Wydanie bieżące

1 października 19 (187) / 2011

Marek Doskocz, Ryszard Częstochowski,

NIE JESTEM TYPEM RZEMIEŚLNIKA

A A A
Marek Doskocz: Jesteś bardzo płodnym autorem. Pamiętasz, kiedy pierwszy raz sięgnąłeś po pióro?

Ryszard Częstochowski: Czy ja wiem? 10 tomików i 8 scenariuszy to nie tak wiele w porównaniu z niektórymi autorami w moim wieku (55 lat nadchodzi). Pierwszą rzeczą, którą napisałem, była sztuka teatralna „Saprofity”. Miałem wtedy 20 lat i przeżywałem fascynację teatrem absurdu. Sztuka została opublikowana w toruńskim periodyku „Undergrunt” zaledwie parę lat temu, ale do realizacji w teatrze nie doszło, choć było o krok. Zadzwonił do mnie znany reżyser i aktor starszego pokolenia Stanisław Brejdygant, obecnie związany z łódzkimi teatrami, i dał mi spore nadzieje na realizację, a potem się dowiedziałem, że jednak zdecydował się na własną adaptacje Becketta.

M.D.: Jak to przyjąłeś?

R.Cz.: Z żalem, ale tak to u nas jest, reżyserzy wolą stawiać na pewniaki, czyli lepiej zrobić adaptacje klasyka, niż ryzykować żyjącego autora, któremu jeszcze trzeba zapłacić zaiksowskie honorarium, a teatrom się nie przelewa. Aktorzy w teatrze zarabiają żenująco mało i dopiero rola w serialu stawia ich na nogi finansowo. Komercja jest straszna niczym komuna kiedyś. W sumie miałem tylko trzy premiery, jedna w prywatnym teatrze STUDIO w Lublinie, drugą zrealizowali aktorzy Teatru Polskiego w Bydgoszczy w kawiarni Węgliszek i trzecia w Polskim Radiu Lublin, zrealizowana jako słuchowisko. Tyle dobrego, że wyszła książka z moimi scenariuszami i jest nadzieja, że będę grany po śmierci, a tantiemy dostaną moje dzieci.

M.D.: Skąd czerpiesz inspiracje? Co czytasz na co dzień, do jakich lektur wracasz?

R.Cz.: Inspiracją jest życie i śmierć. Pomaga mi muzyka, ale i cisza w lesie. Czasami jednak coś wpadnie do głowy w tramwaju, gdy jadę do pracy, albo na rowerze. Czytam niestety teraz już tylko rzeczy krótkie. Natomiast kiedyś byłem nałogowcem. Nie wracam do starych lektur, bo mam je w głowie. Moja biblioteka to Dostojewski, Kafka, Camus, Bułhakow, Sartre, Hesse, Czechow, Ionesco, Cortazar, Marquez, Genet. Ważni byli dla mnie amerykanie: Heller, Vonnegut, Roth, Kesey, Styron, Cumminghs, Henry Miller czy stary Steinbeck, od którego zaczynałem, no i Ginsberg, którego poznałem osobiście, gdy był gościem naszej redakcji „Kwartalnika Artystycznego” w Bydgoszczy w 1993 roku, jakieś trzy lata przed śmiercią. Naturalnie także Polacy na czele z legendami: Witkacy, Hłasko, Wojaczek, Stachura, Bursa, Iredyński i żyjącymi Konwickim i Różewiczem.

M.D.: Oprócz działalności artystycznej dałeś też się poznać jako aktywny terapeuta uzależnień. Opowiedz coś o tym etapie Twojego życia.

