Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (183-184) / 2011

Joanna Soćko,

BYŁ WASZMOŚĆ WE FRANCJI?

A A A
Spełnianie marzeń nie jest tak niedosiężne jak mogłoby się wydawać – wystarczy tylko wykreowanie jak najbardziej uniwersalnej projekcji pragnienia (urlop na piaszczystej plaży pod palmami) i zapewnienie jego realizacji (zaoferowanie wystarczająco niskiej ceny). Nic dziwnego, że kraje takie jak Egipt czy Tunezja przyciągają rzesze urlopowiczów – to tutaj egzotykę można nabyć za niewielką kwotę. Odwiedzający generalnie narzekają tylko na jedno: tak trudno odpędzić się od naciągaczy-tubylców, a szczególny dyskomfort budzi odmawianie dzieciom… Dlatego też wysiłki agentów nakierowane są na ograniczanie kontaktu tubylców z turystami. W Agadirze (Maroko) czy Monastirze (Tunezja) możemy już bez żadnych przeszkód poczuć się jak na wybrzeżu Gran Canarii czy w Jastarni (polecam stronę: www.jastarnia.com, na której widnieje logo miejscowości przedstawiające plażę z palmami); nie sądzę jednak, by jakikolwiek urlopowicz, który choć raz wyszedł poza obręb własnego kurortu, mógł nie zauważyć rozdźwięku pojawiającego się na linii: turystyka – rzeczywistość danego kraju. Jednak dla autorki książki „Witajcie w raju” rozdźwięk ten, jak wynika z przedmowy, okazał się dużym zaskoczeniem. Nie jest to bynajmniej zarzut: od kilku lat z bliska obserwuję absurdalne turystyczne trendy wypaczające jakąkolwiek ideę podróżowania, sięgnęłam więc po reportaże o przemyśle turystycznym z nadzieją na nowe, interesujące ujęcie tego zjawiska, które skłoniłoby mnie do pogłębienia dość przewidywalnych refleksji z nim związanych. Zanim jednak naszły mnie refleksje nad przemysłem turystycznym, nieoczekiwanie zadumałam się nad przemysłem książkowym.

Przepis na książkę

Jennie Dielemans otwarcie opisuje okoliczności powstawania swojej książki: pewnego razu pojechała odpocząć sobie na jednej z filipińskich plaż, gdzie z niepokojem zaobserwowała służalczość miejscowej ludności; postanowiła zatem przyjrzeć się temu zjawisku bliżej. Otrzymała wsparcie finansowe Szwedzkiego Związku Pisarzy (Författarfonden) oraz instytucji na rzecz równouprawnienia, walki z ubóstwem i rozwoju demokracji (Biståndsnämnd) i rozpoczęła swoje podróże do Wietnamu, Tajlandii, Meksyku, na Dominikanę oraz Gran Canarię. Obserwowała tam zachowanie turystów i robiła wywiady z miejscową ludnością. Przeglądnęła też sporo książek dotyczących podróżowania, dzięki czemu może teraz wyjaśnić czytelnikom, „jak stali się turystami” (s.8). Na początku książki przedstawi więc kilka odkrywczych (szkoda, że najprawdopodobniej tylko dla niej) rewelacji: że niegdyś podróżować mogli jedynie nieliczni; że młodzi szlachcice jeździli do Francji, Anglii i Włoch nabrać dobrych manier i zdobyć wiedzą o świecie; że kąpiele morskie zaczęły się wraz z XIX-wiecznym odkryciem ich zdrowotnych właściwości, a w końcu, że kiedyś opalenizna wcale nie była modna. Autorka zauważa również, że rozwój romantyzmu przyczynił się do nobilitacji nadmorskich pejzaży, bo przecież „widok człowieka na skale, z twarzą zwróconą ku morzu należy do klasyki okresu romantyzmu” (s.22). Jak można się domyślać, same reportaże utrzymane są raczej w dziennikarskim niż literackim czy akademickim stylu, w efekcie czego osobom wyjeżdżającym na urlopy opisy paradoksalnych scenek rodzajowych powiedzą niewiele więcej niż to, co z pewnością zdążyli zaobserwować sami. Jest co prawda wątek względnie nowy – dziennikarstwa śledczego poruszającego problem nielegalnego zatrudniania i wykorzystywania pracowników, w kontekście którego dziennikarski styl autorki przydaje wiarygodności przedstawianym sytuacjom. Ten jednak czytelnik, który wyznaje wiarę w wiarygodność reportażu zdziwi się niechybnie widząc nagle „chorągiewki” – pojawiające się co jakiś czas wyszczególnione pogrubioną czcionką informacje z nagłówkiem „fakty”, zmuszające do zadania sobie pytania: „czym więc było to, co przeczytałem dotąd?”. „Fakty” przedstawiane nam w postaci swoistych „bonusów” dotyczą np. waluty opisywanego akurat kraju, największej religii itp. Pod niektórymi znajduje się rzetelne odniesienie do źródeł tych informacji: „Wikipedia”.

