Wydanie bieżące

15 października 20 (188) / 2011

Natalia Gruenpeter,

KOBIETA POD PRESJĄ

A A A
Seriale telewizyjne zajmują ważne miejsce w pejzażu współczesnej popkultury. Dowody ich rosnącej popularności widoczne są z jednej strony w nawykach publiczności, która coraz częściej podejmuje wysiłek poszukiwania nowych sezonów i odcinków ulubionych produkcji, zanim dostarczy ich telewizja, z drugiej zaś – w zaangażowaniu cenionych kinowych reżyserów, aktorów czy operatorów, decydujących się na pracę dla telewizji. Za wyrazisty znak tych przemian można uznać cytowaną często wypowiedź Chrisa Markera, awangardowego reżysera, który w jednym z wywiadów wyznał, że nie ogląda zbyt wielu filmów, a głód fikcji zaspokaja właśnie amerykańskimi serialami. Słowa te opisują zapewne odczucia niejednego widza, który zamiast ryzykować rozczarowanie nieznanym filmem, sięga po nowy odcinek cenionego przez siebie serialu. Przywiązanie do bohaterów serialowych i uważne śledzenie ich losów nie należą już do sfery wstydliwych przyjemności. Współczesne produkcje telewizyjne mogą bowiem często pochwalić się doskonałą scenografią i kostiumami, dowcipem i ironią, odwagą obyczajową, świetną dramaturgią czy bogactwem nawiązań do innych tekstów kultury. Bywa też tak, że widzowie otrzymują „rozgrzeszenie” od wielkiego autora filmowego, jak w przypadku serialu „Zakazane imperium” sygnowanego nazwiskiem Martina Scorsese czy najnowszej produkcji HBO – „Mildred Pierce” w reżyserii Todda Haynesa.

Choć „Mildred Pierce” z pewnością wiele zawdzięcza fenomenowi popularności współczesnych seriali, należy podkreślić, że wywodzi się z innego źródła. Za wzór bierze bowiem format miniserialu, opowieści podzielonej wprawdzie na kilka odcinków, ale zamkniętej dramaturgicznie, posiadającej wyrazisty finał. Miniserial wydaje się dzisiaj formatem nieco zapomnianym. Minął już złoty wiek epickich produkcji telewizyjnych, przypadający – według Johna De Vito i Franka Tropea, autorów książki „Epic Television Miniseries. A Critical History” – na lata 1974-1989. To wtedy powstawały takie miniseriale, jak „Szogun”, „Ptaki ciernistych krzewów” czy – najstarszy i pod wieloma względami paradygmatyczny dla całego gatunku – „Pogoda dla bogaczy”. Miniserial był wówczas ponadto formą atrakcyjną dla autorów filmowych; już w 1973 roku Ingmar Bergman zrealizował „Sceny z życia małżeńskiego”, a siedem lat później Rainer Werner Fassbinder nakręcił telewizyjną adaptację powieści „Berlin Alexanderplatz”.

W latach dziewięćdziesiątych miniseriale zniknęły z listy sztandarowych telewizyjnych widowisk. Jeżeli mierzyć popularność programów telewizyjnych nie tylko przychylną postawą krytyki czy rozmiarem pierwotnej, telewizyjnej widowni, ale miarą najbardziej współczesną, czyli gotowością widzów z całego świata do poszukiwania nowych odcinków na różne sposoby (DVD, pay-per-wiev, Internet), okaże się, iż ten impas w rozwoju gatunku przełamały dwa miniseriale. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych Lars von Trier nakręcił „Królestwo”, które – choć posiadało raczej wąski krąg widzów nastawionych na pewien rodzaj „odbioru kultowego” – odświeżyło formułę kilkuczęściowego, telewizyjnego „filmu”. Ścieżkę, którą podąża najnowsza produkcja Todda Haynesa, przetarł jednak przede wszystkim miniserial „Anioły w Ameryce” w reżyserii Mike’a Nicholsa, również wyprodukowany przez HBO. Zrealizowany w 2003 roku miniserial to adaptacja sztuki Tony’ego Kushera, „gejowskiej fantazji na motywach narodowych”, onirycznego obrazu połowy lat osiemdziesiątych, czasu rządów Reagana i nagłego wzrostu zachorowań na AIDS. Teatralny sukces Kushnera od razu przykuł uwagę filmowców. Początkowo za kamerą miał stanąć Robert Altman, słynący z umiejętności prowadzenia misternej, mozaikowej narracji. Film jednak nie powstał; zapewne złożyło się na to wiele czynników, z których najważniejszym była ekonomiczna kalkulacja. Duże koszty produkcji, nietypowa długość filmu oraz gejowska wrażliwość wiązały się ze zbyt dużym ryzykiem. Nieudane próby realizacji kinowych „Aniołów w Ameryce” ujawniły asekuranctwo i słabość filmowych wytwórni. To telewizja okazała się siłą innowacyjną, gotową do podjęcia odważnej inwestycji.