R.Cz.: Należałem do pokolenia hippisów, które w pewnym momencie z eksperymentowania z narkotykami przeszło w uzależnianie się od nich, a więc i ja zacząłem wymagać przemiany, aby się od tego uwolnić. Poznałem Kotańskiego, z którym ze 20 lat współpracowaliśmy i się chyba lubiliśmy. On mi pomógł i dał szansę stworzenia MONAR-u w Bydgoszczy, z czego skorzystałem i rozwinąłem się w kierunku psychoterapii narkomanów. Pracuję w zawodzie od roku 1985. Byliśmy pionierami i pasjonatami, teraz to zwykła profesja, która nie daje już takiej satysfakcji leczenia ludzi, ponieważ konsumpcja narkotyków zrobiła się dość powszechna. My w latach 70-tych należeliśmy do awangardy i branie narkotyków było czymś elitarnym, teraz jest to niestety normalna używka i dotyka każdego środowiska. Biorą gimnazjaliści, lekarze, licealiści, biznesmeni, bezrobotni, robotnicy na budowie i studenci. Signum temporis...

M.D.: Fundamentalne pytanie: dlaczego biorą?

R.Cz.: Ojej, widzę, że chcesz zrobić bardziej wywiad z terapeutą niż literatem, a ja marzę po zamknięciu drzwi poradni, aby mi nikt tym głowy nie zawracał. Mamy taką umowę z kolegami i koleżankami z pracy, że jak idziemy gdzieś prywatnie na wino czy piwo, to zabronione jest mówienie o robocie. Przeważnie są to ludzie ze stażem podobnym do mnie, czyli gdzieś około ćwierć wieku pracy z narkomanami. Jeśli ktoś wejdzie na tematy zawodowe, stawia za karę kolejkę dla wszystkich. To jest jedyny sposób, aby zachować zdrowie psychiczne. Wyobrażasz sobie spotykających się chirurgów lub ginekologów po pracy na koniaczku i rozprawiających o przypadkach pacjentów? Makabra. Owszem, i ja popełniam często z pobudek humanistycznych błąd i daję swoim pacjentom prywatną komórkę, gdyby potrzebowali pomocy i oni czasami dzwonią w dziwnych porach, ale jak nie chcę mieć kontaktu ze światem i chcę być tylko dla rodziny, to komórkę wyłączam, bo inaczej sam bym już potrzebował pomocy psychologa czy psychiatry. Zresztą rozmawiam często z naszą lekarką z poradni o wypaleniu zawodowym terapeutów i wcale nierzadkich przypadkach aberracji zawodowej. To grozi w każdym zawodzie, gdy pracujesz z ludźmi, po jakimś czasie możesz stać się ofiarą swojego powołania i zdarza się ksiądz, nauczyciel, lekarz czy psycholog, który spada na dno najczęściej przez alkohol, ponieważ wszyscy oczekują od niego ratunku, a jak on potrzebuje pomocy, to nie ma do kogo pójść z różnych powodów np. wstydu zawodowego, i zostaje samotny. Moją autoterapią jest na pewno literatura i sztuka. A dlaczego ludzie biorą narkotyki, odpowiem Tobie krótko: każdy ma swój osobisty powód, a niektórzy biorą nawet bez powodu; robią to, ponieważ zachęcili ich do tego znajomi. Pamiętajmy, człowiek sięgał po opium i marihuanę już w epoce kamienia łupanego, być może jest to potrzeba wyjścia człowieka z ograniczeń, jakie narzuca mu jego cielesność. W plemionach pierwotnych był to jedyny sposób osiągania doznań mistycznych i metafizycznych. Trzeźwy człowiek ma zbyt zracjonalizowany mózg, chyba że jest chory psychicznie. Na pewno takim czynnikiem ułatwiającym wejście w odmienne stany świadomości jest ludzka nuda i odczucie egzystencjalnej pustki, której doświadcza czasami każdy człowiek. Norwid, mój pierwszy mistrz poeta, który nie stronił od używek, napisał w „Marionetkach”: „Jak się nie nudzić na scenie tak małej tak niemistrzowsko zrobionej”.

