Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (183-184) / 2011

Sławomir Iwasiów,

SAMOCHODEM, POCIĄGIEM, PRZED SIEBIE...

A A A
Wstęp

Ten krótki przegląd podróżniczych wątków ważnej dla mnie literatury powinienem być może zacząć od autobiograficznego wstępu. Po książki Andrzeja Stasiuka sięgnąłem w liceum. Najpierw ktoś podsunął mi legendarne „Mury Hebronu”, które czytałem z zapałem godnym wzorowego ucznia, żałując jedynie, że nie są szkolną lekturą – opis realiów doświadczenia więziennego to dobry początek przygody z ulubionym autorem. Do tej i innych książek Stasiuka najchętniej zaglądałem w autobusie, żeby zabić czas i nudę jazdy przez miasto. Zdarzało mi się, podobnie jak Pawłowi, bohaterowi „Dziewięć”, jeździć od pętli do pętli, patrzeć przez okno. I czytać. W porządku chronologicznym poznałem skomplikowanego kompozycyjnie „Białego kruka”, z którego zdaje się niewiele wtedy zrozumiałem (a przecież, dzisiaj nie mam wątpliwości, to „powieść drogi”, nawiązująca do „Jądra ciemności” Conrada), urzekające atmosferą „Opowieści galicyjskie” i tę chyba najbardziej inspirującą opowieść – „Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej)”, gdzie Stasiuk, w stylu ulicznej „prozy życia”, w poetyce małego realizmu spod znaku Marki Hłaski czy Marka Nowakowskiego, przypomina sobie czasy młodości, a więc lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, okres wolności i buntu.

Cały prozatorski dorobek Stasiuka, ze wskazaniem na pozycje eseistyczne: „Jadąc Do Babadag”, „Fado”, „Dojczland” i „Dziennik pisany później”, jest istotny z punktu widzenia zagadnienia podróży – bohater tych książek, którego łatwo utożsamić z autorem, opowiada o swoich doświadczeniach z podróży.

„Bo jechać to jest nic”

Czym jest podróż? Na to pytanie niełatwo odpowiedzieć jednym zdaniem. Możemy jednak bezpiecznie założyć, że wszyscy podróżujemy, do dalszych i bliższych miejsc, zmieniamy swoje położenie: czy to w sensie dosłownym, kiedy musimy gdzieś dotrzeć, na piechotę, samochodem, samolotem, czy też metaforycznym, jeżeli myślimy o życiu jak o odysei, która ma określony początek i koniec.

We współczesnej myśli humanistycznej podróż, przemieszanie się i mobilność odgrywają znaczące role: wystarczy wspomnieć dokonania Zygmunta Baumana (metafora turysty jest chyba najbardziej rozpoznawalną figurą ponowoczesnego człowieka) czy Johna Urry’ego (autora książki „Wyobraźnia turysty”) którzy, na różne sposoby, rozgrywają kategorię podróży i śledzą wpływy mobilności na struktury społeczne. Socjologia mobilności - to termin Urry’ego, będący jednocześnie tytułem jednej z jego najważniejszych książek (J. Urry: „Socjologia mobilności”. Przeł. Janusz Stawiński. Warszawa 2000) - zadomowiła się w refleksji literaturoznawczej i kulturoznawczej, warto pod tym kątem przejrzeć monograficzny numer kwartalnika „Kultura Współczesna” z 2010 roku zatytułowany „Wyobraźnia turystyczna”. Tutaj między innymi został opublikowany tekst Małgorzaty Owczarskiej pod tytułem „Paradygmat mobilności Johna Urry’ego”, w którym autorka prezentuje sedno myśli socjologa – mobilność jest kategorią społeczną – ale też jej nieuchronną wtórność wobec takich tuzów socjologii i znawców kultury ponowoczesnej, jak wspomniany Zygmunt Bauman, Jean Baudrillard czy Umberto Eco. Koncepcję Urry’go można podsumować tak: mobilność i jej warianty (realna i wirtualna, dosłowna i symboliczna, dotycząca ludzi i przedmiotów, informacji i odpadów itp.) dotyczą wszystkich i wszystkiego, wpływają na przemiany społeczeństw, rozmywają ich granice.

