Wydanie bieżące

1 października 19 (187) / 2011

Magdalena Kempna-Pieniążek,

PAPIEŻ GRA

A A A
Najnowszy film Nanniego Morettiego stwarza pewne trudności klasyfikacyjne. Jeśli jest to satyra, to wyjątkowo łagodna; jeśli komedia, to podszyta tragizmem. W zasadzie trudno nawet stwierdzić, czemu przygląda się w swoim dziele słynny włoski reżyser: czy Watykanowi, czy swoim wyobrażeniom o nim, czy też funkcjonowaniu religii w świecie zdominowanym przez media i psychoanalizę.

Ostatni z wymienionych tropów wydaje się – może tylko pozornie – najbardziej wdzięczny i nie bez powodu chyba na nim przede wszystkim opiera się nie tylko fabuła, ale i komizm „Habemus papam – mamy papieża”. Oto podczas konklawe po śmierci Jana Pawła II kardynałowie – nie bez pewnych trudności – wybierają jego następcę. Problem w tym, że nowy papież, kardynał Mellville (Michel Piccoli), nie wytrzymuje napięcia i tuż po uroczystych słowach „habemus papam”, jeszcze przed zaprezentowaniem się wiernym, ucieka z krzykiem do swoich komnat, a po pewnym czasie wymyka się nawet z samego Watykanu. Sytuacja wydaje się bardzo trudna: ponieważ oficjalnie (czyli przed kamerami) ogłoszono, że papież został wybrany, nie można udawać, że nic się nie stało, a konklawe nadal trwa. Jak jednak namówić wybranego kardynała, by zaczął pełnić swoje obowiązki?

Moretti prowadzi nas w swoim filmie od przezabawnej sceny konklawe, przez piętrzące się absurdy związane z ucieczką papieża, do pytań o znacznym ciężarze społecznym i egzystencjalnym. Rozterki Melville’a prezentowane są tu co prawda na tle szaleństw współczesnego świata, ale nabierają charakteru refleksji nad zagadnieniami uniwersalnymi. Podczas gdy media przyczyniają się do formowania kolejnych dziwacznych teorii (przypuszcza się, że nowy papież umarł zaraz po konklawe), a przywołany na pomoc psychoanalityk (Nanni Moretti) odnajduje w Biblii opisy psychicznych dysfunkcji, Melville incognito wędruje po Rzymie, próbując odnaleźć samego siebie. Napotykane niemal na każdym kroku świadectwa ludzkiej życzliwości nie przybliżają go do chęci przyjęcia obowiązków papieża. Bohater nie ma problemów natury religijnej – nadal wierzy w Boga i jest doskonale przekonany o tym, że Kościół potrzebuje silnego, odpowiedzialnego przywódcy. Kłopot polega na tym, że nie dostrzega w sobie cech pozwalających na zrealizowanie tak ważnego i trudnego zadania. Wydaje się, że dopiero teraz – postawiony w ekstremalnej sytuacji – zaczyna poznawać siebie, rozliczać się ze swymi niezrealizowanymi marzeniami (kiedyś chciał być aktorem), zgłębiać własne pragnienia i słabości.

Oczywiście można zarzucić Morettiemu, że sformułowanie „papież też człowiek”, do jakiego zdaje się sprowadzać przesłanie jego dzieła, nie jest szczególnie odkrywcze, choć pewnie po liczonych już w dziesiątkach hagiograficznych filmach o Janie Pawle II trudno uwierzyć, że i papież może mieć czasem poważne wątpliwości. Twórca „Habemus papam” sprawnie unika jednak osuwania się w banał, w czym zresztą pomagają mu aktorzy tacy jak Piccoli i wcielający się w postać rzecznika prasowego Watykanu Jerzy Stuhr. Chociaż stawiane przez reżysera (zamaskowane komediowym tonem) pytania są uniwersalne, to odpowiedzi bynajmniej nie prowadzą w stronę umoralniającej przypowiastki. Być może nawet właściwe byłoby stwierdzenie, że Moretti nie podsuwa widzom żadnych ostatecznych odpowiedzi. I w tym właśnie zdaje się tkwić ukryty tragizm „Habemus papam”.