M.D.: Co braliście? Pytam, bo sam stwierdziłeś, że narkotyki były wtedy zarezerwowane dla wąskiego grona osób. Teraz praktycznie wszystko jest dostępne, jeśli dobrze poszukać. Była marihuana, amfetamina, czy tylko „polski kompot” z maku?

R.Cz.: Polska heroina wytwarzana ze słomy makowej, zwana „kompotem” (z maku robi się makowiec), na szerszą skalę pojawiła się dopiero około 1976-77, wcześniej znała technologię produkcji garsteczka ludzi, głównie z Trójmiasta. Wysoka fala narkomanii opiatowej rozlała się tak naprawdę dopiero pod koniec rządów Gierka, a środki psychoaktywne brało się przecież dużo wcześniej, u nas od roku 68-70. Narkotyki typu LSD, haszysz czy marihuana pojawiały się w kraju np. dzięki marynarzom w miastach portowych i dzieciom z domów dygnitarzy PZPR i administracji PRL-u, czyli tych, którzy mogli wyjeżdżać za żelazną kurtynę i była to głównie tzw. bananowa młodzież z Warszawki. Skala zjawiska jednak była malutka. Myślę, że na cały kraj biorących okazjonalnie narkotyki było wtedy jakieś 10 tysięcy ludzi. Dzisiaj w jednej tylko 370 tysięcznej Bydgoszczy jest mniej więcej tyle samo konsumentów THC, spidów i ekstazy, bo to 98% spożycia, kokaina i heroina jest obecna śladowo, pierwszy narkotyk za drogi, drugi niemodny. Poza tym młodzi radzili sobie wtedy, zdobywając środki m.in. ze szpitali, zawsze ktoś tam kogoś z rodziny miał, lekarza czy pielęgniarkę, była więc morfina, fermetrazyna, dolargan, kokaina z okulistyki stosowana w roztworze przy zabiegach na oku etc. Była też dostępna na zwykłe recepty kodeina, a to też opioid silnie działający, a podrobić białą receptę nie stanowiło problemu dla uczniów liceum plastycznego, kręgi plastyczne były bardzo otwarte na eksperymenty z narkotykami. Był też lek przez wiele lat dostępny bez recepty, nazywał się krople Inoziemcowa, na ból brzucha, skomponowany na bazie opium, wystarczyło wypalić z niego spirytus i zostawała tinctura. Latem opium wytwarzano z mleczka główek makowych, dopóki niedojrzały identycznie, jak to się robi w Afganistanie. Kombinacji było bez liku. Tak naprawdę nie było wtedy jeszcze uzależnionych, bo nie było możliwości brania codziennego. Dopiero ten diabelski kompot przyniósł żniwo śmierci, a wymyślił go mój obecnie trzeźwy od wielu lat przyjaciel, a wówczas student dwóch fakultetów farmacji i chemii z Sopotu, w niewinnych celach dla własnej konsumpcji, który miał w piwnicy domu rodziców mini-laboratorium, a że był utalentowany, wpadł na genialnie prostą recepturę i niestety podzielił się ze swoim odkryciem z kolegami i plaga rozprzestrzeniła się na całą Polskę, a później Ukrainę i NRD, bo polski kompot był mocniejszy od prawdziwej heroiny dzięki specyficznym zanieczyszczeniom i wydzielaniu się wielu alkaloidów. Szkoda, że tak niewiele śladów tamtej ery zostało w sztuce polskiej, w zasadzie nikt już nie pamięta spektaklu Jonasza Kofty „Kompot” czy filmu Trzosa-Rastawickiego z Olbrychskim w roli Kotana „Jestem Przeciw”, kręconego m.in w pierwszym ośrodku MONAR-u w Głoskowie w roku 1984, gdzie występuję w epizodziku i mówię tylko dwa słowa, za to jest to tytułowa kwestia.

M.D.: Jakim człowiekiem był Kotański? Utkwiło Ci w pamięci szczególnie jakieś zdarzenie związane z nim?