Jennie Dielemans podejmuje też problemy związane z zanieczyszczaniem środowiska – między innymi przez samoloty, co zmusza ją do przykrego wyznania: „w czasie naszych podróży emitowaliśmy tony dwutlenku węgla i gdybym wiedziała to, co wiem dzisiaj, ta książka pewnie nigdy by nie powstała” (s.7). Nasuwa to na myśl genialne i ożywczo intrygujące rozpoczęcie „Smutku tropików”: „Nienawidzę podróży i podróżników. A oto zabieram się do opowiadania o swoich wyprawach”. Dość jednak ironizowania – książka Dielemans nasuwa przecież refleksję, którą warto omówić.

Neokolonializm

Idea urlopu związana jest ściśle z XIX-wiecznym rozwojem miast przemysłowych. Ta zależność odsyła nas do Wielkiej Brytanii jako kolebki tego praktyk – Dielemans pisze o brytyjskich pracodawcach i reformatorach z klasy średniej, promujących „cywilizowanie” robotników poprzez zorganizowane formy wypoczynku (s.18). To na Wyspach zaczęto również organizować pierwsze stosunkowo tanie wycieczki na dużą skalę, których ojcem został prowadzący antyalkoholową kampanię pastor Thomas Cook (obecnie nazwa jednej z największych na świecie agencji turystycznych). Początkowo wycieczki opierały się na przejeździe pociągiem pomiędzy angielskimi miejscowościami; z czasem Cook zaczął aranżować wyjazdy do Belgii, Niemiec czy Szwajcarii. Szybko jednak pojawiły się problemy z obecnością klasy robotniczej w miejscowościach wypoczynkowych: „W 1948 roku w podróż pociągiem na wybrzeże udało się sto tysięcy osób, dwa lata później ich liczb wzrosła dwukrotnie. Ucierpiał na tym status kurortu. Z ulubionego miejsca szacownych rodzin Blackpool stało się obiektem kpin” (s.19). Im więcej turystów – szczególnie tych nie najlepiej usytuowanych – tym gorzej. Prawidłowość ta nie przestaje rządzić turystycznym przemysłem do dziś i wiąże się z poszukiwaniem i zajmowaniem w celach turystycznych coraz to nowych miejsc. Dielemans daje tu za przykład Gran Canarię – podupadłą już dzisiaj mekkę turystyczną z wybrzeżami obudowanymi hotelami: „Ten wczesny model eksploatacji Morza Śródziemnego, który wkrótce rozprzestrzenił się po całym świecie, był szalenie prosty: przyjedź, zarób kasę, wyjedź i znajdź nową plażę” (s.33).

