Wydanie bieżące

15 października 20 (188) / 2011

Marek Doskocz, Konrad T. Lewandowski,

KRAIN FANSTASY NIE TRZEBA KONIECZNIE WYMYŚLAĆ

A A A
Marek Doskocz: Jak Ci się udała ta sztuka, że jedno wydawnictwo w tym samym czasie wydaje dwie Twoje nowe książki, ryzykując bojkot ze strony polskiego fandomu? (śmiech)

Konrad T. Lewandowski: Ostatnio miałem spiętrzenie zamówień na książki. W roku 2011 napiszę ich pięć. Z tego trzy napisałem już dla Wydawnictwa RM, które wybrało mnie na swojego strategicznego autora beletrystyki i niezwykle dynamicznie weszło w promocję. Uznali, że piszę na tyle dobrze, że warto we mnie zainwestować. Dla innych wydawców byłem dotąd tylko jednym z wielu autorów. Fandom musi to przełknąć. Zwłaszcza fakt, że wybrano akurat mnie, a nie nikogo z młodych – zdolnych - hałaśliwych, brylujących towarzysko na konwentach. Ja piszę, zamiast jeździć na konwenty, może w tym tkwi cała tajemnica...

M.D.: Skoro w 2011 planujesz napisać pięć książek, to w 2012 zamierzasz odpocząć, czy dalej będziesz pisać? Nie boisz się wypalenia?

K.T.L.: Nic gorszego mi nie grozi ponad to, czego doświadczyłem, pisząc „Anioły muszą odejść”. Tę powieść tworzyłem w ogromnym napięciu psychicznym. Doszło do tego, że dwa razy, kiedy siadałem do klawiatury, życie przelatywało mi przed oczami. Miałem wrażenie, że zaraz umrę, że ocieram się o writers block, ale jednocześnie materia literacka ustępowała i układała się w zaskakująco spójną całość. Po „Aniołach…” pisanie „Diabłu ogarek” to była rekonwalescencja – fajne wycieczki w teren, spływ kajakowy Liwcem, szukanie źródeł i dopływów tajemniczej rzeczki Osownicy, dużo piwa w lokalnych knajpach i rozmowy z ludźmi o miejscowych legendach. W takim Grębkowie z Karoliną Piekarską niechcący omal nie wywołaliśmy małej wojny religijnej, bo naciągnęliśmy miejscowych na wspomnienia przedwojennego konfliktu mariawitów z katolikami o tamtejszy kościół. Potomkowie obu stron byli akurat na sali i zaczęli na siebie wrzeszczeć. Rzecz skończyła się echem dawnej polskiej tolerancji, czyli wzajemnym stawianiem sobie wina marki wino. Ciekawie było zaobserwować ten instynktowny, tkwiący w ludziach atawizm, że spór o religię jest głupi i należy się natychmiast pogodzić. Słowem, krain fantasy nie trzeba koniecznie wymyślać, można je także równie dobrze odkrywać, tak jak ja odkryłem wschodnie Mazowsze. Urzekł mnie ten Liwiec.

M.D.: Dwie książki, dwie różne scenerie, skąd taki rozrzut?

K.T.L.: Płodozmian. Jeżeli pisze się tak dużo i intensywnie jak ja, to tylko głębokie zmiany języka, epoki i gatunku literackiego zapobiegają wyjałowieniu umysłu.

M.D.: Zdradź mi, dalej masz na pieńku z Gdańskim i Śląskim Klubem Fantastyki?

K.T..L: Nie wiem, nie pytałem i nie zamierzam się dopytywać.

M.D.: A o co w ogóle poszło?

K.T.L.: Nie chcę się więcej grzebać w zaszłościach sprzed 7-8 lat. Powiem tyle, że zacząłem się nudzić. Konwenty straciły dawną magię, nie było tam z kim pogadać o tym, co mnie interesowało. Trzy dni samotnego picia w tłumie to nie dla mnie. Fantastyka jest moim sposobem na życie. Nie mam o czym rozmawiać z ludźmi, dla których fantastyka jest tylko rozrywką. Nawet jeśli tych ludzi jest zdecydowana większość, to oni są w Imperium Wyobraźni ciałem obcym – barbarzyńcami. Ja jestem obywatelem tej krainy. Barbarzyńcy zaś zawsze w końcu nabierają ogłady i się cywilizują. Ja pomagam ich okrzesać… (śmiech)

M.D.: Co sam czytasz, czym się inspirujesz?