R.Cz.: O Marku to bym mógł książkę napisać. Najpierw przyglądałem się mu w Głoskowie, gdy prowadził psychoterapię grupową i uważam, że był świetnym psychologiem intuicjonistą, ale nie teoretykiem, tylko perfekcyjnym praktykiem, od którego nauczyłem się najwięcej i lubiłem jak Kotan o mnie mówił „mój uczeń”. Potem trochę poznaliśmy się w sytuacjach prywatnych i wiem, że to była wybitna osobowość, lecz pełna ludzkich wad. Z jednego małego ośrodka stworzył gigantyczną organizację, która ma teraz blisko sto domów MONAR i MARKOT, a także sieć poradni pracujących z narkomanami w systemie ambulatoryjnym. Niestety przez to, że musiał się poświęcić rozwojowi Stowarzyszenia, sam zawiesił swoją pracę psychologa po 10 latach, potem stał się człowiekiem publicznym, udzielającym się często w mediach, za to dostał trzy razy Wiktory od telewidzów, ale już nie miał tyle czasu na pacjentów. Z drugiej strony wiem, że Kotan potrzebował nieustannej zmiany. Nie był to gabinetowy psychoterapeuta. Za duży format. Natomiast postacią z brązu też nie był. Trzy historie nas najbardziej połączyły: wspólny wylot z jego córką i Andrzejem Golimontem, dzisiaj znanym politykiem warszawskim, na dni psychologii i sztuki do Szeged w 1987 roku, gdzie zaprosili nas Węgrzy jako reprezentantów Polski (szczegóły w książce). Tygodniowe szkolenie BHP kadry Monaru w Karpaczu, gdzie o mały włos byśmy zginęli, bo Kotan był po powrocie z Anglii i jechał pod prąd górka drogą (a Marek poniżej setki raczej nie jeździł), na szczęście był fenomenalnym kierowcą i w ostatniej chwili ocalił nas przed czołówką. Zawsze sobie po cichu zadawałem pytanie, czy ten człowiek w ogóle nie odczuwa strachu, czy tak świetnie gra? W każdym razie był to dynamit gotowy eksplodować w najmniej oczekiwanym momencie, a jego rzucanie k...wami było bardzo malownicze. Trzecia przygoda miała miejsce w jego domu na warszawskim Żoliborzu. Postanowiliśmy zrobić remont nieco zapuszczonego mieszkania wraz z kolegą z Katowic, Wiesiem Ł., który był malarskim mistrzem. Kotański robił za naszą pomoc, czyli głównie sprzątał , a my zajęliśmy się resztą. Mieszkanie było spore, ponad 120 metrów, a więc w połowie tygodnia Kotański zaproponował relaks. Wymyśliliśmy maraton video (przypominam rok 1984, w zasadzie jeszcze stan wojenny, tylko nieco przez juntę generałów zelżony) u mojego przyrodniego brata, który do dzisiaj mieszka w nowobogackich podwarszawskich Łomiankach. Marek załatwił diabli wiedzą skąd prawdziwą słodką ucztę kulinarną, wiadomo, że ze zrzutów z zachodniej Europy (urodzonym w latach 80-tych przypominam, że oficjalnie w sklepach nie było nic) i niczym prawdziwi sybaryci delektowaliśmy się zakazanymi w Polsce przez cenzurę filmami i angielskim prawdziwym keksem, aż opadliśmy z sił po oglądaniu poważnego kina i padło hasło: obejrzyjmy erotyk (komuniści zakazywali „męskich” filmów podobnie jak Radio Maryja - przedziwna koincydencja), na co nasz szef przystał z wielkim entuzjazmem, bo poza hedonistycznym uwielbieniem jedzenia, zmienianiem codziennie jednej z 40 skór, których miał więcej od żony w szafie, cenił urodę kobiet, czyli nic zdrożnego u zdrowego faceta, tyle że poza nami mężczyznami była ówczesna jego asystentka, o której obecności zapomnieliśmy, a ta na nas się obraziła i z frywolnego seansu nic nie wyszło. Potem po 50-tce Kotan się zmienił, wyciszył, miał dwa zawały za sobą i zaczął w ośrodkach stawiać pomniki Jezusa Chrystusa wzorowane na Rio de Janeiro. Największy postawił w warszawskim MARKOCIE na Marywilskiej. Być może przeczuwał nadchodzącą przedwczesną śmierć, która dopadła go w jego dżipie na wiejskiej drodze. Ominął, jadąc 160 na godzinę, pijanego rowerzystę i rozbił się na drzewie. Miał dopiero 60 lat.

