ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (188) / 2011

Katariina Vuorinen,

WIERSZE

A A A
BIAŁY SZUM


Czarny niedźwiedź troszczy się o mnie,
czesze pazurami zlepione miodem włosy
Kocha mnie, jeśli tylko nie opuszczę lasu

Las, który umarł dwa razy
na wzniesieniu, na pile

Niedźwiedź podnosi głowę do nieba
nozdrza i nosodoły ma wypełnione ogniem z wyrębu
oczy pełne kurzu i ziaren, pełne łez
szeleszczą białe kwiaty, nadchodzi jesień.

Czarny niedźwiedź ma we mnie dom, w którym śmierdzi łojem
Zostaję we włochatej głowie
Bezpieczna od wiatru – psy nie znajdą
Ani piechurzy z mapą, ani grzybiarze.
Krótkie ścieżki, suche badyle z zasp kończą się nagle
Drzewa, zostawione, by obsiać, snują myśl lasu

A daleko zwykły czworokątny pokój rozbrzmiewa dźwiękami
zegary wybijają alarm, woda się gotuje
w dzbanku do kawy opada mała chmurka
lusterko kieszonkowe wpatruje się w ciemność

Wycieram oddech ze szklanki, łzy i krople,
jeszcze zapisana w księdze żywych
twarz, w której zamyka się niebo
śnieg zaczyna padać o każdej porze
niebo pokryte popiołem, nie wrócę już do domu
pazur wyznaczył granicę
deszczu bliznę przez policzek.

Razem z niedźwiedziem mam dom, dom wiecznej zimy,
zimujące sadło, rojowisko mrówek
ptaki złożone z serwetek od przyjaciół
zostają na południu finlandii na zimę, zakurzone pióra
rozpadających się łabędzi, oczy pieką
w starych łóżkach, przyczyna zimy w ludziach
i długie zimowe zwyczaje

Zaproszenia zostają zamknięte na stole
myśli kurczowo chwytają się lampy
narty i stypa niedźwiedzia, dmucham przez palce
w wąskiej, białej pieczarze

Sierść śpiącego niedźwiedzia pachnie
zimowym legowiskiem i borówkami, pod włosami
karmię piersią małe, uczę się robić ser z czarnego mleka
nauka, w której powtarza się rytm wzrostu, zbiorów i garnka
powtarza się los jabłka, gniazdo nasienne ciemnieje
miąższ staje się przezroczysty i zanika

Odliczyłeś dziesięć zimowych jabłek, zawinąłeś je w papier.
Nagle liczenie i śpiewanie przestało mieć sens, podwórze zniknęło.
Słuchasz głosu obcego drzewa, zimnych owoców
jak zwijają się do środka jeden po drugim, dotykają
wiatr unosi gałęzie i kilka spada długą serią, bach bach
jak pędzące smutne kroki w stronę piwnicy i pleśni
grzyby topnieją z drżenia, tąpnięcia
we śnie starszym co nocy, podwórza i ogrody, myśli
jak dziecięce popołudnia, które nie mają początku ani przyszłości.

Skóra rozpościerana na noc przed palenisko, podnoszona rano z grzbietu

Czarny niedźwiedź nauczył mnie czytać
Z cienia nie wyjdziesz w słońce, zagubiony zniknie w murawie,
kto spojrzał niedźwiedziowi w oczy skamienieje,
słonina w Boże Narodzenie jest twarda i piękna
kości wysychają z nadejściem lata, ukochany, słowa, ludzie zanikają
w nowych pokoleniach much i muchołówek

w dalekich książkach, na innych kontynentach
kobieta-ptak spotyka swoje przeznaczenie
przy księżycu, za dnia
niedźwiedź schodzi z ramion nieba położyć się obok

budzę się ze snu o laboratorium
zmarłego wyciągają na zewnątrz, buty z przodu,
nogi schodzą się w biegu przez pola pastewne i żyto

Niedźwiedź miesza w garnku, gotuje prześcieradła
rysuję na mokrych szybach
słowa, które połknęłam tysiąc lat temu
pod światło, czarne światło, w ślepotę wieczoru,
w piersiach słońce, na czole chmury
a niedźwiedź nie powie ani słowa, niedźwiedzie nie mówią

usta napełnione, prześcieradła wydymają się w żagle
serce drży na papierze
tęczówki oka blakną z końcem dnia
kiedy niedźwiedź zaprasza cień wieczoru do pokoju
wybrane przez mnie słowa rozpryskują się na kawałki
gest wystarcza, wstaje na obie nogi

zabiera mnie do zimy
jego łapa
przyciska ciepłą pierś, ostrzega
nie można być nieodgadnionym
powrócić do uczucia, które towarzyszyło odejściu