K.T.L.: To, czego potrzebuję w ramach researchu przed nową powieścią. Ostatnio były to staropolskie pamiętniki z XVII i XVIII wieku. Zauroczył mnie Jakub Sobieski (ojciec króla Jana III) opisem podróży do Baden w 1638 roku. Zainspirowały mnie opisane tam wybryki 19-letniej królewny Konstancji Wazówny, siostry Władysława IV, które wykorzystałem w drugiej części „Diabłu Ogarek”. Czułem autentyczną dumę, że mieliśmy taką arystokrację. Co się zaś tyczy „królewskiego personelu” (woźnice, służba, ochrona), to minęło prawie 400 lat, a pijani Polacy na wycieczkach zagranicznych wciąż robią takie samo bydło... I jeszcze to, że powracającego króla zapomniano uroczyście powitać na granicy Polski, bo ktoś czegoś nie dogadał, nie dopatrzył, nie załatwił itd. Miejscowa szlachta oprzytomniała dopiero 10 kilometrów od granicy. Zapomniany Władysław IV, jadący przez pusty most pod Oświęcimiem, to doprawdy ponadczasowa metafora polskiej indolencji. Ostatnio zaś wprawiam się w myśleniu feministycznym, gdyż zaplanowałem bohaterkę-feministkę w nowej powieści współczesnej. Konkretnie czytam Sylwię Chutnik i podpatruję ją w jej naturalnym behawiorze.

M.D.: „Diabłu Ogarek” zakończysz na drugiej części, czy planujesz dłuższy cykl?

K.T.L.: Wydawca zamówił już trzecią część, tylko jeszcze nie wiem, o czym ona będzie. Część druga dzieje się w Warszawie i ma związek z autentycznymi wydarzeniami, które doprowadziły do wyrzucenia z Polski nuncjusza papieskiego Filonardiego i zerwania na kilka lat stosunków dyplomatycznych z Państwem Kościelnym. Za zniewagę majestatu Władysława IV… Dobrze, że przynajmniej obcym na to nie pozwalaliśmy.

M.D.: Kolejna książka, jaka ukaże się nakładem wydawnictwa R.M, to mash-up z „Faraona”. Jak wpadłeś na ten pomysł?

K.T.L.: Premiera została przesunięta na styczeń 2012. Teraz cała promocyjna para w „Diabłu ogarek”. Wybrałem „Faraona”, bo to momentami czysta fantastyka i wątki fantastyczne w powieści Prusa są jedynymi, które się nie zestarzały. Nieaktualna jest już dziś egiptologia, ekonomia polityczna XIX wieku, którą ta powieść propaguje, problemy społeczne i historiozofia. Bronią się zaś wszystkie sceny sensacyjne oraz te z udziałem magii (np. klątwa Dagona), zatem rozwinięcie ich i przerobienie „Faraona” na współczesną powieść fantasy samo się nasuwało. Poza tym potrzebowałem płodozmianu i odpoczynku pomiędzy historią z okresu wojny rosyjsko-japońskiej a fabułą drugiej części „Diabłu ogarek”. Wycieczka w czasy faraonów i twórcza redakcja zamiast pisania od podstaw nowego tekstu były w sam raz.

M.D.: Zajmujesz się też filozofią. Wytłumacz mi w skrócie, dlaczego tak bardzo zwalczasz teorię Inteligentnego Projektu? Jesteś ewolucjonistą, czy też masz swoją teorię na ten temat?

K.T.L.: Teoria Inteligentnego Projektu jest sprzeczna z moją metafizyką, konkretnie z Zasadą Zachowania Wolnej Woli, poza tym nie jest to teoria naukowa, tylko kiepska teologia dla ograniczonych umysłowo dogmatyków. Jestem i zawsze byłem zdeklarowanym ewolucjonistą. Uważam, że teorii ewolucji nie trzeba bronić przed zarzutami kreacjonistów, gdyż są one niepoważne. Trzeba natomiast ewolucji i całego światopoglądu naukowego bronić przed złą wolą kreacjonistów oraz innych fanatyków religijnych. Wzmożenie arogancji bigotów- nieuków to pierwszy dający się wyraźnie odczuć objaw drugiego średniowiecza. Ludzie są coraz gorzej wykształceni, więc dają wiarę oszustom, mniej lub bardziej wyrachowanym. Nie spotkałem jeszcze uczciwego kreacjonisty – te cechy charakteru się wykluczają. Uważam, że należy od podstaw stworzyć nową religię – mutację chrześcijaństwa, która nie będzie miała żadnych problemów dogmatycznych z ewolucją, uznając ją za „narzędzie stworzenia”, a także nie będzie walczyć ze światopoglądem naukowo-racjonalistycznym. Oczywiście, musi to być religia oparta na Zasadzie Zachowania Wolnej Woli, która m.in. wyklucza egzorcyzmy w postaci lansowanej przez Kościół Katolicki.

