Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (183-184) / 2011

Przemysław Pieniążek,

TURYSTYCZNE FAUX PAS

A A A
O tym, że brytyjski komik Sacha Noam Baron Cohen uwielbia drwić z napotkanych osób, doskonale świadczą jego kontrowersyjne alter ego. Konsumentom kultury popularnej z pewnością nie wyda się obca postać Aliego G, początkującego gangstera i charyzmatycznego MC w jednej osobie, słynącego z niewyparzonego języka oraz bezkompromisowej postawy prezentowanej podczas wywiadów ze znanymi ludźmi z kręgów polityki, nauki, mediów czy przemysłu rozrywkowego. Problem polega na tym, że rozmówcy przebranego Cohena, wyrażając zgodę na rozmowę, nie byli świadomi jej prawdziwego charakteru, przez co wielu z nich nie miało nawet szansy zaprotestować przeciwko serii nieprzyzwoitych pytań, na które „zakręcony” gospodarz… uzyskiwał najczęściej szczere odpowiedzi. Swoistej pikanterii fenomenowi Cohena dodaje fakt, iż wśród indagowanych osób znaleźli się między innymi Gore Vidal, Noam Chomsky, Pat Buchanan, Buzz Aldrin, Donald Trump, Shaquille O’Neal czy David Beckham.

Subwersywna strategia stosowana w ramach „Da Ali G Show” znalazła idealne dopełnienie w kolejnym akcie (s)twórczym, jakim było wprowadzenie do programu gościnnych, niezależnych występów nowych porte-parole Sachy Cohena – kazachskiego reportera Borata Sagdiyeva oraz Brüno Geharda, austriackiego guru mody o jawnie homoseksualnych skłonnościach. Popularność miniwywiadów, pełnych absurdalnych, niejednokrotnie balansujących na granicy dobrego smaku „akcji” skonstruowanych w oparciu o nadmierną ufność interlokutorów w dobre intencje gospodarzy, otworzyły przed Cohenem drzwi do Fabryki Snów, z którego to przejścia nietuzinkowy komik zrobił skuteczny użytek.

Pocztówka z USiA

Kiedy w 2006 roku na ekrany kin wszedł film Larry’ego Charlesa zatytułowany „Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, wielu widzów nie mogło uwierzyć w to, co oglądało na ekranie. Oto gwiazda kazachskiej telewizji, pochodzący z niewielkiej wsi Kusek Borat Sagdiyev na wniosek Ministerstwa Informacji wyrusza do Stanów Zjednoczonych i Ameryki (sic!), „najwspanialszego kraju na świecie”, w celu poznania zachodniego stylu życia, który – przeszczepiony na lokalny grunt – mógłby pomóc Kazachstanowi „rosnąć w siłę”, rozwiązując problemy natury społecznej i ekonomicznej. Turystyczne wojaże Borata oraz towarzyszącego mu producenta Azamata Bagatova (Ken Davitian) – nie licząc zamkniętej w walizce kury – ujęte zostały w formę cyklu wywiadów oraz reportaży, w których główne role przypadają w udziale zarówno wyselekcjonowanym, jak i zgoła przypadkowym przedstawicielom amerykańskiego społeczeństwa. Będąc zadeklarowanym mizoginem, antysemitą, rasistą i grubianinem, Borat z miną niewiniątka ledwo orientującego się w powszechnie obowiązującym systemie wartości oraz przyjętych norm, prowokuje swoimi pytaniami oraz ekscentrycznym (mówiąc delikatnie) zachowaniem niczego niepodejrzewających obywateli (niejednokrotnie uznających siebie za osoby światłe i tolerancyjne), bezwiednie obnażających przed czujnym okiem kamery swoją bigoterię, konformizm, ksenofobię oraz szereg antydemokratycznych poglądów. Sprzedawca z salonu Chevroleta, podający Boratowi stosowną prędkość samochodu potrzebną do przejechania grupy Cyganów, aplauz widowni rodeo na wyrażone przez bohatera życzenie, by George Bush wypił krew każdego irakijskiego mężczyzny, kobiety i dziecka czy seksistowskie uwagi zaprawionych alkoholem członków studenckiego bractwa są tego najbardziej jaskrawymi przykładami. Kuriozalna eskapada Borata, posiadająca także wymiar iście melodramatyczny (bohater próbuje bowiem dotrzeć do Kalifornii, gdzie pragnie oświadczyć się Pameli Anderson), pod grubą warstwą przyciężkiego, chwilami wręcz wulgarnego humoru skrywa analityczne spojrzenie outsidera, trzymającego w dłoni ostrze satyry nieubłaganie i precyzyjnie wymierzone w ludzkie przywary.

