Wydanie bieżące

15 października 20 (188) / 2011

Laura Lindstedt,

NOŻYCZKI (FRAGMENTY)

A A A
Co rano trzeba pilnie śledzić zmienne kształty chmur. Kiedy się ćwiczy malowanie gór, dobrze się wybrać w prawdziwe góry. Drzewa o niespotykanej formie należy oglądać ze wszystkich czterech stron. Mają one lewą stronę, niewidoczną na obrazie, i prawą, którą widać. To samo dotyczy przodu i tyłu. Drzewa należy oglądać bardzo uważnie, na obrazie zaś trzeba je przedstawiać naturalnie. Dlatego też nieodzowna jest forma: między nią, a ręką i sercem musi panować harmonia, natomiast o wyobraźni (którą podsuwa wnętrze) należy całkiem zapomnieć. Tym sposobem tworzy się obrazy prawdziwych drzew, które będą żyć także na jedwabiu. (Dong Qichang, XVII wiek)
6 sierpnia 2000

Rysuje na białym papierze „etki”, rysuje z zacięciem, ledwie oddychając. Lewa ręka wbija się w policzek, naciąga lewy kącik ust w stronę ucha, spłaszcza ślicznie wycięte wargi, poszerza nozdrze. Głowa spoczywa ufnie na dłoni, lecz reszta ciała jest sztywna, napięta, od barków w dół w pełnej gotowości do ucieczki.

Zakradłam się jej cicho za plecy, zaglądam jej przez ramię, wstrzymuję oddech. Same „etki”, jedna za drugą, większe, mniejsze, nierówne i chwiejne, niekiedy szybkie i ostre, wbijające się w papier. Gdy kolejna kartka robi się za ciasna, palce wyłuskują i wsuwają pod długopis nowy, czysty arkusz A4. Biały, gładki papier w malejącym, przekrzywionym pliku, obok rosnąca sterta upstrzonej „etkami” celulozy, niezdatnej już do niczego, pełnej odcisków małych, czarnych paluszków.

Górna pętla wielu znaczków jest płaska i kropkowata, przypomina głowę matki z prehistorycznej rzeźby, natomiast dolna część jest nieproporcjonalnie wielka, jak za bardzo nadmuchana piłka, jak pękaty, rozdęty brzuch. Rzadko która pętla układa się w pełny, jednolity zawijas; długopis kreślący szybki okrąg minimalnie mija się z punktem przecięcia i przekornie, ze złością rysuje pętlę powrotną niemal na wysokości głowy. W rezultacie „etka” wygląda śmiesznie, jak gdyby kopała powietrze.

Niekiedy początek i koniec się schodzą, lecz i wówczas spójnik nie przypomina swojego znormalizowanego przodka, który z właściwą starości cichą mądrością siedzi w stabilnym wychyleniu, ze zgrabnie zgiętymi kolanami. Punkt początkowy nie wspiera się twardo na ziemi, bo linia powrotna podcina całości nogę, za bardzo się zbliża, dotyka niemal punktu oparcia. Pętla się chwieje, zmaga z grawitacją. Widać niemal, jak znaczek pada głową w przód, zmieniając się w piętno na skórze cielęcia.
- Drogie dziecko...

Zdanie rozbija się o plecy, które prostują się nagle, z przestrachem i wyrzutem. Dłonie zagarniają zabazgrane kartki i dziewczynka kładzie się na nich, osłania je swoim ciałem. Wyciągam palec i próbuję jej dotknąć, chcę ją mocno uścisnąć, przekazać: jesteś bezpieczna, nie stało się nic złego; jestem tutaj, jesteśmy teraz razem. A jednak ręce zaciskają się w pięści. Tylko palec sterczy wciąż oskarżycielsko, jak usztywniony skurczem, i pchany przymusem dotyka pleców dziecka, prowokując bezgłośne drgnienie. Wycofuję się. Bezradna zbieram siły. Podejmuję nowy atak. Rozwieram pięści, choć palce oponują, robię głęboki wdech i chwytam dziewczynkę za rękę. Wsłuchuję się. Nic. Ani drgnie. Zaczynam się bać. Mam wrażenie, że to trzymanie na próżno, ale nie mogę rozluźnić uchwytu. Liczę sekundy. Wreszcie - nagroda: szlochnięcie.