Wizja brytyjskiego socjologa jest pociągająca – wszyscy podróżujemy, zdaje się twierdzić Urry, ale nie zawsze potrafimy zauważyć konsekwencje tego fenomenu. Podróż związana jest z upływem, przede wszystkim czasu, ale także przestrzeń może rozpływać się wraz z pokonywanymi kilometrami. Czas i przestrzeń można zapełnić – choćby w trakcie jazdy autobusem, kiedy rozwiązujemy krzyżówkę, czytamy najnowsze wydanie lokalnej gazety albo wyglądamy przez okno, starając się zapamiętać mijane ulice, place i budynki. Nie bez znaczenia są w takich wypadkach środki transportu i role, jakie pełnimy podczas podróżowania – inaczej postrzega się świat będąc, powiedzmy, kierowcą autobusu, inaczej pasażerem; co innego widzi kierujący samochodem osobowym, a co innego pilot samolotu. Podróż i narrację łączy czasoprzestrzenna więź: opowieść, podobnie jak krajobraz za oknem, przesuwa się i zmienia na naszych oczach.

Czas i przestrzeń – można je zapełnić literacką narracją, opowiedzieć, zrekonstruować. Taki jest sens wszystkich tekstów podróżniczych, poczynając od starożytnych itinerariów, przez początki narracji powieściowych w rodzaju „Podróży sentymentalnej przez Francję i Włochy” Laurence’a Sterne’a, aż po współczesne powieści podróżnicze, eseje z podróży, reportaże. Opowiadanie o podróżowaniu to specyficzny rodzaj relacji, w gruncie rzeczy ponadgatunkowej, w której prawda miesza się z fikcją, użytkowość z literackością, sprawozdanie z opowiadaniem (taką mniej więcej definicję podaje „Słownik terminów literackich” w haśle „Podróż”).

Doświadczenie podróżowania jest zarówno inspiracją, jak i, w pewnym sensie, stanowi dobrą okazję do ułożenia opowiadania – na tematy podróżnicze lub jakiekolwiek inne. Można pisać o podróży, ale też pisać „z podróży”, wykorzystując sytuację przemieszczania się, na przykład pociągiem czy samochodem, do snucia narracji. Tak zrobił między innymi Roman Zimand w klasycznym już dzisiaj eseju z 1989 roku pod tytułem „Gatunek: podróż”, opublikowanym na łamach „Znaku”. Zimand wspomina w nim fakty ze swojego życia podczas podróży koleją. Pośpieszny do Przemyśla, jak wiadomo, jedzie wolno, więc można spokojnie przemyśleć pewne sprawy. Nie chcę streszczać tutaj tekstu Zimanda, chodzi mi raczej o zaakcentowanie pewnej zasady – podróż jest rodzajem opowieści, konstrukcją narracyjną, metodą postrzegania świata. Esej kończy dość gorzkie stwierdzenie: „Podróż? Nic łatwiejszego niż podróż” (R. Zimand: „Gatunek: podróż”. „Znak” 1989, nr 10–12, s. 45).

Zimandowi mógłby oczywiście partnerować, przynajmniej duchowo, Stasiuk, który w „Fado” pisał: „Bo jechać to jest nic. Najważniejsze zaczyna się potem, właśnie teraz, gdy wszystko już znieruchomiało, struchlało i powoli obraca się w nicość” (A. Stasiuk: „Fado”. Wołowiec 2006, s. 9).

To pisanie jest trudne – chciałoby się dodać.