U nas w Kazachstanie, czyli nigdzie

Wedle słów Sachy Cohena, postać Borata Sagdiyeva wyewoluowała z wcześniejszych „artystycznych” dokonań komika, czyli anonimowego mołdawskiego reportera oraz Kristo, gwiazdy albańskiej telewizji. Jako źródła inspiracji Cohen wskazuje także postać pewnego rosyjskiego lekarza, turecką gwiazdę Internetu, Mahira Çağrı, oraz komediowe dokonania Petera Sellersa. Jedno jest pewne – wyjątkowa naturalność, z jaką Cohenowi przychodzi zmiana tożsamości, stanowi jego najgroźniejszą broń wymierzoną przeciwko rozmówcom. Prawdziwy zarost, nigdy nieprany garnitur czy specyficzny styl wypowiedzi inkrustowany obco brzmiącymi słowami (przeważnie polskimi, z „Dziękuję!”, „Jak się masz?” czy „Dzień dobry!” na czele) z pewnością podbudowywały „autentyczność” Borata, podobnie jak jego rzekome pochodzenie. Konfabulując prezentowane w filmie informacje na temat Kazachstanu, Borat wykazuje równocześnie brak elementarnej wiedzy ogólnej u swoich interlokutorów, desperacko próbujących zachować przed „obcym” przynajmniej pozory poprawności politycznej. O powodzeniu prowokacyjnego przedsięwzięcia Sachy Cohena zadecydował fakt, że w zasadzie żadna z występujących w filmie osób (za wyjątkiem między innymi Pameli Anderson) nie wiedziała, kim jest Borat Sagdiyev, godząc się przed rozpoczęciem „wywiadów” na podpisanie umowy o niewysuwaniu jakichkolwiek roszczeń pod adresem realizatorów nagrania. Mimo to większość z „plenerowych” – choć nie tylko – akcji komika spotkała się z żywymi reakcjami ze strony funkcjonariuszy prawa, którzy w związku z prowadzonymi przez aktora działaniami interweniowali ponad dziewięćdziesiąt razy. Niektóre „ofiary” kazachskiego reportera, jak chociażby przedstawicielki ruchu feministycznego, wyczuwały podstęp, część kwitowała finał sprawy pobłażliwym uśmieszkiem, inni (nauczyciel kursu jazdy, organizatorka lekcji dobrych manier) poczuli się do żywego urażeni, wnosząc pozwy o naruszenie dobrego imienia. Oszukani poczuli się także mieszkańcy rumuńskiej wsi Glod z okręgu Dymbowica, nieświadomi upokarzającej roli, jaką przyszło im odegrać – wszak w dziele Larry’ego Charlesa Kusek to porażające ubóstwem miejsce, zamieszkiwane przez prostytutki, gwałcicieli, speców od aborcji oraz dzieci bawiące się kałasznikowami. Na domiar złego władze Kazachstanu rozważały podanie twórców filmu do sądu za znieważenie ich ojczyzny. Dwie zachodnie firmy PR zamieściły nawet na łamach „The New York Times” czterostronicowe ogłoszenie, w którym zdementowano wszystkie kalumnie wystosowane pod adresem „ojczyzny” Borata. Nie przeszkodziło to jednak kazachskiemu dziennikowi „Karavan” w uznaniu dzieła Larry’ego Charlesa za „film roku”, co napiętnowało brak dystansu państwowych urzędników.

Faktem jest, że kinowe perypetie Sagdiyeva nie mogły być dystrybuowane na terenie Federacji Rosyjskiej oraz w większości krajów arabskich (oprócz Libanu). Kosztująca osiemnaście milionów dolarów produkcja zwróciła się czternastokrotnie, zyskując także przychylne recenzje zachodnich krytyków oraz otrzymując nominację do Oscara dla najlepszego scenariusza adaptowanego. Dziennikarze docenili także kreację Sachy Cohena, przyznając mu statuetkę Złotego Globu. Nic więc dziwnego, że lubiący prowokację Brytyjczyk postanowił pójść za ciosem, promując na srebrnym ekranie swoje kolejne alter ego.

Medialna turystyka Brüna G.

Zrealizowana w 2009 roku pełnometrażowa opowieść o perypetiach dziewiętnastoletniego (sic!) Austriaka Brüno Geharda, ekstrawaganckiego reportera i gospodarza „Fünkyzeit”, czyli „typowego” niemieckojęzycznego programu o modzie, wykorzystywała podobny jak w przypadku wcześniejszego filmu Larry’ego Charlesa schemat. Nie stosując żadnej taryfy ulgowej w „polowaniu na emocje”, twórcy filmu dążyli do wygenerowania (mniej lub bardziej merytorycznie podbudowanej) refleksji na temat ponowoczesnej moralności. Podobnie jak Borat, Brüno nie uznaje tematów tabu, co rusz wzniecając wokół siebie popłoch, dezorientację i uzyskując nieprawdopodobne odpowiedzi na rzucane od niechcenia pytania. A widz z niedowierzaniem patrzy na: Paulę Abdul, która opowiada o potrzebie niesienia pomocy bliźnim, siedząc na zaimprowizowanym krześle zrobionym z… meksykańskiego emigranta; hollywoodzkiego menadżera wstrząśniętego rekomendowanym przez siebie autorskim programem Brüna o geni(t)alnym charakterze czy reakcję czarnoskórej publiczności programu „To Day With Richard Bey”, w którym austriacki gej opowiada o swoim „adoptowanym” (czytaj: wymienionym na i-Poda) synku przywiezionym z Afryki. W pamięci pozostają także wypowiedzi rodziców zainteresowanych udziałem swoich pociech w prestiżowej sesji fotograficznej, nieprzykładających większej uwagi do czekających na maluchy atrakcji: liposukcja, pozowanie przy płonącym fosforze lub zwierzęcej padlinie, reprodukcja Drogi Krzyżowej czy upiorności Holocaustu na pierwszy rzut oka nie stanowią dla rodzicieli najmniejszego problemu – byle tylko udało się wypromować małego modela.