- Pokaż mi, co zrobiłaś - odzywam się, w moim głosie brzmi zachęta. Dziewczynka unosi głowę ze sterty kartek, jak gdyby rozumiała, chlipie, przełyka i pociąga nosem. Przed nami stoi w doskonałym bezładzie armia „etek” rozmazanych od spoconych dłoni.

Zdecydowanym krokiem podchodzę do komody, wyciągam z szuflady plik kartek, grubych, szorstkich, pożółkłych. Ciskam je radośnie na blat i głaszczę stertę czule, jak bohatera, który wrócił z wojny, jak dezertera, którego matka nigdy nie odrzuci. A te cienkie, białe kartki zachowamy dla drukarki.

Chwilę przyglądam się w milczeniu, jak dziewczynka nieufnie kładzie przed sobą pierwszy arkusz. Szlifuje go w palcach, przytyka do nosa, wącha. Włókna nasiąkły zatęchłym, zastałym powietrzem szuflady. Zapach wionął mi w nozdrza, gdy rzuciłam plik na stół, odpychający zapach taniego, porowatego papieru. Nie mogę dłużej czekać. Nie chcę ciągle przepraszać. Wracam do kuchni i napuszczam wody do pustego zlewu. Musi sobie radzić sama.

Później znów podchodzę cicho do stołu. Dziecko już poszło spać z połówką kanapki z serem i szklanką mleka w brzuszku. Parkiet skrzypi mi groźnie pod stopami. Irytujący hałas podąża za mną, narasta z każdym krokiem. Jak zduszone parsknięcia odskakuje od ścian i sufitu, jak stłumione chichoty odbija się od narożników i dywanu, by zabrzmieć mi w uszach złośliwym skrzekiem. Makulatura leży nietknięta. Gruby papier leży w uładzonym pliku na skraju blatu, w tym samym miejscu, w którym je położyłam. Natomiast zabazgrane „etkami” kartki znalazły nowe zastosowanie. Leżą teraz poziomo. Z powodu kilku dorysowanych linii i bogatej kolorystyki nie poznaję już spójnikowych szlaczków, które przeistoczyły się w milionową ławicę. Ryby odpływają, uciekają przede mną, rozpierzchają się na wszystkie strony, jak gdyby dostrzegły we mnie drapieżnika.

***

Dojrzewało to we mnie podstępnie, z pozoru niepostrzeżenie: jedna jesień i wszystko zaczęło się nagle ukazywać w nowym świetle: a gdyby tak rzeczywiście stały tu dwa talerze, a gdyby tak dwie szklanki? Tu, na stole w mojej kuchni. Na tamtym etapie nie widziałam jeszcze nic więcej, bo mieszkałam w kawalerce, z oddzielną kuchenką, wnęką sypialną i łóżkiem „queensize” za kotarą z sitowia, miejsca miałam w sam raz dla siebie. Aż nagle zaczęło mi się robić ciasno. W głowie. Przed trzema laty - dwa talerze, szklanki, widelce, noże, łyżki. Małe łóżko, ono też zaczęło się materializować w rogu pokoju, i głos dziecka, przywołujące szepty małej dziewczynki, ciepło pocałunków na policzkach. Wtedy zrozumiałam, że czas zadzwonić w parę miejsc.