„Podróżowaliśmy jak jakieś przygłupy”


Wracając do Stasiuka i jego wcześniejszych tekstów. Narrator „Jak zostałem pisarzem” pozostaje w bezustannym ruchu – zdaję sobie sprawę, że używam wyrażenia oksymoronicznego, ale w tym przypadku niepozbawionego wyraźnego sensu. „Literatura”, pisana raczej małą literą i najlepiej w cudzysłowie, jako narracja, opowiadanie, a czasem po prostu gawędzenie, trwa, nigdy się zatrzymuje, nie ogląda za siebie, być może nawet nie zauważając czytelnika. I tak właśnie opowiada Stasiuk, tak opowiada swoje dzieje bohater „Jak zostałem pisarzem” – w cudzysłowie, w poetyce ciągłego niedopowiedzenia (chociaż to „autobiografia”), w stylistyce umykającego marginesu, jakby w biegu za uciekającym autobusem, w pędzie samochodu lub pociągu jadącego na drugi koniec Polski. To prosta, czasami niechlujna historia: „Kurczę, nikt wtedy nie jeździł taksówkami, przynajmniej nikt z nas. Taryfiarze byli podejrzani, jak się ma szesnaście lat to większość jest podejrzana. A zresztą nie mieliśmy kasy. Jak się nie ma kasy, to wszystko od razu robi się podejrzane, zwłaszcza ci, co mają. My w każdym razie nie mieliśmy. Jeździło się autobusami i tramwajami” (A. Stasiuk: „Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej)”. Czarne 1998, s. 9).

Taki rodzaj mobilności jest chyba najprostszy i tę prostotę oddaje opowiadanie Stasiuka. Nastolatek patrzy na Warszawską rzeczywistość z punktu widzenia pieszego, ewentualnie pasażera środków komunikacji miejskiej. Przez szybę tramwaju można wszystko dokładnie obejrzeć, zapamiętać, wsłuchać się w rytm miasta: „Tramwaje skrzypiały jak nieszczęście. Skrzypiały na zakrętach. Pierwszy był na rondzie Starzyńskiego, jak jechało się do Śródmieścia. Skręcały w prawo i skrzypiały. Jak się jechało na Pragę, to dopiero przy Ratuszowej był ten cholerny skrzyp. Ale tam można było wysiąść i była zielona budka z piwem. Można było pójść w prawo i do zoo, popatrzeć na małpy, słonie i hipopotamy. Jak się doszło do hipopotamów, to był już most Gdański i można było złapać tramwaj do Śródmieścia. Tak robiliśmy” (tamże, s. 9).

Lapidarność tego fragmentu oddaje także prawdę o kręceniu się po mieście, do Śródmieścia i z powrotem, od końcowego do końcowego, po określonej trajektorii, która wynika z traktów komunikacyjnych, układu ulic i placów.

W „Jak zostałem pisarzem” podróż to rodzaj manifestu dla nieskrępowanego stylu życia. Stasiuk wspomina: „Zależało nam na wolności. Dlatego tyle spacerowaliśmy. Całe dnie i noce. I jeździliśmy. Całe miesiące. Dopóki nie zrobiło się naprawdę zimno. Ale nawet wtedy próbowaliśmy. Jak nie stopem, to pociągami bez biletów. Kwity przychodziły do domu. Tam bywaliśmy coraz rzadziej. Tak. Podróżowaliśmy jak jakieś przygłupy” (tamże, s. 18).

Fascynujący bywa ten Stasiukowy stosunek do rzeczywistości „w ruchu”. Narrator „Jak zostałem pisarzem” jest młody, zbuntowany, prowadzi rockandrollowy tryb życia. Niespecjalnie interesuje go szkoła, bo trzeba tam siedzieć – kiedy tylko może (a może zawsze), spaceruje po Warszawie, jeździ autostopem, podróżuje po Polsce, włóczy się bez wyraźnego celu.

Te wędrówki są wzmocnione czytanymi z zapałem lekturami, muzyką słuchaną z czarnych płyt i na koncertach, rozmowami o życiu, poezji i o niczym, które sporo mówią o doświadczeniu pokolenia roczników sześćdziesiątych. Jest tu wszystko i jeszcze ze wszystkim pomieszane. Od Ginsberga do Gadamera i z powrotem, Janis Joplin, Frank Zappa i Sex Pistols, nuda PRL-u i tętniąca życiem Warszawa, dziwne fryzury i smętna szarzyzna codziennego stroju, dobra literatura i kiepskie papierosy – Stasiuk kataloguje i wylicza przedmioty, ceny, stroje, zwyczaje, nazwy, jakby był pieszym, który musi zapamiętać to, co widzi. Tu nie chodzi o drobiazgową konstrukcję i ważki temat. Stasiuk pisze: „Zawsze chciałem być taki jak Iggy Pop, a nigdy nie chciałem być taki jak na przykład Ignacy Kraszewski albo Władysław Reymont” (A. Stasiuk, „Jak zostałem pisarzem (tamże, s. 74).

