zaraz za granicą (właściwie niezauważalną, ot, tablica przy autostradzie) zaczęło solidnie padać, tak jakby Holandia chciała się przed nami ukryć. Kilkadziesiąt kilometrów dalej zjechaliśmy w nieprawdopodobnie wąską, boczną drogę - od tego momentu zaczęła się nasza udawana przygoda, podróż przez skład filmowych dekoracji, turystyka nieistniejącego kraju. Mgła i deszcz zacierały płaski horyzont, mijane wioski składały się zawsze z kilku ceglanych domków, słodkich i ustawionych obok siebie jak konstrukcje z klocków lego, znaki nakazywały trzydziestkę, więc z duszą na ramieniu zwalniałem do przepisowej prędkości. Mijający nas z rzadka rowerzyści przypominali statystów z „Truman’s show”, którzy w określonych porach, kilka razy pod rząd mają minąć nieświadomego niczego kierowcę. Poza tym pustka. Nikogo na ulicach, nikogo w otwartych na przestrzał wnętrza domów (wzruszające protestanckie zaufanie w mądrość społeczeństwa).

Zameldowaliśmy się na grząskim kempingu i pojechaliśmy w kierunku morza. Drogi wytyczone jak od linijki, drzewa rosnące w karnym porządku, łódki równo zacumowane wzdłuż kanałów, wszystko mikroskopijne, słodkie, czyste, jak makieta świata wybudowana dla dzieci w ogrodzie. Ale ktoś zorientował się, że chcemy zepsuć tę zabawę, zajrzeć za tylną ścianę dekoracji, zakręcić kran imitujący deszcz. Ledwie tylko zbliżyliśmy się do morza, wypuszczono w naszym kierunku nieprzenikalną mgłę, zza której majaczył kształt ogromnego okrętu. Trudno było ocenić, czy naprawdę zacumowanego w niewidocznym porcie, czy to również kolejna płaska imitacja, trompe l'oeil. No i samo morze - cały czas niewidoczne, zawsze gdzieś po drugiej stronie ciągnącego się wzdłuż nabrzeża wału, też najczęściej niedostępnego, oddzielonego od drogi ogrodzeniem.

Czy można było nie zwątpić w realne istnienie Holandii, kiedy w najbliższym większym mieście (do którego nie umieliśmy trafić z powodu objazdów), podobno ważnym porcie, nie zobaczyliśmy w centrum nikogo poza trzema Surinamczykami, którzy siedzieli na chodniku z laptopami na kolanach? Środek tygodnia, wcale nie takie późne popołudnie, sieć centralnych uliczek i - nic, nikogo. Pozamykane sklepy, kawiarnie, mgła, mżawka. W końcu dotarliśmy do miejskiej plaży, już po drugiej stronie wału. I co? Odpływ, morze odsunęło się kilkaset metrów od brzegu, przez tę mgłę nie byliśmy w stanie dojrzeć nawet tego miejsca, gdzie woda stykała się z płaską plażą. Gdyby chwilę później woda nie zaczęła wracać, pomyślałbym, że jeszcze nie wyjechaliśmy poza Niemcy, że zostaliśmy potajemnie złapani przez szalonych telewizyjnych kuglarzy i teraz stajemy się bohaterami show oglądanego przez całe rodziny przy kolacji. Nic tu nie było realne, stabilna rzeczywistość wymykała się z rąk, była o krok przed nami, na wyciągnięcie ręki zostawiając nam garść przyjemnych, bezpiecznych ersatzów prawdziwego kraju.

[2] Mam wrażenie, że Holandia zadrwiła tamtego dnia z tego wszystkiego, co na pierwszy rzut oka wydaje się istotą turystyki: z poznawania (miejsc i „zabytków”), patrzenia (na krajobraz) i spotykania (interesujących ludzi). Wcale mnie to nie dziwi (bo też niewiele więcej oczekiwałem), duch krytycyzmu w humanistyce (a więc i w życiu) dotyka przecież także tych najpowszechniejszych „narracji wakacyjnych”.

Z tego sceptycyzmu, z pytania o to, w jakiej kondycji jest dziś nasze myślenie o podróżowaniu, wyrasta bieżący numer „artPapieru” Nie ukrywajmy, turystyka to kolejny obszar doświadczenia, który na naszych oczach traci niewinność. Wskażmy tylko kilka przykładów. Przekonuje o tym lektura reportaży „Witajcie w raju” Jennie Dielemans (które recenzujemy w dziale Idee głosem Joanny Soćko) - czy wybieramy mieszczański all inclusiv, czy też w sandałach i z plecakiem wędrujemy przez ostępy Azji, dokonujemy takiego samego kulturowego „zawłaszczenia” (co odsłaniają również opisywane przez Przemysława Pieniążka filmy z udziałem Sachy Cohena). Mariusz Sieniewicz w swoim groteskowym wspomnieniu z lat 80. idzie jeszcze dalej i wyznaje, że „podróż nie istnieje (...) Bo w gruncie rzeczy, gdziekolwiek człowiek się nie ruszy i tak jest w centrum swojego wszechświata”. Wydaje mi się znamienne, że jednym z głównych bohaterów literackich przedstawionych poniżej artykułów (Agnieszki Nęckiej i Sławomira Iwasiówa) staje się Andrzej Stasiuk. Pisarz, którego znakiem firmowym stały się leniwe opowieści o środkowoeuropejskich włóczęgach, zostawia w swojej twórczości mnóstwo sygnałów krytycznie diagnozujących możliwości opisania drogi. Kto dociekliwy, ten odkryje, że Stasiuk opisuje w gruncie rzeczy to, co wcześniej wymyślił, wczytując się w mapę i domową bibliotekę. Czyżby zatem już nigdzie nie dało się pojechać, a przynajmniej - o tym opowiedzieć?

Ironia polega na tym, że oczywiście ciągle wyjeżdżamy, zwiedzamy, poznajemy. A w końcu, już po powrocie, dzielimy się „wspomnieniami” i czytamy reportaże o dalszych bądź bliższych podróżach. Pewnie bliższe rzeczywistości, niż sceptyczne uznanie, że podróż nie jest już możliwa, jest stwierdzenie, że formy, w których się ona realizuje, ulegają nieustannej zmianie (jak zmienne są koniunktury i fascynacje wyjeżdżających), a „nieistniejące krainy” po prostu przeniosły się gdzieś indziej i dostępne są w inny sposób niż wyobraża to sobie mieszczański zachodni turysta (temu zagadnieniu poświęca swój esej Magdalena Kempna-Pieniążek, pisząc o „innych modelach” filmowego motywu wędrówki czy o „paratekstualizacji kinematografii”). Gdzie i w jaki sposób? Tego przewidzieć nie potrafimy, ale może zgromadzone w niniejszym numerze artykuły stanowić będą pewien - nomen omen - trop prowadzący do odkrycia tej zagadki? W końcu humanistyka to także - by trzymać się tej metafory - „wytyczanie szlaków” (interpretacji).