Sprawa szybko nabrała tempa. Potraktowano mnie od razu poważnie - władze potraktowały. Zaczęłam dostawać pocztą całe stosy papierów, wykresów, statystyk, adresów. Nikomu jeszcze nic nie mówiłam, ani słowa. Flirtowałam sobie z myślami zupełnie sama, pozwalałam kawalerce wypełniać się, zapełniać, bujałam w obłokach, nogi same niosły; otrząsałam się w działach dziecięcych domów towarowych, budziłam się przy półkach z ubrankami, trzymając w rękach błękitny sweterek na trzeci miesiąc życia - i odkładałam go z powrotem, szybko. Był za mały w moich dłoniach. Niewyobrażalnie mała rzecz, niemal jak dla lalki, z miękkiej alpaki, lewa strona, prawa, lewa, prawa. Złożyłam sweterek, odłożyłam z powrotem na półkę i poszłam, byle dalej od śpioszków z zatrzaskami od dekoltu po piętę. Łatwo wsuwałoby się do niego dziecko, trzymiesięcznego, wierzgającego Michelina, sam by niemal wszedł, małe, tłuste nóżki same wślizgnęłyby się do nogaweczki i jednym kopnięciem, jednym sprawnie zamortyzowanym kopnięciem ułożyłyby się właściwie, podobnie paluszki w piętce, jak trzeba, dobrze. I wymachujące na lewo i prawo piąstki, i wydobyte ze śpioszka brudne pieluchy, i cała codzienna pańszczyzna byłaby znów odrobiona: mycie maleńkiej pupci pod letnią wodą, przycięte krótko paznokietki. Na koniec jeszcze natusan na palec, i jeszcze raz, i tak dzień w dzień. Nie - zbyt małe dziecko nie jest dla mnie!

W dziale zabawek znalazłam dziesięciocentymetrową żyrafę z plastiku i z jakiegoś powodu postanowiłam ją kupić. W reklamówkę czy zapakować?, młody chłopak, młody wazeliniarz, meszek pod nosem i wyraźne braki w wykształceniu, na piersi tylko dwie flagi: fińska i angielska. Nie, nie potrzeba, wsadzę po prostu do torebki, tak, za reklamówkę dziękuję: nie używam plastikowych torebek. Nie lubię. Mam ich w domu za dużo. W najwyższej szafce w korytarzu, i gdy otworzyć drzwiczki... lecą mi na głowę! A potem nie mieszczą się już z powrotem do środka, choćby ich liczba zgadzała się dokładnie! Nie, za reklamówkę dziękuję.

W domu postawiłam żyrafę na telewizorze, szaro-białym pudle o przekątnej dwudziestu ośmiu cali, które było zdecydowanie za duże na moje mieszkanie, które zawłaszczało bezczelnie drogocenny kąt, którego kupna żałowałam długo, tak, to był błąd. Mężczyzna wcisnął mi go w zasadzie siłą, uśmiechał się i zachwalał: wielkimi krokami zbliża się nowa era, era cyfry, a ty, jak kupisz teraz, to będziesz już przygotowana, szerokoekranowy telewizor za pół ceny! Wysoka rozdzielczość, HDTV, to nas czeka w przyszłości, i jak teraz kupisz, to zobacz: masz gotowy odbiornik! Poklepał pudło, obrócił je i znów na mnie spojrzał, uśmiechał się i patrzył mi prosto w oczy, wariat, i ciągle gadał, gadał jak najęty.

