Wydanie bieżące

1 października 19 (187) / 2011

Michał Paweł Urbaniak,

ZAANGAŻOWANIE TO NIE WSZYSTKO

A A A
Alan Sasinowski może być uznany za pisarza z nurtu prozy zaangażowanej. W swoich książkach porusza aktualne problemy społeczne, odważnie obnaża drażliwe kwestie, demaskuje absurdy rzeczywistości, stawia nieprzychylne diagnozy dotyczące współczesnej Polski. Nie inaczej jest w przypadku „Pełnej kontroli” – powieści o toksycznym związku, o nieszczęśliwym dzieciństwie czy wreszcie o mieście (a w szerszej perspektywie: kraju) nie dającym perspektyw.

Duduś - główny bohater i częściowy narrator „Pełnej kontroli” - przywozi bliską śmierci narzeczoną – diabetyczkę po zapaści - na izbę przyjęć. Czuwając nad nieprzytomną Malwiną, podejmuje opowieść o własnym życiu - chce zrozumieć samego siebie, a więc wraca do ludzi, zdarzeń i okoliczności, które go ukształtowały, doprowadziły do obecnego punktu. Ma to być forma autoterapii - mężczyzna wierzy, że ujawniając najskrytsze tajemnice, traumy i niespełnienia, uporządkuje swoje życie i w konsekwencji odzyska nad nim tytułową pełną kontrolę. Całościowe ujęcie doświadczenia bohatera pozwala Sasinowskiemu na poruszenie rozmaitych kwestii (modnych obecnie z punktu widzenia literatury) i w konsekwencji wzbogaca jego powieść o nowe płaszczyzny.

Po pierwsze „Pełna kontrola” wpisuje się w nurt wymierzony przeciwko tradycyjnej rodzinie, literaturę pobrużdżonych dzieciństw. Kraina dzieciństwa Dudusia nie miała w sobie nic arkadyjskiego – kojarzyła mu się ze smrodem, zardzewiałym trzepakiem, zabazgranymi ścianami, walającymi się po betonie śmieciami, psimi ekskrementami, spacerującymi po podwórku ogromnymi szczurami, pijackimi awanturami urządzanymi przez sąsiadów oraz narkomanem powoli staczającym się na dno. Sam dom rodzinny (zwany przez bohatera znacząco „Domem Złym”) również nie stanowił ostoi. Ojciec porzucił rodzinę, a zapracowana matka, starająca się utrzymać dzieci z kilku marnych posad, w końcu zdziwaczała (na co duży wpływ mało nieustanne poniżanie przez prostackiego męża).

Jednak prawdziwym symbolem dzieciństwa Dudusia okazuje się kibel na półpiętrze, który jego rodzina musiała dzielić z sąsiadami. „Czy sąsiadki nie zatrzymają się na półpiętrze i nie zaczną wesoło rozmawiać, kiedy będę w trakcie wydalania? – zastanawiałem się przez lata. Czy gdy dostanę biegunki, usłyszy to cała kamienica? (…) No i co z dziewczynami? Czy gdy przyprowadzę jedną z drugą do Domu Złego i zobaczą, w jakich warunkach mieszkam, nie uciekną z krzykiem? (…). Pozostałem sam ze swoim wstydem, który wizualizował się w niezwykle tandetnej postaci – za każdym razem, gdy szarpałem spłuczkę, wydawało mi się, że rozwalę rurę, a wtedy wytryśnie z niej gówno, ocean gówna i potopi mnie, moją mamuśkę, moją siostrę i wszystkich innych mieszkańców naszego podwórka studni, na które widok rozpościerał się z kibla” (warto zauważyć, że ten fragment to literacka aluzja do „Gnoju” - w powieści Kuczoka w sennej wizji narratora dom zatapia się w szambie razem z większością mieszkańców). Duduś został trwale naznaczony przez swoje urodzenie i jest przede wszystkim „dzieckiem z ubogiego domu” (jego przezwisko – czyli nieformalne imię, coś co określa człowieka! – bierze się od skrócenia tego określenia do początkowych liter d-u-d). Bohater, chcąc za wszelką cenę uciec z rodzinnego domu, wyrwać się spod wpływu ekscentrycznej, przegranej życiowo matki, wikła się w niezdrową relację z Malwiną, co właściwie stanowi tylko przedłużenie tych samych problemów (po prostu zmienia jedną wyniszczającą kobietę na inną). Sam zresztą stwierdzi: „Wydawało mi się, że wyszedłem z Domu Złego, a ja tylko wkroczyłem do jego drugiego, czystszego i bardziej przestronnego pokoju”. Duduś w zasadzie wciąż tkwi w poniżającym kiblu na półpiętrze – i prawdopodobnie nigdy z niego nie wyjdzie.