Przyznaję, że dopiero przy lekturze Dielemans naszła mnie myśl o niepokojącej analogii: kraj zorganizowanej turystyki – imperium brytyjskie. Porównanie turystyki do kolonializmu jest szczególnie wyraźne w tych miejscach, w których kolonializm dał się we znaki w sposób najbardziej dotkliwy – przykładem może tu być Dominikana, dawna Hisponiola, na którą dotarł Kolumb doprowadzając do pierwszego, tragicznego spotkania Hiszpanów z miejscową ludnością. Turystyka nie jest aż tak brutalna, niemniej opiera się na tych samych zasadach: na zajmowaniu terenu przez obcokrajowców mających pieniądze i wykorzystywaniu tubylców jako taniej siły roboczej. „Hotele nie przestrzegają prawa. Mają pieniądze i władzę. Jeżeli będą chciały pozbyć się wszystkich Dominikańczyków, to tak zrobią” – mówi jeden z mieszkańców Dominikany (s.119). „Właścicielami hoteli są obcokrajowcy – mówi inny – i to oni, a także wy, turyści, tu rządzicie” (s.132). Relacja pomiędzy tubylcami a zagranicznymi inwestorami jest jednak, rzecz jasna, zbyt skomplikowana, by tubylcy mogli otwarcie protestować: „Jedna piąta naszego dochodu narodowego pochodzi z turystyki, bez niej poszlibyśmy z torbami” (s.133). Pieniądze, które zostają w rękach miejscowej ludności są jednak znikomym procentem całości: „Samoloty i agencje są niemal bez wyjątku w rękach zagranicznych właścicieli czyli poza kontrolą miejscowości wypoczynkowej. Z hotelami bywa różnie” (s.109). Do zmniejszenia udziału miejscowych w przychodach z turystyki przyczynia się jednak coraz większa popularność hoteli all-inclusive: „model ten daje niezależność. Nieważne, co można dostać w najbliższej okolicy, przecież i tak wszystko jest w hotelu. A właściciele nie muszą się obawiać, że pracownicy schowają pieniądze do kieszeni, bo w obiegu nie ma gotówki” (s.116). Właśnie z nieustannym redukowaniem kosztów ponoszonych przez agencje i, z drugiej strony, z walką tubylców o zarobek związane są pojawiające się w przemyśle turystycznym opisywane przez Dielesmans patologie. Należy do nich między innymi seks-turystyka, wykorzystywanie i nielegalne zatrudnianie pracowników (np. uchodźców z Birmy w Tajlandii), czy zarabianie na pamięci o wojnie w Wietnamie.

Pobyt poza miejscem

„We Francji – powiedziałem – lepiej załatwiają te sprawy” – tak Laurence Sterne rozpoczyna swoją słynną „Podróż sentymentalną”. To właśnie zdziwienie, jakie te słowa wywołały w jego rozmówcy skłania bohatera do rozpoczęcia wyprawy („Dziwne! – żeby dwadzieścia jeden mil podróży statkiem dawało człowiekowi takie prawa. Trzeba to zgłębić”). Po krótkim opisie przeprawy przez kanał La Manche bohater może powiedzieć z zadowoleniem: „już o trzeciej zajadałem na obiad duszonego kurczaka tak niezaprzeczalnie we Francji, że gdybym następnej nocy skonał na niestrawność, nawet świat cały nie mógłby zawiesić w mocy Droits d´aubaine”. Sformułowanie „tak niezaprzeczalnie we Francji”, przyznaję, budzi moją zazdrość. Przemysł turystyczny, a szczególnie hotele typu all-inclusive, wypaczają w sposób nieodwracalny wszystkie te miejsca, do których ściągają urlopowiczów. „To mogłoby być gdziekolwiek – mówi Dielesmans jedna z turystek w Tajlandii – Nie widzę różnicy pomiędzy tą plażą a plażą, na której byliśmy w Turcji. Te same pamiątki, te same restauracje” (s. 219). I nie wystarczy już wyjść poza kurort, by doświadczyć prawdziwości miejsca – miejscowi ludzi wytwarzają coś w rodzaju wirtualnej rzeczywistości, która ma przypaść do gustu turystom: „Zapotrzebowanie turystów na kulturę i tradycję innych stawia wysokie wymagania ludziom, których odwiedzamy. To, czy im zapłacimy, uzależnione jest od tego, czy uznamy ich za malowniczych, autentycznych i nieskażonych cywilizacją” (s.92). Rozpoczynają się więc rzekomo „tradycyjne” tańce, wymyślone kilka lat temu, potrawy przyrządzane według oryginalnej receptury liczącej sobie kwartał itd.

Dielesmans obwinia przemysł turystyczny o to, że „sprzedaje coś, czego nie posiada” (s.220), a mianowicie: marzenie. Obwinia go o zanieczyszczanie środowiska, niszczenie miejsc, w których się pojawia i wyzyskiwanie miejscowej ludności. Nie podważa jednak samego marzenia – obrazka piaszczystej plaży i palm jako tego idealnego miejsca wypoczynku, którego wszyscy pragniemy. Tymczasem to konsumenckie zaślepienie powinniśmy winić przede wszystkim, a przy tym pokazywać, że przejście do najbliższego lasu może być najlepszym wypoczynkiem – wypoczynkiem od przemysłu turystycznego przede wszystkim.
Jennie Dielemans: „Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym”. Przeł. Dominika Górecka. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2011 [seria: Reportaż].