No i miałam: spłaszczone głowy, pękate drzewa, poszerzone domy. Nie znalazłam właściwych ustawień, instrukcja była kretyńska, pełna błędów, cudowny obraz regulacja zapis wartości, Boże święty! No trudno. Rozmiar obrazu musiałam po każdym włączeniu, aż się wreszcie zmęczyłam, i przywykłam. Poprawiłam ustawienia dopiero na Boże Narodzenie, dla „Fanny i Alexandra”. Ach, te przecudne góry jedzenia! Pokój za pokojem, aksamit, porcelana! I ci ludzie: ci dorośli, ci głupcy, te pogięte lalki, które stary maestro uformował kilkoma słowami, zacierając ręce z zadowolenia, nazbyt pewny siebie: tu będzie mężczyzna, a tu będzie kobieta, widzisz? Jeden ruch od niechcenia, jedno zabłąkane spojrzenie - i jest mężczyzna, widzisz? Uwielbiałam nienawidzić ten film. Uwielbiałam świńskie głowy, świeczki, kryształowe żyrandole. Nienawidziłam osób - wszystkich poza Fanny i Alexandrem. Żyrafa spoglądała na mnie spod długich, zakręconych rzęs, a ja jadłam zapiekankę z brukwi. Gdy grała muzyka, pogłaśniałam pilotem i nakładałam sobie na talerz dokładkę sałatki. Dokładkę zapiekanki z wątróbki i dokładkę marynowanych śledzi, jadłam aż do przejedzenia, prawie do nieprzytomności. Każdą potrawę przygotowywałam sama, od początku do końca. Chciałam trochę poćwiczyć, czy potrafię, i okazało się, że tak. Jedzenia było w bród, a nie miałam wtedy zamrażarki; wszystko zjadałam sama. Jedzenie i do łóżka, jedzenie i do łóżka. Oglądałam telewizor i wyłączałam go, zdmuchiwałam świece i kładłam się do łóżka. Wdychałam zapach hiacyntu, goździków, pieprzu, stearyny i było mi cudownie, mimo bólów, zaparć i mdłości było mi niemalże cudownie: moja najlepsza Gwiazdka.

Ale i miałam powody do świętowania, bo znaleźli mi dziecko w Chinach! Szybko wszystko poszło, trwało to może z pół roku, wyjątkowo szybko to dziecko przyznali, ucieszyła się fińska urzędniczka, masz szczęście. W Finlandii sprawę wałkowali mniej więcej przez rok, najpierw mnie, potem papiery. Dokumenty leżały w Chinach pięć miesięcy i denerwowałam się: wezmą mnie? Czy jednak wszystko było na próżno? Na nic moje wyważone odpowiedzi, moje pisma, które produkowałam do późna w nocy, które przepisywałam wciąż od nowa, jedno po drugim. Na nic te niezliczone arkusze, zawikłane zdania podrzędne, krótkie zaćmienia umysłu, milczenia. Czyli jednak to wszystko było na nic? Tak czy owak, wszystkie te dokumenty leżały teraz u nich, wszystkie ważne sprawy. W zgrabnie skompresowanej przez urzędniczkę postaci streszczenia, w uderzającej angielszczyźnie tłumacza, moja historia przekuta into apt English, into striking style. Tak uformował się obraz mojej sprawy, i uwiarygodnił: mogłam wreszcie zacząć czekać na dziecko. A teraz było już po wszystkim. Po przyjęciu propozycji czekałam już tylko na zaproszenie do Chin.

No, to szampan! Zaniosłam do pracy butelkę Taittingera od razu w poniedziałek. Postęp sprawy śledzono tam dokładnie już od sześciu miesięcy. Tajemnicą to już nie było, nie, prędzej stałym tematem rozmów, prawie już męczącym. Zawsze na początku tygodnia pytali mnie no, i jak tam, klepali po plecach już się coś zadziało, już coś drgnęło, a ta jedna, ta jedna cierpiąca, co jej się płyta zacięła na całą jesień: coś nowego, coś nowego? Zadyszkowym głosem, porwanym przez szybki marsz po schodach, pluła przez uchylone drzwi: coś-no-we-go? Piana na języku. Krople potu na nosie. I ten zapach: Fa, a pod nim strychowa stęchlizna, obrzydliwość. Siedlisko bakterii wyhodowanych pod przepoconymi pachami, czy ona sama tego nie czuje? Niechby sobie wygotowała rzeczy w occie, albo częściej kupowała nowe! Coś nowego? Coś nowego?

Powoli zaczęło ją to męczyć: zawsze te same odpowiedzi, zawsze ten sam koci pomruk: czekam, na razie ciągle czekam.