Zasadniczy trzon powieści stanowi opis toksycznego związku Dudusia i Malwiny. Jest w tym trochę zjadliwej ironii. Już imiona kochanków wydają się znaczące - określenie „Duduś”, oprócz wspomnianego skrótu, nawiązuje poetyką do zdrobnień, jakimi pieszczotliwie obdarzają się zakochani. Z kolei Malwina może być tak nazwana na cześć tytułowej bohaterki słynnego romansu Marii Wirtemberskiej z Czartoryskich. „Pełna kontrola” wydaje się też powiązania z „Trędowatą” Mniszkówny – love story bohaterów pobrzmiewa tanim mezaliansem (chłopak z biednej dzielnicy i dojrzała profesor uniwersytecka), a Dudek – podobnie do Stefci Rudeckiej - nigdy nie przeskoczy swojej „klasy” (nie wyrwie się z ubogiego domu i nie wstąpi w szeregi prawdziwych inteligentów).

Sama miłość jest u Sasinowskiego kwestią dyskusyjną. Trudno właściwie stwierdzić, czy parę bohaterów łączy prawdziwe uczucie - więcej w tym wszystkim kłótni niż porozumienia, więcej ścierania się niż dopasowania, więcej rywalizacji niż partnerskiej relacji, więcej rujnowania niż budowania, czemu winny jest głównie wyniszczający nałóg kobiety. Sasinowski wiernie – choć zarazem dość lakonicznie - oddaje etapy toksycznego związku z alkoholiczką: wiarę w wymówki, kłótnie, niewidzialność problemu, (nie)godzenie się z rzeczywistością, a wreszcie walkę o przetrwanie, rozstania i powroty. Uderza w tym wszystkim nieumiejętność zakończenia chorej relacji - choć Duduś wie, że związał się z „kobietą pułapką. Z tykającą bombą. Z kobietą, która postanowiła rzucić wyzwanie przyczajonej w niej śmierci. (…) Od dawna rozumie, gdzie ich to wszystko zaprowadzi”, nie jest w stanie odejść. Nie może porzucić Malwiny, tak jak w gruncie rzeczy nie wyprowadzi się z „Domu Złego” - to dwa warianty tej samej historii, o czym już wspomniałem. Dorosły Duduś - podobnie jak wcześniej jego matka – wystawia się na kpiny i poniżenie ze strony ukochanej osoby, wariuje, sam pomału wciąga się w uzależnienie nie tylko od alkoholu. On i Malwina wzajemnie na sobie żerują, co dotrze do bohatera dopiero w zaskakującym finale powieści. Dzięki walce z uzależnieniem ukochanej, on sam jawi się sobie jako „równy gość”, istny anioł, który jest w stanie wiele wycierpieć. W ten drastyczny sposób Dudek buduje sobie poczucie własnej wartości, zrujnowane przez nieszczęśliwe dzieciństwo spod znaku „d-u-d”.

W „Pełnej kontroli” Sasinowski stawia interesujące pytanie o możliwość realnego panowania nad własnym życiem i w końcu stwierdza, że to niemożliwe. Główny bohater jest przekonany, że poprzez opowieść o swoim życiu odzyska nad nim pełną kontrolę – a jednak to tylko złudzenia. Wątpliwe, czy Duduś kiedykolwiek był panem swojego życia – zdeterminowało go przecież nieudane dzieciństwo i to ono wciąż nim rządzi, nie odwrotnie. Od traum nie ma ucieczki, a skorupka nigdy nie przestanie trącić tym, czym za młodu nasiąknie.