M.D:. Wróćmy do Twojej twórczości – łatwiej pisze Ci się poezję czy sztuki sceniczne?

R.Cz.: Trudno czy łatwo... Ja po pierwsze nie stawiam sobie w ogóle zadania, że muszę pisać! Z pisaniem kiedyś pauzowałem sześć lat, ale nieoczekiwanie, wraz z narodzinami synka, poezja do mnie wróciła, aczkolwiek stawiam sobie ciągle pytanie, które postawił Rożewicz „Czy można tworzyć poezję po Oświęcimiu?”. W zasadzie nie powinno już się pisać jak niegdyś i dlatego to, co się dzisiaj nazywa poezją, tak naprawdę już nią nie jest po takim odarciu człowieka ze złudzeń i pokazaniu jego barbarzyństwa. Jeśli ktoś dzisiaj pisze misterne, piękne wierszyki, to patrzę na niego z dużą podejrzliwością, czy to po prostu nie grafoman. A jeśli chodzi o kwestie warsztatowe, to należę do tej grupy autorów, którzy muszą być w jakimś transie i wtedy tekst powstaje sam, jakby ktoś za mnie pisał, a ja potem robię tylko korektę. Nigdy nie siadam przy biurku z zadaniem napisania kilku stron za wszelka cenę. Nie jestem typem rzemieślnika. To dzieje się jakby bez mojego udziału. Nawet scenariusze, których trochę napisałem, piszę w długich ciągach, jakbym szybko musiał to wyrzucić z siebie, a potem tygodniami już na spokojnie przerabiam, ale ten materiał musi być szybko skończony, tak samo jak zapis poetycki, bo inaczej mogę już nie skończyć. Zresztą ileś tam tekstów nie dokończyłem i wyrzuciłem, choć był taki wiersz, który zamknąłem po 15 latach. Teraz jest podobnie, utknąłem na pierwszej scenie dramatu i już nie mam do niego serca, może kiedyś wrócę do niego. Konkludując: obie męki pisania czy to poezji czy scenariusza są do siebie zbliżone i chcesz się tego pozbyć z siebie, bo uwiera jak kamień w bucie, przez który nie możesz swobodnie spacerować.

M.D.: Nawiązując do Twojego ostatniego tomiku wierszy „Przebudzeniem jest śmierć”, zapytam Cię wprost – w co wierzysz?

R.Cz.: Z pewnością wierzę, że stworzyła nas jakaś siła czy demiurg, który zakodował nam w mózgu potrzebę harmonii i dobra, ale niestety równocześnie ciągnie nas do zła i destrukcji. Natomiast nie praktykuję żadnej religii, aczkolwiek bardzo mi blisko do buddyzmu i Jezusa Chrystusa równocześnie. Kiedyś nazywałem siebie agnostykiem, dzisiaj do końca mi ta definicja nie wystarcza, w każdym razie w żadnym rytuale czy kościele nie widzę dla siebie miejsca, tak samo jak daleki jestem od ateizmu, który jest też formą wiary, że Boga wymyślili sobie ludzie, żeby było im łatwiej żyć i umierać. Oczywiście, nawet jeśli jest Bóg, to wcale nie oznacza, że człowiek ma dostąpić życia wiecznego, na co fanatycznie wierzący liczą, wcale Bóg nie musi mieć takiego planu, bo może śmiertelność jest o wiele lepsza niż nieśmiertelność? Natomiast mój ostatni tom to jakby wyznanie wiary, że po śmierci się dopiero ockniemy, uwolnieni z ciała, które nas zniewala, czyli wychodzi na to, że jestem bliski filozofii zen.