Pięciogodzinny miniserial Todda Haynesa to druga ekranizacja powieści Jamesa M. Caina z 1941 roku. Osadzona w latach trzydziestych historia Mildred Pierce, gospodyni domowej, która po rozstaniu z mężem samodzielnie wychowuje dwie córki i zmaga się ze skutkami ekonomicznego kryzysu, wpisywana bywa do klasyki „czarnej powieści” (hard-boiled fiction). Najnowsza adaptacja wyraźnie pokazuje, że taką kwalifikację dzieło Caina zawdzięcza przede wszystkim filmowi Michaela Curtiza zrealizowanemu w 1945 roku, w chwili triumfu kina noir. W filmie reżysera „Casablanki” znalazło się miejsce dla morderstwa, zdrady i wyrafinowanej intrygi, dla ostrych kontrastów mroku i światła, dla dusznej, klaustrofobicznej scenografii, a nawet dla karkołomnej wolty narracyjnej polegającej na opowiedzeniu historii tytułowej bohaterki w retrospekcjach. Jeżeli zaś nie wszystkie z tych elementów zgadzały się z powieściowym pierwowzorem… cóż, tym gorzej dla niego.

Zupełnie inną strategię przyjął Todd Haynes, który „przełożył” powieść Caina na filmowy obraz z precyzją godną aptekarza, nie rezygnując jednak z właściwej sobie wrażliwości artystycznej. Miniserial rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie co literacki pierwowzór, czyli w dniu rozstania Mildred i Herberta. Powieściowy narrator przygląda się żmudnej pracy Herberta Pierce’a, który porządkuje ogród, przycina drzewa i kosi trawnik „jakich tysiące w południowej Kalifornii”. Na początku miniserialu jesteśmy natomiast w kuchni, w królestwie Mildred (Kate Winslet), która zajęta jest pieczeniem ciast. Na jej męża (Brian F. O’Byrne) spoglądamy z wnętrza domu, przez okno. Ta drobna zmiana narzuca określoną perspektywę, która będzie nadawała ton całemu serialowi. Od samego początku uważnie obserwujemy tytułową bohaterkę, towarzyszymy jej nie tylko podczas ważnych wydarzeń, takich jak podjęcie decyzji o rozstaniu z mężem, poszukiwanie pracy czy otwarcie własnej restauracji, ale i podczas prozaicznych czynności – robienia zakupów czy ubierania się. To właśnie te drobne, mało znaczące pod względem fabularnym, zdarzenia wyznaczają rytm miniserialu i określają sytuację Mildred. I tak w pierwszym odcinku, kiedy bohaterka robi zakupy, zmuszona jest zrezygnować z niektórych produktów, ponieważ nie ma pieniędzy, w kolejnym odcinku może sobie pozwolić na wszystko, w trzecim natomiast odwiedza hurtownię, aby zaopatrzyć swoją pierwszą restaurację.

Ciężka droga do ekonomicznego sukcesu, choć jest ważnym i interesującym motywem miniserialu, staje się w pewnym momencie tłem dla dwóch innych wątków – skomplikowanych relacji Mildred z jej starszą córką Vedą (Morgan Turner, Evan Rachel Wood) oraz romansu z Montym (Guy Pearce), zubożałym, ale przywiązanym do próżniaczego stylu życia arystokratą. Dwa ostatnie odcinki w większym stopniu skupiają się właśnie na życiu uczuciowym Mildred. Tym, co czyni z niej postać tak fascynującą, jest jej wewnętrzne pęknięcie. Ambicja, odwaga i rozsądek, jakie Mildred przejawia w życiu zawodowym, znikają, gdy w grę wchodzi dobro córki. Dodajmy, że jest to dobro niewłaściwie rozumiane i polegające na spełnianiu każdej zachcianki rozpieszczonej Vedy, umacnianiu jej roszczeniowej postawy wobec życia. W istocie jednym z najważniejszych pytań, jakie stawia „Mildred Pierce”, wydaje się pytanie o źródło zachowania Vedy. Czy dziewczyna po prostu urodziła się podła? Czy zepsuł ją lekkomyślny Monty? Czy może stała się tym, kim jest, przez matkę?

W pierwszej ekranizacji „Mildred Pierce” znajduje się scena, w której Veda w geście buntu wobec ambicji matki występuje jako szansonistka w podrzędnym barze. Kiedy Mildred przychodzi z nią porozmawiać, zaskoczona koleżanka Vedy mówi: „Nie wiedziałam, że masz matkę”, na co Veda odpowiada: „Każdy ma matkę”. Wypowiedziany na głos truizm przywodzi na myśl konstatację Mary Ann Doane, która pisała, że w kulturze Zachodu macierzyństwo ma w sobie coś oczywistego. Przestrzenią eksploracji tej oczywistości bywał najczęściej melodramat. Film Curtiza uciekł jednak w inną konwencję. Zarówno Mildred, jak i jej córka są w nim postaciami nakreślonymi przy pomocy palety barw noir. Veda występuje tutaj jako femme fatale i taką samą rolę wymusza na Mildred, która zwodzi niewinnego mężczyznę, aby chronić córkę. Film Curtiza odzwierciedla tym samym niepokoje epoki, w której powstał. Mildred Pierce, choć zmaga się z kryzysem wcześniejszej dekady, jest kimś w rodzaju wynaturzonej wersji Rosie the Riveter, kulturowej ikony kobiety pracującej z czasów II wojny światowej, samodzielnej, przejmującej męskie obowiązki, zagrażającej dotychczasowemu porządkowi społecznemu.