Ale po Bożym Narodzeniu to wieczne czekanie wreszcie się skończyło. Na dyżurze po świętach było nas czworo i trąciliśmy się smukłymi, kryształowymi kieliszkami. Nieśmiertelna łapówka jeszcze z ZSRR - ciekawe, jak tam się u was rozwiązuje podobne problemy w pracy? Bo u nas jest tak, że spory między ludźmi staramy się zawsze rozwiązywać sami! Porządna pijacka delegacja, tygodniowy obóz integracyjny, codziennie wieczorem rozgrzana do białości bania, przywozi się kieliszki, żonom zawozi do domu pończochy w prezencie. I buty! Czarne, białe, żółte buty, skórzane, jedwabne, mokasyny; i perfumy; i torebki! Torebki ze skóry antylopy, z irchy i z jedwabiu! Gdy starsi koledzy trącali się czasem kieliszkami, chcąc nie chcąc uśmiechali się pod nosem na samo wspomnienie. Ale teraz ich tu nie ma, siedzą z rodzinami w domach, z wnukami. W biurowej kuchence, przy świetle jarzeniówek wznieśliśmy poczwórny toast . W sobotę początek nowego tysiąclecia. Za nowe czasy i za przyszłą mamę, takiej okazji nie można nie opić. Tysiąc lat!

***

12 sierpnia 2000

Nożyczki. Teraz znalazła nożyczki.

Poszła do kuchni, a ja chcę wiedzieć, co ona tam wyrabia. Czekam cicho w korytarzu, skąd przez otwarte drzwi widać całą kuchnię, jeśli nie liczyć zlewu w głębi. Dziecko kręci się tu i tam, najpierw ogarnia przestrzeń na poziomie oczu. Szafki, których zawartość została już na pewno zbadana nie raz, uchwyty, za które pociągając wyczarowuje się garnki, patelnie, widelce, noże, chleb, worki na śmieci, ziemię do kwiatów. Unosi spojrzenie wyżej, dostrzega utensylia na kołkach, nieco powyżej półtora metra. Wiszą tam nie tylko pomarańczowe fiskarsy, ale także duża chochla na sznurku, odizolowana od kompletu rękawica do garnków i brudny ręcznik.

Stoi z zadartą głową i patrzy. Potem pewnym krokiem idzie po drewniany stołek, stawia go pod wieszakami, wspina się na niego i staje.

Ledwo ledwo sięga do nożyczek, sapiąc ściąga je z kołka i chwilę przygląda się im triumfalnie. Jak małpka, która zwinnie sięga kiść bananów u sufitu, nie mając pojęcia, że działa w warunkach kontrolowanych. Teraz się zaczyna mozolne schodzenie. Dziecko próbuje zmieścić się na stołku na czworakach. W jednej rączce trzyma niebezpieczne narzędzie, drugą wyciąga w przód i stara się dotknąć ściany. Zamykam oczy. Czekam na huk. Małe ciałko grzmotnie o ziemię i stalowe nożyczki wbiją się w serce. Błysną białka oczu, rozewrze się martwo buzia. Harakiri? Nie. Dzieciobójstwo!
Nie.
Nic wielkiego.
Tylko zadrapanie.
Drobiazg!

Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, ale to nic takiego. Nawet gdyby, do wesela się zagoi. Zmoczy się tylko watkę w wodzie utlenionej, przyłoży parę razy do ranki, przyciśnie mocniej. Będzie trochę szczypać, ale od tego się nie umiera, to nic takiego. Uch, uch, niedobre ałka! Pod zdartym płatkiem skóry spienią się bakterie, będą syczeć i syczeć, aż w końcu zginą. Potem już tylko założymy plaster i krewka przestanie lecieć. Odetniemy z paska odpowiedni kawałek, centymetr albo dwa, i ostrożnie przyłożymy na rankę poduszeczkę z gazy. Oderwiemy papierki i lekko przyciśniemy, a wtedy plaster przyklei się do skóry. I ranka będzie sobie oddychać, przez te małe dziureczki. Nie będzie ropieć, nie będzie się jątrzyć, tylko oddychać. Zabliźni się. Zagoi. Skóra znów się scali. Tak po prostu, sama z siebie!