M.D.: A w jakiej ich nie wyklucza?

K.T.L.: Perswazji i przykładu osobistego. Człowiek opętany według mojej metafizyki, to człowiek wykazujący rozmyślną złą wolę. Zaburzenia psychiczne nie mają tu nic do rzeczy, a jeśli już, to uwalniają od winy z racji niepoczytalności. Egzorcyści łamią ZZWW, usiłując stworzyć dowód na istnienie Szatana, chętnie rozgłaszają sensacyjne świadectwa, efektem jest reakcja Zasady Zachowania Wolnej Woli, która sprawia, że egzorcyści gremialnie zapadają na paranoję indukowaną, która jest ich chorobą zawodową, dobrym przykładem jest tutaj ks. Natanek. Z tym człowiekiem wypada się jednak zgodzić, gdy mówi o nieuctwie kościelnej hierarchii. Ludzie, których on z litości przepuszczał na egzaminach, teraz chcą go osądzać jako kościelni eksperci…

M.D.: Osobiście znam głównego egzorcystę Kościoła Katolickiego na diecezję opolską. Zawsze mówił, że przez lata posługi nie spotkał się osobiście z przypadkiem opętania, ale uznaje, iż takowe się zdarzają w rozumieniu kościelnym, czyli - tu zacytuję: „W teologii chrześcijańskiej opętaniem określa się zawładnięcie ciałem osoby opętanej przez demona. Opętanie jest zniewoleniem wewnętrznym i najwyższą formą demonicznej ingerencji. Teolodzy rozróżniają przyczyny opętania na zawinione i niezawinione. Za zawinione uważają między innymi dobrowolne oddanie się diabłu, świętokradztwo, uprawianie magii, wróżbiarstwa. Do niezawinionych zaliczają z kolei padnięcie ofiarą przekleństwa, czarów, a także opętanie dopuszczone, jako doświadczenie Boże”. Co Ty na to?

K.T.L: Z Wikipedii: „Opętanie to jeden z rodzajów odmiennych stanów świadomości. Jako forma wyrazu zaburzenia psychicznego traktowane jest jako zaburzenie transowe i opętaniowe i od 1994 uznawane jest za chorobę”. To się leczy farmakologicznie. Psychiatrzy skarżą się, że egzorcyści przez swoje praktyki pogarszają stan pacjentów i odwlekają rozpoczęcie prawdziwej terapii. Specyficzną cechę egzorcyzmów jest stresowanie pacjenta i tak już rozchwianego emocjonalnie. Drażnienie wariata zawsze kończy się malowniczo… Natomiast Kościół Katolicki upowszechnia zwykłą ciemnotę i zabobony. Cytowany przez ciebie fragment jest herezją wobec teologii katolickiej, gdyż KK już dawno temu uznał, że czarów nie ma, nie działają. A teraz nagle można paść ofiarą czarów?! Ta organizacja kolejny raz przeczy sama sobie. Trzeba bronić światopoglądu naukowego przed naporem obskurantyzmu! Jak zaś można bezkonfliktowo łączyć metafizykę z rzeczywistością materialną, jak te światy mogą się sensownie przenikać, pokazałem w „Anioły muszą odejść”.

M.D.: „Czyny twórcze wynikają z wiary, która jest wobec nich pierwotna, ale mogą ją też inspirować. Ta religia jest prawdziwsza, która jest bardziej twórcza”. To zdanie z twojej teorii metafizycznej. Zakładasz, że każdy akt twórczy wynika z wiary?

K.T.L.: Tak.

M.D.: Jaka to wiara? Jeśli dobrze rozumiem to według Ciebie każdy artysta to osoba religijna?

K.T.L.: Tak, choć czasem bywa jedynym wyznawcą swojej własnej religii…

M.D.:Czy czyn twórczy jest równoznaczny z aktem sztuki?

K.T.L.: Akt to czyn. Twórczość to sztuka. Pytasz mnie, czy masło jest maślane? Jest. Tylko, co z tego? (śmiech)

M.D.: Odpowiedź na to pytanie, to już temat na kolejną rozmowę, a tymczasem dziękuję za poświęcony czas.

K.T.L.: Dziękuję za rozmowę.