Po serii spektakularnych zawirowań emocjonalnych względem towarzyszącego mu w eskapadzie po USA Lutza (Gustaf Hammarsten) Brüno decyduje się zostać stuprocentowym heteroseksualistą. Dlatego, zgodnie z radą zawodowego „nawracacza gejów”, zaczyna szukać prawdziwie „męskich” wrażeń, udając się na polowanie w towarzystwie tak zwanych rednecków, uczestnicząc w imprezie swingersów oraz stając się główną atrakcją gali mieszanych stylów walki pod nazwą „Rozwałka u Dave’a Heteryka”, podczas której niemalże dochodzi do erotycznego pojednania (przy dźwiękach „My Heart Will Go On”) między nim a kwestionującym jego orientację Lutzem, przy totalnym osłupieniu półtoratysięcznej, mało tolerancyjnej widowni. Prowokacja mająca na celu obnażenie kultury macho mogła w tym przypadku skończyć się czymś więcej niż kolejnymi pozwami o naruszenie reputacji. Jednak o tym nie dowiemy się z filmu, który niczym klasyczna love story kończy się wzruszającym happy endem, wzbogaconym o brawurowe wykonanie w legendarnym studio Abbey Road dobroczynnego hymnu „Gołębica pokoju”, w którym u boku Brüna wystąpili… Bono, Sting, sir Elton John, Snoop Dogg, Slash oraz Chris Martin z Coldplay. Hymnu, warto dodać, będącego oczywistą kpiną z tego typu okolicznościowych kompozycji.

Na rozdrożu?

Chociaż pełnowymiarowe przygody austriackiego bożyszcza nie okazały się takim sukcesem jak perypetie wąsatego Kazacha (przy budżecie rzędu czterdziestu dwóch milionów dolarów „Brüno” zarobił niespełna sześćdziesiąt), to sprowokowały porównywalny szum medialny, począwszy od głosów sprzeciwu dochodzących z kręgów LGBT, na pogróżkach ze strony specjalizującej się w samobójczych zamachach Al Aqsa Martyrs Brigades (której były członek, Ayman Abu Aita, został sportretowany w filmie jako terrorysta) kończąc. Paradoksalnie, najcieplej film przyjęto w Austrii zadowolonej z faktu, że na Zachodzie wreszcie przestanie się ją mylić z… Australią.

Chociaż postaci Borata Sagdiyeva oraz Brüno Geharda w ostatecznym rachunku przysporzyły Cohenowi więcej kłopotów, niż początkowo zakładał, brytyjski komik może czuć się zadowolony ze światowego fermentu, który udało mu się wywołać. I chociaż wraz z rosnącą popularnością powiększyło się grono osób zaznajomionych z „fenomenem” niepokornych wcieleń Sachy Cohena, co uniemożliwia mu dziś skuteczne wykorzystanie niegdysiejszych patentów, to mimo wszystko można zaryzykować stwierdzenie, że w niedługim czasie na horyzoncie znowu zamajaczy sylwetka tajemniczego, uciążliwego turysty, poszukującego odpowiedzi na serię niewygodnych pytań.
„Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej” („Borat: Cultural Learnings of America for Make Benefit Glorious Nation of Kazakhstan”). Reż.: Larry Charles. Scen.: Sacha Baron Cohen, Peter Baynham, Anthony Hines, Dan Mazer. Obsada: Sacha Baron Cohen, Ken Davitian, Luenelle, Pamela Anderson. Gatunek: satyra. Produkcja: USA 2006, 82 min. „Brüno”. Reż.: Larry Charles. Scen.: Sacha Baron Cohen, Anthony Hines, Dan Mazer, Jeff Schaffer. Obsada: Sacha Baron Cohen, Gustaf Hammarsten, Clifford Bañagale, Josh Meyers, Paula Abdul, Bono, Sting, Elton John, Snoop Dogg, Chris Martin. Gatunek: satyra. Produkcja: USA 2009, 83 min.