Wydanie bieżące

1 września 17 (185) / 2011

Grzegorz Mucha,

POST-SYNTETYCZNA PROSTOTA

A A A
Red Box był jednym z wielu synth-popowych zespołów banalnych lat 80. Zasłynął jednak nie tak całkiem banalnymi przebojami, takimi jak „Chenko” oraz „For America”, których do dziś słucha się bez zażenowania. Ale Red Box to jeden z zespołów, które szczególnie sławne stały się w Polsce i tu właśnie ich powrót powitano z prawdziwym entuzjazmem. Duży udział w kreowaniu „wielkiego powrotu” miała radiowa Trójka, a zwłaszcza Piotr Kaczkowski. To on, po wielu miesiącach antenowej nieobecności, powrócił do studia i w adycji Mini-Max zaprezentował nagrania z nowej płyty tej angielskiej grupy. Niedługo potem wraz z Piotrem Metzem zaprosił muzyków na koncert do trójkowego studia im. Agnieszki Osieckiej. Byłem radiowym świadkiem nadawanego „na żywo” koncertu, a właściwie godzinnej relacji z tego wydarzenia. Zaraz po zakończeniu występu nadano także rozmowę z muzykami. Był to bardzo udany, mocno podsycony emocjami, występ.

Płyta została wydana w roku ubiegłym, ale stale zyskuje mocną wśród słuchaczy pozycję. Trzeba przyznać, że od dawna nikt nie dostarczył tak sporej dawki czystej piosenki. Prosta muzyka w prostych (mimo wielu instrumentów) aranżacjach z wysuniętym głosem lidera. Przy wokalu znów narzuca się termin „prosty”. Bo aktualny samodzielny lider formacji, wokalista i gitarzysta Simon Toulson-Clarke głos ma przyjemny, acz pozbawiony charyzmy. W śpiewie lidera nie czuje się minionego czasu. Jego głos, choć już inny, nie nabrał idącej wraz z doświadczeniem głębi. Ale czy rock, albo w tym wypadku pop, powinien dojrzewać? Okazuje się też, że nagranie studyjne nie przynosi już tej pozytywnej dawki energii, jaką udało się wykrzesać w radiowym studiu. Podobne do siebie ballady snują się w miły sposób, ale ani serca, ani umysłu nie odbierają. Jest w nich coś spolegliwego. Trzy utwory („Hurricane”; „Don’t Let Go”; „Sacred Wall”) nieco bardziej próbują wedrzeć się w pamięć swoimi nostalgicznymi liniami melodycznymi. Poprzez swoją dostojność upodabniają się do niektórych dokonań rocka neoprogresywnego.

Wydaje się, że aktualne wcielenie Red Box ma niewiele wspólnego z poprzednim. Jedynie utwór „The Sign” nawiązuje do stylistyki znanej z lat 80. Może powinno się nadać grupie nową nazwę, ale wtedy bezwzględnie działający rynek muzyczny wyparłby szybko taką muzykę na swoje dalekie peryferia. A zatem otrzymaliśmy wiele dobrych, wręcz tradycyjnych piosenek, które wzniosą nas ponad radiowy schemat, ale nie dość wysoko, abyśmy zapomnieli o rzeczywistości. Sprawiają jednak, że stajemy się sobie bliżsi, a to i tak dużo, jak na dzisiejsze standardy.

Simon Toulson Clarke jest współautorem wszystkich czternastu zawartych na płycie utworów. Wydano także „The Plenty Sessions”, na którym znaleźć można dodatkowe sześć utworów, czyli razem pełne dwadzieścia piosenek.

A skąd polska popularność zespołu? Przecież Red Box jest, podobnie jak wielbione w Polsce Marillion czy Porcupine Tree, bardzo brytyjski. Polskie grupy ich nie przypominają. Kto zatem o takiej wersji pop-rocka snuje polskie fantazje?
Red Box: „Plenty”. Cherry Red Records, 2010.