W wersji Todda Haynesa w znacznie większym stopniu wyeksponowana jest różnica klasowa lub może tylko sentymentalna wizja tej różnicy. Czy szlachetna przyszłość, jakiej pragnie dla swojej córki Mildred, nie jest stworzonym przez jej fantazję scenariuszem? Tradycja melodramatu, do której Todd Haynes nawiązywał już w filmie „Daleko od nieba”, nakazywałaby „wyrażenie wszystkiego”. Tymczasem bohaterki uwikłane są w fikcje, fantazmaty i narracje, które zasłaniają i zniekształcają rzeczywistość. Ta pułapka znajduje odzwierciedlenie w sztuce operatorskiej Edwarda Lachmana, inspirowanej twórczością Saula Leitera, który w swoich fotografiach chętnie wykorzystywał zwierciadła, szyby i inne błyszczące, odbijające rzeczywistość powierzchnie.

Warto wspomnieć jeszcze o pracy Ann Roth, projektantki kostiumów, która łączy zresztą najnowszą produkcję HBO z wcześniejszymi „Aniołami w Ameryce”. Roth projektowała kostiumy do filmów „Godziny”, „Lektor”, „Angielski pacjent” czy – ponad czterdzieści lat temu – „Nocny kowboj”. To ona wystroiła Jona Voighta w niezapomnianą błękitną kowbojską koszulę w haftowane ptaki. Interesujące wydaje się to, że zarówno w „Nocnym kowboju”, jak i w „Mildred Pierce” stroje bohaterów, choć doskonale przylegają do ich społecznego statusu, charakteru i ambicji, nie są ich drugą skórą, oczywistą i przezroczystą warstwą świata przedstawionego. Filmowe postaci noszą je z pewną samoświadomością, która przenika do narracyjnej i wizualnej warstwy filmu. Kiedy główny bohater „Nocnego kowboja”, Joe Buck (Jon Voight), poznaje Ratso (Dustin Hoffman), ten pyta go właśnie o koszulę, zmuszając tym samym do autorefleksji. W najnowszym miniserialu HBO sceny wybierania i przymierzania ubrań, przeglądania się w lustrze, wkładania roboczego uniformu lub domowego fartucha stają się wizualnymi leitmotywami, które wyznaczają rytm narracji i określają materialny status postaci. Ale ubrania, powierzchnia, w jaką przyobleka się człowiek w warunkach społecznych, są jednocześnie czymś więcej. Skrzętnie ukrywany przed córką uniform kelnerki, odłożony do szafy czarny, żałobny strój Mildred, zakupione bez pozwolenia matki luksusowe futro Vedy czy – w końcu – szyta na miarę kosztowna kreacja do opery – oto ubrania, które bywają zasłonami bądź zwierciadłami tożsamości. Przywiązanie bohaterek do powierzchni rzeczy, do świata pozorów jest równie chorobliwe i destrukcyjne, co ludzkie i naturalne.

Miniserial Todda Haynesa to widowisko, które w szczególny sposób akcentuje interesujący rys wielu współczesnych seriali. Z jednej strony, takie produkcje telewizyjne, jak „Zakazane imperium”, „Anioły w Ameryce” czy właśnie „Mildred Pierce” bliskie są kinu zarówno ze względu na inscenizacyjny rozmach, jak i na współudział filmowych aktorów, reżyserów czy operatorów. Wszystko to sprawia wrażenie, że granica pomiędzy kinem a telewizją jest trudna do uchwycenia. Z drugiej strony zaś, oczywista ilościowa różnica, jaką jest czas projekcji czy ściślej – czas emisji, staje się nieuchronnie także różnicą jakościową. Pięciogodzinny miniserial wydaje się formatem właściwym, kiedy w grę wchodzi opowieść o silnej i samodzielnej kobiecie, która doprowadzona zostaje na skraj szaleństwa, przekracza granicę, ale powraca i podnosi się z osobistej tragedii, tak jak wcześniej podniosła się z finansowej zapaści. Jedynie w kontekście długiej drogi, jaką przeszła Mildred od początku opowieści, ludzkiego wymiaru nabierają frenetyczne tempo ostatniego odcinka, wylewające się z ekranu emocje czy w końcu bolesne i nagłe zdarcie zasłony z rzeczywistości.
„Mildred Pierce”. Reż.: Todd Haynes. Scen.: Todd Haynes, Jon Raymond. Obsada: Kate Winslet, Guy Pearce, Evan Rachel Wood, Morgan Turnes, Melissa Leo, Brian F. O’Byrne. Gatunek: miniserial. Produkcja: USA 2011.