Warto zwrócić uwagę na przedstawienie tła tej powieści. Szczecin nie jest wyśnioną „małą ojczyzną”, to miejsce brudne i nieprzyjazne i niedocenione na arenie krajowej, a jego mieszkańców wypełnia marazm i niespełnienie. Sasinowski uderza również w ogólnopolską rzeczywistość, bezlitośnie ją piętnując. Obnaża m. in. polską biedę, bezrobocie, brak perspektyw (siostra Dudusia wyjeżdża za granicę, aby tam dorobić się ciężką pracą, a jego matka urozmaica sobie codzienność rzekomą misją szpiegowską, aby mieć jakikolwiek cel), nieformalnym podziałem klasowym (wspomniany mezalians), nieporadną służbą zdrowia, a wreszcie rozsypującą się instytucją rodziny, czy ogólniej związków międzyludzkich (brak porozumienia, a choćby realnego kontaktu, zastąpionego przez smsy bądź chaty, seks zamiast miłości, osamotnienie jednostki w konfrontacji ze światem).

Nieudane związki, alkoholizm, czarna rzeczywistość – to zestaw ciągle powracających tematów świetnie pasujących do tzw. literatury wysokiej i Sasinowski z tego korzysta. Jednak sama ambitna problematyka nie wystarczy, trzeba umieć właściwie ją ująć, a tej zdolności już autorowi „Sukcesu” zabrakło. Nie wystarczy napisać o toksycznym dzieciństwie, prawie kopiując styl Kuczoka, żeby uczynić powieść wielką. Nie wystarczy ledwie musnąć temat i zamknąć go w kilku miniaturowych odsłonach (a tak się dzieje z wątkiem dotyczącym życia z alkoholiczką), aby wyczerpać problem. Zmarnowany potencjał zawsze zrujnuje choćby najlepszy temat – i tak jest niestety w tym przypadku. Sasinowski nie umie nadać odpowiedniej rangi poważnym problemom, wszystko jest potraktowane zbyt powierzchownie i w rezultacie może wywołać wrażenie niedosytu.

Również pod względem konstrukcyjnym „Pełna kontrola” pozostawia wiele do życzenia. Całkiem dobrym pomysłem jest monolog upodlonego w związku człowieka, takie ujęcie (kobieta milczy, mężczyzna się wywnętrza) tworzy świetny punkt wyjścia dla opowieści o toksycznej relacji. Niestety narracja nie jest jednorodna, co nie wychodzi powieści na dobre, wprowadza zbędny chaos i sprawia, że „Pełna kontrola” traci na płynności. Ponadto Sasinowski ucieka od głównego wątku, zupełnie niepotrzebnie wikłając się w wywody ideologiczne, które niekiedy wydają się wręcz nie pasować do całości (na przykład obecność dywagacji o katastrofie smoleńskiej jest słabo uzasadniona). Trudno oprzeć się wrażeniu, że szczeciński prozaik chciał zabrać głos wobec palących kwestii społeczno-politycznych i swoje rozważania nieudolnie wkomponował w historię Dudusia i Malwiny. Nieprzemyślana konstrukcja sprawia, że istotna problematyka gdzieś ginie, a cała powieść rozpada się (zresztą podobne zarzuty można było postawić poprzedniej książce Sasinowskiego – „Rupieć”).

W „Pełnej kontroli” Sasinowski znów sięga po istotną, jakże aktualną problematykę – i znów z nią sobie nie radzi. Wydaje się, że wystarczyło się skoncentrować na jednym problemie - szczeciński pisarz porusza ich dość dużo, ale żadnego nie wyczerpuje, a szkoda. Jego literacki głos, uwypuklający istotne kwestie społeczne, po prostu cichnie w obliczu niedociągnięć warsztatowych. Pozostaje mieć nadzieję, że przy pisaniu następnej powieści Alan Sasinowski zrozumie, że ambitna tematyka to nie wszystko – trzeba jeszcze umieć ją literacko udźwignąć.
Alan Sasinowski: „Pełna kontrola”. Wydawnictwo Forma. Szczecin-Bezrzecze 2011 [seria: Kwadrat].