A więc jednak rokendrol, a nie kanon, życie w trasie, ale bez mapy, ciągły ruch, podróże na własną rękę, najlepiej bez grosza przy duszy, z nadzieją, że jednak się dojedzie.

„Najlepsza jest noc w obcym kraju”

Stasiuk od początku swojej twórczości zmaga się rzeczywistością (tą realną i przeżywaną, ale też tą literacką, zapamiętaną i zapisaną). Przede wszystkim, jako podróżnik i prozaik, posiada świadomość niewystarczającej atencji wobec rzeczywistości – wygląda to tak, jakby zawsze miał za mało czasu, żeby wszystko dokładnie obejrzeć i opisać. Teraźniejszość (życia i opowiadania) nie może trwać, ponieważ została zawieszona między starym i nowym porządkiem czasu, a pisarz zawsze jest wobec niej zbyt wolny i nieporadny. Dlatego porzuca dociekania o teraźniejszości i przyszłości, a zagłębia się w to, co przeszłe – bo łatwiej podsumować chwile minione, niż przewidywać nieokreśloną przyszłość. Łatwiej wspominać to, co się widziało podczas podróży. Stasiuk odrzuca rozważania o przyszłości, która jest czymś w rodzaju niechcianego horyzontu: „Bo czym w końcu jest pamięć, jeśli nie wieczną wymianą nominałów (…). Czym w końcu jest podróż, jeśli nie wydatkiem, potem liczeniem tego, co zostało, i przetrząsaniem kieszeni (A. Stasiuk: „Jadąc do Babadag”. Wołowiec 2004, s. 233).

W „Jadąc do Babadag”, skąd zaczerpnąłem powyższy cytat, narrator pędzi przed siebie, ale wciąż podtrzymuje, że jego celem jest przeszłość, dlatego bez przerwy „przetrząsa kieszenie” i wylicza: mijane miejsca, twarze, nazwy. Jadąc wprzód, Stasiuk jedzie w tył – jakby chciał dogonić nietzscheańską ideę „wiecznego powrotu”; jakby chciał ludzkość klepnąć w plecy i powiedzieć: „nie ma pośpiechu”. Taki punkt widzenia ma sens, ponieważ o podróży raczej opowiada się w czasie przeszłym, jako o czymś dokonanym, zamkniętym, przeżytym. Stasiuk komplikuję tę perspektywę, kiedy stwierdza, że musi podróż wciąż na nowo wymyślać – jego rekonstrukcja jest równocześnie konstrukcją. Opis tego, co było obserwowane, wydaje się zatem dokładny, ale czy nie jest, równocześnie, wymyślany na bieżąco, podrasowany literacko? Na przykład w takim fragmencie: „Trzy miesiące później jechałem o zmierzchu przez wieś Rozpucie u podnóża Słonych Gór. Krowy wracały z pastwisk i szły całą szerokością drogi. Musiałem zwolnić i w końcu całkiem się zatrzymać. Rozstępowały się przed autem jak ruda leniwa fala. Chwytał przymrozek i z nozdrzy buchała para. Były ciepłe, rozdęte i obojętne. Patrzyły wprost przed siebie, w dal, ponieważ rzeczy, przedmioty i pejzaż nie miały żadnego znaczenia. Po prostu patrzyły wskroś tego wszystkiego. I we wsi Rozpucie poczułem ogrom i nieprzerwaną ciągłość świata wokół” (tamże, s. 38).

Kierowca samochodu widzi krowy na drodze, które, po chwili, kiedy musi zwolnić, wywołują w nim metafizyczne dociekania nad sensem egzystencji. Stasiuk często ucieka w „poetycką” warstwę narracji – tutaj patrzy zza kierownicy, a więc trochę inaczej niż przez szybę autobusu czy tramwaju, może ma mniej czasu na rozglądanie się i dlatego sięga po środki stylistyczne, które pozwalają na zbudowanie nastroju jazdy przez górzyste tereny.