Wszystko się może zdarzyć w tym wieku. Gdy nie umie się jeszcze ocenić rzeczywistej siły swoich rąk i nóg, nie zna ich dokładnej długości, nie czuje tej małej, maleńkiej granicy między krawędzią a próżnią. Och, ta pewność, z jaką to dziecko opuszcza stopę! Ani śladu zdenerwowania, choć tylko pięta trafia w stołek, śliska skarpetka na gładkiej powierzchni, a palce i śródstopie depczą powietrze. Niezachwiana pewność, że na wypukłym stołku starczy miejsca także na kolanko, choć druga stópka tkwi ciągle twardo pośrodku koła, nie zsuwa się nawet o centymetr, nie cofa ani o jotę.

I zaraz tak będzie, będzie huk, będzie ból. Rozlegnie się płacz, buzia wykrzywi się w podkówkę, warga zacznie drżeć. Wezmę ją wtedy na ręce, biedne maleństwo, wyciągnę spomiędzy drewnianych nóg przewróconego stołka. Podniosę nożyczki z dywanu, odwieszę je z powrotem na kołek: nie nie, to nie jest zabawka dla dzieci!

Słyszę posapywanie i szelest ubranka, i ciche stukanie nogi taboretu, którą unosi nierówno rozłożona masa, by po chwili, wraz z przesunięciem się punktu ciężkości, ponownie wcisnąć w podłogę. Cisza. Otwieram oczy. Dziecko stoi pewnie na ziemi i patrzy dokoła z miną winowajcy. Cofam się szybko, zanurzam głębiej w mroczny przedpokój. Kładzie nożyczki na stole, odstawia stołek na miejsce, wraca po nożyczki.

Jaskrawo pomarańczowe ucha są dla niej gigantycznymi dziurami. Niezdarnie ujmuje narzędzie, obraca w dłoniach. Unosi do oczu i patrzy przez ucha. Potem wsuwa język w mniejsze i zaczyna lizać plastik. Język z lubością sunie po oble, przywiera do plastiku jak pod działaniem siły odśrodkowej. Dziewczynka zamknęła oczy, czubek języka za przewodnika. Od czasu do czasu całe ucho znika w buzi, wtedy zasysa ślinę i osusza zaoblony plastik.

Popróbowawszy smaku nożyczek, otwiera oczy i wyciąga plastik z buzi. Chwyta rączkami za stal i ściska ucha między dwoma maleńkimi kolankami w rajstopkach. Przesuwa narzędzie w górę i w dół, próbuje wytrzeć. Potem chwyta ponownie nożyczki za ucha.

Do dużego wchodzą wszystkie cztery palce. Kciuk zahacza o mniejsze i dziewczynka zaciska palce, aż paznokietek palca bieleje. Zaczyna się cięcie. Ciach, ciach, ciach, ciach. Nożyczki szatkują powietrze, tną na bezładną sieczkę. Widzę jej profil, dziewczynka obraca się powoli o dziewięćdziesiąt stopni, w stronę drzwi. Ostrzem mierzy we mnie. Rusza przed siebie w rytm ciachnięć, prując nożyczkami przestrzeń, jak lodołamacz. Uciekam na palcach do pokoiku z zabawkami, który sama okleiłam tapetą w misie. O mały włos nie wpadam na tory, w ostatniej chwili stawiam stopę między stację i pastwisko, dziesięć centymetrów od wieży Brio. Wytężam słuch, chcę wiedzieć, dokąd prowadzą ciachające nożyczki. Z początku mam wrażenie, że zbliżają się do mnie. Potem odgłos słabnie, w końcu zamiera zupełnie. Ośmielam się wystawić głowę za próg.

Dziewczynka jest w dużym pokoju. Wysuwa najniższą szufladę, z szelestem rozpycha papier na boki. Małe rączki składają delikatnie nożyczki na dno, potem zsuwają na wierzch kartki, ukrywają je. Dziecko rzuca szybkie spojrzenie przez ramię, głośno zasuwa szufladę i wstaje. Zwinnie przemyka z powrotem do kuchni, siada za stołem i zaczyna wertować wyświechtane komiksy z misiem Rasmusem.
Tłumaczenie: Sebastian Musielak.