Wydanie bieżące

1 września 17 (185) / 2011

Emilia Konwerska,

FAKE ME

A A A
Pamiętaj: 1. Co się zaczyna dobrze, kończy się źle. 2. Co się zaczyna źle, kończy się strasznie. 3. Co się zaczyna strasznie, nigdy się nie kończy.
Pewnie gdyby Zaza Burczuladze był Wittgensteinem, napisałby książkę o czymś ważnym. Ale, jak mówi narrator powieści „Adibas”, gruziński chłopak wychowany w kaukaskich górach jest właściwie przeciwieństwem Wittgensteina. Burczuladze pisze więc książkę o rzeczach, o czekaniu na działkę i pieprzeniu. Tbilisi jest tłem z kartonu, atrapą, która nagle zaczyna płonąć. Ale przecież kiedy płonie, wystawa sklepu nie ma czym się przejmować. Jesteśmy w końcu w fake city, tu wojna nie może być prawdziwa.

Świat, jaki maluje Burczuladze, jest scenerią futurystycznego filmu. Nie ma już w nim ludzi i uczuć, głównymi bohaterami są iPody, plazmy i markowe ubrania, a w tle słychać pokawałkowane informacje o bombardowaniach. Świat głównego bohatera jest wypełniony przedmiotami. Wchłania nas McDonalds, nawiązania do amerykańskich filmów, modne minimale i mniej już modny Fatboy Slim. Wszyscy jesteśmy popkulturą, nowościami z Zachodu, które tam już dawno nowościami być przestały. Burczuladze mówi nam: w Tbilisi też są eleganckie knajpy, drogie drinki i modni geje. Jest wszystko. Narrator opisuje codzienne czynności, a jego znudzenie udziela się czytelnikowi. Adibas jest podróbką Adidasa, a Gruzja jest podróbką Ameryki. Nie ma wielkiej różnicy między ćpaniem kokainy w Nowym Jorku a ćpanieniem kokainy w Tbilisi. O dragach i muzyce pisano już takie historie, że swędzą kości, nie znajdziemy w Gruzji nic nowego. Narracja powieści „Adibas” też nas oszukuje, trudno uwierzyć, że osoba przeciskająca się przez tłum na imprezie relacjonuje: minąłem ludzi pod wpływem ecstasy tańczących w rytm muzyki dobiegającej z głośników. Narracji brakuje lekkości, ale może właśnie o to chodzi? Może nawet język Gruzinów nieudolnie naśladuje język z amerykańskich filmów? Poznajemy młodych ludzi snujących się po mieście w poszukiwaniu rozrywek, pijących mohito i rozmawiających. W fake city nie padają jednak żadne ważne słowa, nie ma sensu mówienie o problemach, nic nie ma sensu.

Wkroczenie rosyjskich wojsk do Tbilisi jest dla bohaterów powieści nierealne. Kiedy oglądasz w telewizji relację z bombardowania, nie ma znaczenia, czy ma ono miejsce w Iraku, czy za rogiem, szklany ekran czyni obraz tak samo niewiarygodnym. Kiedy główny bohater jedzie taksówką i słyszy dobiegające z radia komunikaty, natychmiast wkłada słuchawki, słucha Madonny i zaczyna oglądać porno. Narrator twierdzi, że seks jest imitacją wojny albo wojna jest imitacją seksu, w powieści „Adibas” wojnę się ogląda, nie bierze się w niej udziału, walczy ktoś inny. Podobnie jest z seksem. Główny bohater patrzy, jak jego była dziewczyna uprawia seks z jego przyjacielem, ma ich nagrywać, a kiedy indziej to jego stosunek jest obserwowany przez skypa. Porno XXI wieku, przyjaciele chcą widzieć twój orgazm, najlepiej przez internet. Chcą znać każdy milimetr twojej skóry, słyszeć oddech. Seks staje się tak samo nierealny jak wojna, staje się filmem akcji. Narrator ogląda pornografię, która go nudzi, seks z trupem jest już przecież taki banalny.

Zaza Burczuladze jeden z rozdziałów kończy słowami „małe cycki”, a następny zaczyna od „długich nóg Tiny”. Kobiety w powieści „Adibas” są tyle warte, co ich cycki, waginy, uda. Portret kobiecego ciała jest tak brutalny, że kiedy w pewnym momencie autor opisuje sukę skomlącą na ulicy i jej „małe cycuszki”, sądzimy, że ma na myśli młodą dziewczynę. Kobiety przynoszą kłopoty, nawet jak jest dobrze, to prędzej czy później będą pieprzyć się z twoim najlepszym przyjacielem. Narrator wspomina swoją pierwszą miłość, był nastolatkiem, dziewczyny z podwórka słabo obciągały, a ona była starszą sąsiadką podobną do Moniki Bellucci. Była kobietą z piersiami, pośladkami i czerwonymi ustami. Kiedy jednak się odezwała, w bohatera uderzył odór zgnilizny. Bo takie właśnie są kobiety w Tbilisi: mają ciała, których się używa, które są potrzebnymi sprzętami, żywym AGD, ale w środku są zepsute i śmierdzą. „Jak można komuś zaufać?”, zastanawia się główny bohater.

W Tbilisi istnieje miejsce, w którym można kupić za grosze ubrania Vivienne Westwood i Yves Saint Laurenta, można się poczuć bogato i pięknie. Ciuchy znanych projektantów wynosi się siatami, co z tego, że modna kamizelka ma na plecach wielką plamę, a buty od Prady odklejone podeszwy, drogie spodnie mają dziury na kolanach. Mądry Gruzin zrobi sobie z nich bryczesy. Obrzyganą koszulę od Karla Lagerfelda włoży się pod spód i nikt nie zauważy. Opis lumpeksu z markowymi rzeczami jest najbardziej przejmującym fragmentem w tej nierównej powieści. Jest obrazem świata, który tęskni za luksusem z MTV, który cieszy się odpadkami, który żyjąc w gettcie tworzy sobie mały luksusowy świat ze znalezionych na śmietniku błyskotek. Szyk a la Tbilisi – glamour śmieci, szczyt marzeń gruzińskiego celebryty – występ w reklamie Pepsi. Bohaterowie oscylują pomiędzy przepychem, a nędzą.

„Adibas” jest opowieścią o momentach i miejscach, gdzie filozofia się kończy. „Adibas” to układanka składająca się z fragmentów internetowych rozmów o wojnie i nowych klubach, znajdziemy w niej horoskop z przesłaniem: „Niebo gwiaździste nad Tobą, wczorajszy tampax w Tobie” oraz współczesną wersję „Czekając na Godota” pod tytułem „Czekając na działkę/dieta bohaterów”. Wojna w Gruzji, jaką ukazuje nam Burczuladze, nie zapoznaje nas z bohaterstwem, wielkimi słowami, ranami. Kaczyński w zmowie z Saakashvili fałszuje swoje porwanie, żeby pokazać światu, że Ruscy to chuje. Nie ma płaczu i walących się domów. Są żarty z niskiego wzrostu prezydenta Polski. Wojna toczy się trochę dalej niż knajpa, niż działka dobrego koksu, nie po drodze jest na wojnę. Młodzi mieszkańcy Tbilisi też są Pokoleniem Vintage, tak jak ich stylowi rówieśnicy z Londynu i Paryża. Tylko że w Gruzji vint to tani odpowiednik heroiny.
Zaza Burczuladze: "Adibas". Przeł. Magdalena Nowakowska. Wydawnictwo Claroscuro. Warszawa 2011 [seria: Ścieżki życia].