W „Jadąc do Babadag”, ale też w innych eseistycznych relacjach Stasiuka z podróży, jazda na Bałkany lub do jakiegokolwiek innego miejsca to jazda wstecz, przypominanie sobie, układanie porwanych skrawków doświadczenia, historii i literatury. Tak chyba należałoby czytać tę prozę – właśnie fragmentarycznie, bez nadziei, że w końcu wyłoni się z niej spójny obraz świata. W „Jadąc do Babadag” organizacja świata ma dwa wymiary: albo jest opisywaniem, kreowaniem obrazu świata, albo przyjmuje postać enumeratio, katalogowania zmiennego, blaknącego widoku za oknem samochodu.

Podobnie w „Fado” (krytycy pisali często: to odrzuty z „Babadag”), gdzie Stasiuk pisze również jako kierowca: „Po czterech godzinach dałem za wygraną. Nic chciało mi się czytać mapy. Skręciłem w pierwszy zjazd i wąską serpentyną opuściłem się na dno lesistej doliny. W górze na gigantycznych betonowych przęsłach biegła sześciopasmówka. Światła reflektorów ślizgały się po niebie” (A. Satsiuk: „Fado”. Wołowiec 2006, s. 7).

To wybrany fragment z eseju „Autostrada” – wyraźnie widać tu różnicę między opowiadaniem pieszego (np. opisującego Warszawę w „Jak zostałem pisarzem”), a narracją kierowcy, która jest bardziej poetycka, fikcyjna, „wymyślona” – być może dlatego, że za kierownicy musi bardziej uważać na to, co robi, a nie na mijane krajobrazy.

Czy bohater jedzie przez Bałkany, czy przez wieś w polskich górach, opis tego, co widzi, jest podobny, skoncentrowany na uchwyceniu poetyckiego wizerunku miejsca: „O zmierzchu, w zapadającej ciemności, granatowej jesiennej mgle płoną żółte albo czerwone światełka. Jedzie się ostrożnie kamienistą albo błotnistą drogą i co kilometr, dwa, trzy pełgają błędne ognie zmarłych i wokół nie ma śladu żywej duszy, żadnego domu, niczego” (tamże, s. 117).

Oczywiście, poznajemy w tym momencie cmentarz w galicyjskiej wsi w okresie Wszystkich Świętych – metaforyka tego fragmentu („granatowa jesienna mgła”) jest literacką kreacją, wzmacniającą wrażenie tego, co widziane i zapamiętane.

„Niemcy to jednak życie w drodze”


Podróżowanie jest także motywem przewodnim „Dojczland”, eseju Stasiuka opowiadającego o losach literackiego gastarbeitera, który przemierza Niemcy w szerz i wzdłuż. Bohater zatrzymuje się na dzień lub dwa w niemieckich miastach, przechadza się, obserwuje. Oprócz znanych z poprzednich książek obrazów tętniących życiem metropolii, Stasiuk tym razem opisuje doświadczenia z podróżowania pociągami. Jazda koleją to dobra okazja, żeby obserwować współpasażerów: „Pociąg [do Tybingi – przyp. S.I.] był w rodzaju tych podmiejskich, zatłoczony. Jechali sami młodzi. Byłem najstarszy. Potem wsiadł facet w skórzanej kurtce. Pod pachą miał nowe tablice rejestracyjne. Wyjął telefon i zaczął mówić po serbsku, może po chorwacku, w każdym razie jakoś tak stamtąd. Próbowałem patrzeć na pejzaż, ale Serb, czy może Chorwat mnie rozpraszał. (…) Za oknem był listopad, a ja czułem bałkańskie lato (A. Stasiuk: „Dojczland”. Wołowiec 2007, s. 8–9).