Tego wieczoru w ostatnim domu we wsi
trzymam jeszcze ramię na miarze
losy, w których nic nie jest wiadome

opustoszała wioska
w której domy kurczą się do środka,
kręgosłupy kobiet wykręcone
aż nie widać ich zza oparcia krzesła
czasami któraś spadnie na ziemię i się nie podniesie

są też mężczyźni
którzy zostali w płonących domach
pod nogami koni, w śniegu
zamarznięci, przebici, przez niedźwiedzia rozszarpani

nad ranem zestrzelono trzech

A w gawrze
niedźwiedź pragnie nałożnicy
gospodyni, mieszkanki
trzymam razem z niedźwiedziem garnek jedzenia
paznokcie czarne od skrobania spodu
zaczesuję ścieżkę
po której miałam pójść
tam, gdzie dachy giną w mroku
a koty zbierają się w obejściach

czarny niedźwiedź czesze spoconą głowę co rano
mróz wybija z pościeli nieprzyjemne sny,
które nas łaskoczą

wciskam się jeszcze głębiej w zapadnięte łóżko
dziecko jest dziewczynką, niedźwiedź to wie,
łożysko smutku i krwi staje się coraz cięższe

aż nie mogę go wypchnąć
niedźwiedź jest na jagodach, leżę na zewnątrz,
niedźwiedź jest inny

Pozwalam, by słońce przecięło poddanego niedźwiedzia na pół
zszyło nicią rybacką, z bólu
zmieniam chleb w ludzki krzyk,
zdobycz niedźwiedzia w łyżkę owsianki

i powoli, powoli zaczynam prostować zmiętą nić, której jest pełno
kulę słońca, która się wypełnia, wysokość dnia, którą niosą podmuchy wiatru
znaki na niebie, deszcze ilustrują
bajkę, w której wieje, szumi i szepce.

Tłumaczyła: Anna Buncler


DZIEŃ WESELA


A więc bierzemy ślub, nie chciałam uniknąć tego przeznaczenia
ukradłam kobiece ubranie, wydrapałam dziurę w murze
idziemy przed sąd, nie ma nic
czym mogłabym w przyszłym tygodniu pocieszyć moich przyjaciół

z głębi, z zarodka, gdy kafelki kołyszą się
uderzając w policzek, łuski mieszkających na dnie ryb okrywają mnie,
uciekam z opuchniętą twarzą, z woreczkami do lodu, z rozwianymi włosami

gdyż właśnie zmierzamy ku cierpieniu i zgubie, jakiż popełniłam błąd
przeszłam przez drzwi, nie przestraszył mnie zakaz,
weszłam do labiryntu, nie chciałam uciec
przyjmowałam na siebie wciąż nowy elektryczny wstrząs

tak wychodzę za mąż, kobieta skleja moje oczy na oścież
maluje akwarelami, wszystko co wyblakłe przychodzi od losu
krawiec nasłuchuje krótkiego poranka, marszczy spódnicę po szósty raz
zapłaćcie wszystko co wam wmówiono w gazetach i ruszających się obrazach

zdążycie się przygarbić, spóźnić,
pobić się, zsinieć, samotność odwraca lustro do ściany
oczy opadły i papier już od lat nie jest papierem

od tego zaczynamy,
wyrwałam plakietkę z imieniem z ubrań, rzęsy z powiek
litery z nazwiska, ja do zakrycia, źle namalowana
napuszona kukułka, co ja tutaj robię i kiedy stąd odejdę
czy słyszałam kiedykolwiek głosy z drugiej strony muru
czy lustro dało odpocząć, pismo
spaliło się doszczętnie gdy przewrócono lampę

deszcz pada na ziemię gdy dzień zmierza ku końcowi,
sukienka zsuwa się z ramion, nie ma gorsetu, nie ma pończoch, nie ma siostry
powódź kat siekiera o długim trzonku, czy są jakieś inne sposoby zapłaty za chęć
słuchania i kochania, czy to głowa człowieka czy ryby

w błocie, w topieli
w glonach, w wodnych kwiatach
utopcie widzące, śmiejące się, twarze, łona
w głębinę, w nieskończoność suknia upada
nie ma postawy, piersi, kobiety człowieka

radości cudu wszechoceanu

to wspomnienie stąd na wieki wieków
dzień się kończy na znak bezkresu
kobieta która zniknęła, mężczyzna którego uprzednio nie skazano

na śmierć, czy są inne sposoby
aby zapłacić za chęć mówienia i kochania, za srebrem malowane szkło
niż anegdota którą trzeba opowiedzieć przyjacielowi, pokój zabaw, zacinający deszcz
wody i mielizny i burze,
aby nic nie zostało na powierzchni
to nie miał być dla nikogo ratunek,
nie powinnam była obarczać nikogo smutkiem
nie powinnam była odpowiadać, gdy wołali

wieszam na sznurze z włosów kobietę, która to uczyniła
zginam kark i czarny język,
wykańczam kobietę przed wysokim sądem

i bezlitośnie naprzód upada spocona, trzęsąca się głowa,
to się dzieje, a ja nawet nie odchodzę na bok, tak bierzemy ślub
i rzucamy klątwę aby ani jeden widział, zdążył nałożyć okulary
zniszczcie kamerę, wrzućcie zdjęcia w glinę, muchy i bachory brzęczą
że nikt patrzy, zaznaczono w księdze i woalka opadła,
kat pali przemokniętą do białości skórę