M.D.: W „Żyjemy ze strachu” piszesz: „Przybyliśmy na świat dla dobra / Nie dla zła / A żyjemy w ciągłym / Złu i nieufności”. To mocne słowa. Ich wymowa wynika z Twoich doświadczeń czy jest też obserwacją świata zastanego?

R.Cz.: Lubię prowokować. W każdym z nas są psychologiczne mechanizmy obronne. Wypieramy ze świadomości rzeczy, które powodują w nas dyskomfort. Każdy, no może oprócz zawodowych gangsterów, chce widzieć siebie jako człowieka uczciwego i dobrego, który nie krzywdzi innych bez powodu. Chcemy widzieć siebie w jak najlepszym świetle. Tymczasem życie pokazuje, że ludzie nie mają wglądu w siebie i wszystkie swoje podłe czyny zawsze sobie w jakiś sposób wytłumaczą (oszustwo, kłamstwo, zdradę, kradzież etc... ogólnie wiadomo, że we więzieniach siedzą sami niewinni, którzy święcie w to wierzą). Ostatnio przywraca się pamięci piewcę antykapitalizmu Bertolda Brechta, który uznawał ten system za bestialski i nieludzki, otóż Brecht powiedział to swoje słynne „Człowiek sprzyja dobru , ale warunki nie sprzyjają mu” i tu jest pies pogrzebany, bo dzisiejsza Europa zaczyna być rozczarowana. To, co niemiecki pisarz, pisał prawie 100 lat temu o kapitalizmie, znowu zaczyna być aktualne. Nie po to obalaliśmy system komunistyczny i tworzyliśmy Unię, żeby żyć w rozgoryczeniu i strachu o przyszłość. Totalitaryzm monetaryzmu sprawił, że tylko ten, kto ma kasę, ma prestiż. Biedny profesor, aktor czy pisarz jest żałosny, taki świat wykreowały m.in media. Znowu po latach jako takiej równości wykreowała się klasa burżujów i nędzarzy, a więc ten biedny stworzony do dobra się lęka i czyni często zło, aby biologicznie przetrwać. Natomiast bogaci przez to degenerują się, bo nic ich los tych, których wykorzystują i łupią ich nie obchodzi, ponieważ myślą tylko o utrzymaniu swojej pozycji. Tu nie ma miejsca na sentymenty. Nie chcę powtarzać komunałów, że słabi giną, a silni obojętnie się temu przyglądają, znieczulając się mamoną. Świat zastany jest okrutny i daleki od szlachetności, choć jest wielu wspaniałych ludzi, ale niestety w cieniu tych głośnych, którzy zakrzyczeli i zakłamali świat, ale niestety to oni dyktują trendy i gusta , plebs ich hierarchii się podorządkowuje. Naprawdę, oby historia nie zatoczyła koła i znowu ktoś na miarę Lenina czy innego Mao nie będzie chciał odwrócić tego koła historii. Jeśli możni tego świata nie przebudzą się i nie zaczną dzielić zysków sprawiedliwie, ten świat czeka totalny chaos i katastrofa. Raczej jestem pesymistą, bo ludzie są egoistami i przez ten ludzki egocentryzm stajemy się coraz bardziej samotni .Za nieboszczki komuny, której nienawidziłem za zglajszachtowanie społeczeństwa (termin Witkacego) ludzie jednak byli bardziej solidarni i bardziej sobie bezinteresownie pomocni. Nie było choćby tylu samobójstw. Nie było takiej chciwości materialnej.