Mimo zmiany dekoracji na Zachodnią metropolię, w niemieckiej codzienności Stasiuk dostrzega to, co dobrze zna z Bałkanów – „swojskość” przyciąga jego uwagę, daje o sobie znać na każdym kroku, wynika z jego poprzednich, bałkańskich podróży. Serba (czy Chorwata) da się jednak rozpoznać tylko w bliższym kontakcie, właśnie podczas jazdy pociągiem, w przedziale, kiedy można się do niego zbliżyć, podsłuchać, jakim językiem mówi, zaobserwować charakterystyczne zachowania. W „Dojczland” Stasiuk potwierdza swoją fascynację szczegółem i dalej podpatruje, najchętniej z bliska, zwyczaje tubylców. Te antopologiczno-socjologiczne analizy są przepracowane oczami pieszego, na ulicy albo na lotnisku, w każdym razie tam, gdzie jest dużo ludzi: „Frankfurckie lotnisko jest okej. Słychać szmer przemieszczającego się tłumu i co sekundę-dwie odzywa się pieczenie elektronicznych czytników. Co sekundę-dwie ktoś coś kupuje w tych wielkich, otwartych na wszystkie strony duty-free shopach. Co sekundę-dwie Japończyk kupuje butelkę wina za pięćdziesiąt euro, południowy Koreańczyk torebkę dla żony za dwa tysiące, a Chińczycy zielonego Walkera podajże za trzydzieści parę” (tamże, s. 42).

Pieszy widzi dokładniej, niekoniecznie więcej, ale na tyle uważnie przygląda się mijanym postaciom, że jest w stanie rozpoznać, co kupują czy z jakiego kraju pochodzą.

„Dojczland” bardziej niż inne książki Stasiuka opowiada o lataniu samolotami i to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, czekanie na lotniskach, przechodzenie przez bramki, snucie się po bezkresnych halach, zostało w tej książce uchwycone (zrobiła to równie przekonująco Olga Tokarczuk w „Biegunach” – warto dla porównania sięgnąć do tej książki). Zagubienie pasażera jest tym większe, im bardziej podróż unowocześniona, stechnicyzowana, odhumanizowana jak scenografia do filmu science fiction: „Na stuttgarckim lotnisku było ze dwanaście monitorów i cierpliwie chodziłem od jednego do drugiego, jakbym obchodził coś w rodzaju dwunastu stacji Męki Pańskiej (…). Na srebrnoszarym, szklanym, pachnącym gównianą pizzą, syntetyczną kawą i oszukanym kebabem lotnisku z odlotami do wszystkich diabłów, do stu krajów z ciepłym morzem, tajskim masażem, parasolami z trawy oraz drinkami full inclusive” (tamże, s. 110).

W Niemczech nie można się zatrzymać – to chyba symptomatyczne dla krajów wysoko rozwiniętych, gdzie transport nie znosi przestojów – dlatego opowieść Stasiuka biegnie w „Dojczland” szybkim tempem, bez akapitów, bez rozdziałów, z częstymi międzylądowaniami na zaczerpnięcie powietrza.

„Nigdy w życiu nie byłem na wczasach nad morzem”

W kolejnej podróżniczej historii, opartej na własnych doświadczeniach, Stasiuk wraca na Bałkany. „Dziennik pisany później” otwiera krótki opis podróży promem do Wlory w Albanii: „Znowu tu jestem. Przypłynąłem promem z Brindisi. W kabinie nie było okna. Wziąłem karimatę, śpiwór i poszedłem na dziób. Pokład wibrował i cuchnął ropą. Niebo było pełne gwiazd. Natychmiast zasnąłem. Zbudziłem się o świcie. Widać było ląd” (A. Stasiuk: „Dziennik pisany później”. Wołowiec 2010, s. 9).

Możemy być pewni: to nie jest wycieczka Baumanowskiego turysty na słoneczne wybrzeże; to nie facet w hawajskiej koszuli, który narzeka na zepsutą klimatyzację, colę bez gazu i drinki bez lodu. Rejs promem nie należy do atrakcji krajoznawczych, trzeba ją odbyć, przeżyć, opisać, ale opis to jak widać porwany, niedokładny – rejs miał miejsce w nocy, niewiele było do oglądania, krótkie zdania oddają fragmentaryczność zapamiętanych faktów. Stasiuk pyta sam siebie w retorycznym geście: „Tak. Sam nie wiem, po co przyjechałem. Nie ma tu żadnej egzotyki. Te wszystkie rzeczy, zapachy, zdarzenia istnieją też gdzie indziej. Tutaj tylko są podniesione do potęgi, zwielokrotnione i wyzywające jak tanie i mocne perfumy w ciasnym pokoju” (tamże, s. 10).