pole, wiatr, stół, jabłko, dlatego cię kocham, zamieniam się w kamień,

zamysłem było umrzeć przed szczurami, które wchodzą przez okna
dać szczęście, chleb i uda, pozwolić odejść

dać oczy i wino, poddać się, podarować nauce ciało
któremu upiory dnia nigdy nie dadzą odetchnąć

wyobrazić sobie uszkodzone niebo, sierpień i wieczność

zamysłem było dotrzymać obietnicy, popryskać, wyprostować rękę, naprawić pozostałości,
prześwity, przez które zwykłeś obserwować świat czy też świat ciebie
na oboje czekała wolność, określony rytuał okresu wegetatywnego,
przypadkowość historii niczym stylowa spódnica, światło elektryczne, stogi siana.

Tłumaczyła: Joanna Wałkiewicz


DZIEŃ WESELA II


Świętujemy teraz skromnie i dumnie
panna młoda spluwa na obraz i tłucze puste lustro
pan młody spowalnia, zakochuje się w aucie
i rozpoczyna poszukiwanie miejsca parkingowego, trumny, samotności gór
ktoś chciałby aby całe miasto zostało połączone węzłem przez wzgląd na to jedno życzenie
ze wszystkiego można wyjść z godnością, kobiety baraszkują
do wewnątrz, teraz świętujemy, słońce upadło

i pan młody się przeraził, spocił, usiadł
dzień jest ciemny a niebo popada w utarte schematy, płacze i zawodzi,
teraz świętujemy skromnie i dumnie, wstydzę się kręgu ponad który nie wzejdziesz
kartusz już nie ochroni twojego imienia
czarny pies zdziera ubranie z pleców
i tak kroczysz z tyłkiem na wierzchu, po pękniętym niebie

ukrywasz się, omijasz wzrokiem kobiety, one pokrzykują
do wewnątrz, jakżeż jesteście piękne
obnażone, uwolnione, z tego samego pokoju,
skorodowane, zagubione, ze wszystkiego można wyjść z godnością
to jeden wspólny punkt, odkąd nadeszły złe dni
nie traficie rzędem w drzwi ratusza, w parze
aby przejść drogę której światło wędruje od gwiazd, celując w lata

Narzeczona wie co mówiono w pokoju kamiennym
być może przeniesiecie dzień zaślubin na bezcienisty zimowy poranek
ponad pola, za niemcami, być może raz jeszcze przemyślisz
nigdy nie kochałaś, namówiłaś mężczyznę aby podjął się zadania kata
sympatię ciśnięto wraz z narzędziami, dobrymi radami i cementem
pod dom, i cóż tam jeszcze mówili.

Teraz świętujemy, jestem lekka, zgubiona i martwa
powódź pustoszy miasto
w którym panna młoda butwieje, upada i rozkłada się
a pan młody roztapia się, ogarnia go strach, odchodzi na bok
kobiety trzymają w rękach kamień nagrobny, teraz świętujemy
lato które nie hoduje kwiatów, nie dogląda zboża, nie dba o ptasie pióra
nie czyni dobrej pogody, nie zbiera przyjaciół pod drzewami

wznieśmy jednorazowe kubki worki na śmieci kartony i ciężkie spojrzenia
to wszystko zrobiłam dla ciebie, mówili że imię jej było
miłość, a to była ciemność lata
ganek, z którego wiatr zwiewa butwiejące liście.

Tłumaczyła: Joanna Wałkiewicz


SNY MOSTARU


Słyszę cię jak mówisz, niebo się wypogadza
na skraju placu, powietrze jest puste od wody kolońskiej i alkoholu
a płuca przyjmują zimny poranek
jak komunikat: następne chwile
przeżyjesz niewinny i zdziwiony niczym te wyciągnięte z morza dziwne stworzenia,
co będzie później, to już robota kupców, odważników
cisi ludzie ulicy obserwują w drzwiach
umieszczają każdy pomidor na jemu właściwym miejscu w świecie.

Mówisz że należy zapomnieć o tym co wydarzyło się w górach
o tym że strzelano w mieście,
trzeba otworzyć zaciśniętą szczękę i gazetę którą złożono do skrzynki.
Cóż jeszcze mówisz. Spotykamy się jakbyśmy rozumieli
wszystko a nigdy nic.

Co jeszcze, że jeszcze na długo starczy tych, którzy nie będą spali w nocy
w czasach niedokończonych wspomnień i rękodzieł, spotkania
w obcej okolicy

miłości o których się nie wie
czy spadną spod gzymsu gniazda jaskółek
czy ze ścian znikną zastygnięte cienie,
harmonijny obraz skrzy się nagle w słońcu
i ściskasz telefon, we wszechświecie w jego wnętrzu
mówisz pięknie, szybko, zdecydowanie
tak jak skórę, którą dopiero co otworzono nożem, opatruje się i zszywa.

Tłumaczyła: Joanna Wałkiewicz