Co może zrobić człowiek, który nagle, z dość niejasnych dla siebie samego powodów, nie jest zdolny do pełnienia swojej społecznej roli? Pierwszą możliwością, jaką ma Melville, jest odwołanie się do własnej wiary – w końcu, jak jest przekonany, wybrano go na papieża za sprawą boskiej inspiracji. Okazuje się jednak, że wiara nie wystarcza, by zobaczyć w sobie przywódcę całego Kościoła. Zgromadzeni w Watykanie kardynałowie i urzędnicy postanawiają sięgnąć po „drastyczne” metody – proszą o pomoc psychoanalityka. Jak się jednak okazuje, psychoanaliza ma bardzo mało do zaoferowania, poza obsesyjnie powtarzanymi formułkami o „deficycie miłości rodzicielskiej”. Sytuacji nie ułatwia cały szereg tematów tabu – psychoanalityk znajduje się w wielkim kłopocie, kiedy okazuje się, że nie może rozmawiać ze swoim pacjentem ani o jego życiu seksualnym, ani o rodzicach, ani o (niektórych) snach. Trzecią możliwością jest dla Melville’a autoanaliza, introspekcja, podróż w głąb siebie. Podczas gdy cały świat zastanawia się nad tym, dlaczego papież nie chce ujawnić swojego oblicza, bohater próbuje przyjrzeć się sobie. Tyle że ta introspekcja ma w sobie coś głęboko eskapistycznego – papież ucieka w świat swojej młodości, w teatr, w dramaty Czechowa, które zna na pamięć. Ostatecznie droga ta pozwala mu zrozumieć, czego nie chce, ale trudno uznać ją za całkowicie i pomyślnie zrealizowaną próbę autodefinicji.

Jeśli więc „Habemus papam” jest satyrą, to nie na Watykan czy Kościół katolicki (jego obraz w gruncie rzeczy jest dość przyjazny, choć oczywiście niepozbawiony elementów groteski), lecz na świat zdominowany przez ideologię źle pojętego sukcesu, świat, w którym uważa się, że każdy problem ma swoje rozwiązanie, a każde pytanie ma jedną słuszną odpowiedź. Czasami odpowiedź ta jest głęboko ukryta, dlatego tak ważne wydaje się śledzenie wszelkiego typu objawów umożliwiających jej odnalezienie. Moretti drwi z owej przedziwnej „obsesji symptomów” zarówno w scenie, w której dziennikarze na placu św. Piotra dyskutują na temat koloru dymu wydobywającego się z komina, jak i w sekwencji, w której zmartwiona matka (psychoanalityczka) próbuje z obrazków rysowanych przez swoje dziecko wyczytać odpowiedź na pytanie, czy powinna się rozwieść z mężem. Obsesja ta jest tak wielka, że rzecznik prasowy Watykanu aranżuje przedziwny spektakl, zamykając w papieskich apartamentach gwardzistę, którego jedynym zadaniem jest potrząsanie od czasu do czasu zasłonami, po to tylko, by stworzyć pozory, że papież rzeczywiście znajduje się na swoim miejscu. I być może jest coś istotnego w tym, że Melville najlepiej czuje się w otoczeniu aktorów i w teatrze, czyli tam, gdzie znak jest właśnie znakiem, a nie symptomem. Świat teatru to nie tylko świat inscenizacji czy widowiska, to także świat wyrazistych podziałów na to, co wymaga interpretacji i dopowiedzenia i na to, co powinno się bez nich obejść. Jest to także świat, w którym papież może najspokojniej w świecie zasiąść na widowni, będąc zwykłym widzem, obserwatorem, a nie tym, który jest obserwowany.

Wątek teatralny uruchamia jeszcze inne skojarzenie. W „Habemus papam” nieustannie powraca motyw gry. Znudzeni kardynałowie grają w karty, a potem biorą udział w interkontynentalnym turnieju siatkówki. Jak się okazuje, samo konklawe było podstawą gier, co udowadnia kardynałom psychoanalityk, przedstawiając im wyniki zakładów bukmacherskich dotyczących tego, kto zostanie kolejnym papieżem. Melville w młodości chciał grać (na scenie), ale nie przyjęto go do szkoły aktorskiej; teraz ucieka przed swoją wysoką funkcją być może dlatego, że nigdy grać nie umiał – nie potrafi więc udawać, że wie, jak sobie poradzić z ciążącą na nim odpowiedzialnością. Przecież – jak pokazuje Moretti – współczesne media ze wszystkiego, nawet z procesji modlitewnej, próbują zrobić show, widowisko, a nie każdy musi umieć w takim widowisku grać.

Ostatecznie jednak wszystkie gry w filmie Morettiego zostają w jakiś sposób przerwane: turniej siatkówki nie zostaje rozstrzygnięty, a przedstawienie w teatrze zakłóca przybycie kardynałów. Podobnie Moretti kończy swój film gwałtownym cięciem fabularnym. Są bowiem takie chwile, kiedy jasne staje się to, że życie nie jest grą, a powiedzenie „show must go on” nie ma zastosowania.
„Habemus papam – mamy papieża” („Habemus papam”). Reż.: Nanni Moretti. Scen.: Nanni Moretti, Francesco Piccolo, Federica Pontremoli. Obsada: Michel Piccoli, Nanni Moretti, Jerzy Stuhr i in. Gatunek: komediodramat. Włochy 2011, 102 min.