To oczywiście trochę zgrywanie twardziela w drodze do niebezpiecznego kraju, Conradowski romantyzm, początek bohaterskiej przygody. Dalej znajdujemy jeszcze jeden fragment opowiadający o podróży promem: „W te strony [do Bajram Curri – przyp. S.I.] dotarliśmy wodą. Prom płynął długim i wąskim jeziorem pośród gór i czasem przybijał do brzegu. Wychodziła jedna albo dwie osoby i ruszały niewidoczną ścieżką w stronę przełęczy albo grani zarysowanej gdzieś pod samym niebem. Czasami na kogoś czekał ktoś z osłem. Jezioro nazywało się Komani. Było sztuczne i przypominało fiord. Ciągnęło się przez kilkadziesiąt kilometrów” (tamże, s. 12).

Świat widziany z pokładu promu wygląda inaczej niż przez szybę samochodu albo pociągu – szczególnie wtedy, gdy nie ma na co patrzeć, bo wkoło rozpościera się tylko woda. Narracja staje się leniwa, jakby niedokończona (nieskończona?), płynie powoli. Dalej podróż zostaje podjęta samochodami, przeważnie wynajętymi albo kursowymi, z kierowcami. Stasiuk relacjonuje jazdę busem przez Macedonię: „Było gorąco, pięknie i przysypiałem. Zielone góry, białe skały i porządna szosa. Stanęliśmy gdzieś na stacji benzynowej. Była nowa. Na Bałkanach kolor nowości to kolor świeżego beton. Kupiłem jedno małe piwo w puszce. Wypiłem je, żeby spać dalej. Może to było za Tetowem, a może już dalej. Z prawej ciągnął się masyw gór Stogovo i Karaorman” (tamże, s. 47).

Pasażer nie bardzo wie, w jakim dokładnie miejscu się znajduje – nie musi koncentrować się na nazwach mijanych miejscowości, oddaje się wrażeniu podróży, śpi (to ciekawe – jak można opowiadać o czymś przez sen?). Czytając prozę Stasiuka można dojść i do takiego wniosku: podróż, przez Polskę, Bałkany, Europę Zachodnią, nigdy się nie kończy, trwa, jak niespokojny, przerywany sen w obcym kraju.

Zakończenie

Sedno tej literatury jest rozproszone, a podróżnicze przygody Stasiuka, zamknięte w pięciu opisywanych wyżej tytułach potwierdzają, że tkwi nie tylko na marginesach wiejskich krajobrazów, nie tylko w centrach wielkich miast, gdzieś na bezdrożach czy pod górami śmieci wysypiska cywilizacji zachodniej. Wątki podróżnicze wytropimy we wszystkich jego książkach prozatorskich: wspominałem o „Białym kruku”, „Dziewięć”, „Opowieściach galicyjskich”, ale trzeba przywołać też poetycką „Duklę”, konkretne w opisie „Przez rzekę” czy miniaturową „Zimę”. Stasiuk występuje poprzez narrację przeciwko logice ponowoczesnego (zmąconego, płynnego, niespójnego) życia i daje do zrozumienia, że trudno ją ogarnąć i kompletnie wyrazić – ukazuje podróż w różnych wariantach, jako pieszy, pasażer, kierowca… Zmaga się także z pamięcią, którą próbuje rozszyfrować już po podróży. W „Fado” pisze przecież: „Teraz widzę, jak niewiele zapamiętałem”, a więc ma świadomość deprecjacji pamięci, ulotności fenomenu, ale zaraz dodaje, że wszystko na nowo wymyśli, opisze, bo taki już los pisarza. Ciągle w drodze, ciągle przy pracy.