Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (60) / 2006

Marek Parulski, Tomasz Białkowski,

NIE MA CZARNO-BIAŁYCH ROZWIĄZAŃ

A A A
Z Tomaszem Białkowskim rozmawia Marek Parulski
Marek Parulski: „Pogrzeby” to Twoja druga, po „Dłużyznach”, powieść, a trzecia książka w ogóle, uwzględniając debiutancki zbiór opowiadań „Leze”. Jak objawia się w Twoim przypadku „syndrom drugiej” w sferze tematycznej, stylistycznej oraz samej metodzie pracy nad tekstem?

Tomasz Białkowski: Nie chciałem napisać kolejnej książki o sfrustrowanych trzydziestolatkach, którzy pokończyli studia, nie dojrzeli do trwałych związków, nie mają pracy, więc wyjeżdżają zagranicę, no i – co jest już regułą – czują się oszukani przez system. Takich książek jest obecnie dość dużo, a literatura przecież to nie jest zajęcie stadne. Prawdziwa opowieść, co zawsze powtarzam, zaczyna się w momencie pozbycia się wstydu. Nie chodzi tu o tani ekshibicjonizm, ale o umiejętność zajrzenia pod powierzchnię, zmazania pozorów, by zbliżyć się choć trochę do tego, co w środku. Temat nie może być efektem panującej mody. Zresztą gdyby tak traktować pisanie, to byłoby to tylko śmieszne. Piszę o tym, co wydaje mi się ważne, co gdzieś tam mnie uwiera, nie daje spokoju, domaga się zwerbalizowania. Podziwiam Edwarda Redlińskiego – za umiejętność zaskakiwania każdą książką. Jego kolejne powieści to nie tylko nowe tematy, ale i zupełnie nowa forma. Staram się nie obracać ciągle w tym samym kręgu. Stąd każda z książek różni się i stylistycznie, i tematycznie. „Leze” zaliczono do nurtu prozy zaangażowanej, o „Dłużyznach” mówiono, że śledzę bliskie odsłony zła. W „Pogrzebach” chciałem pokazać dwie strony medalu z napisem MIT: jako coś, co zniewala, ogranicza, ale jednocześnie daje ważny punkt zaczepienia, w jakimś sensie ocala.

M.P.: Rola mediów, wszystkich, nie wyłączając czasopism kulturalno-literackich, wydaje się dziś polegać wyłącznie na odsyłaniu książki donikąd, w ramach ogólnej histerii promocji. Używając języka Baudrillarda, można powiedzieć, że książka „znika” w samym akcie promocji, niezależnie od skali odbioru. Dzieje się tak, ponieważ książka stała się jednym z elementów ogólnej maszynki do mielenia mięsa, która to tak naprawdę awansowała do rangi głównego bohatera naszych czasów. Mamy do czynienia z dwoma zjawiskami: książka słabo promowana „nie pojawia się” w przestrzeni publicznej, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ta promowana ponad miarę natomiast „znika”, w nowoczesnym z kolei sensie tego określenia. Widzisz jakiś ratunek dla książki w sytuacji tego swoistego „podwójnego Nelsona”?

T.B.: Pisarz w tej machinie jest coraz częściej tylko trybikiem. Książka stała się towarem, tego nie musimy sobie jakoś szczególnie wyjaśniać. Musi się sprzedać, a popyt napędza reklama i różne ładne etykiety, że np. „na taką książkę od dawna czekaliśmy” albo „jest to pierwsza książka o...” Coraz bardziej widać też powrót do centralizacji. Wystarczy przejść się po EMPiKu, bestsellerami zostają wyłącznie książki z wielkich wydawnictw, wyeksponowane w sposób specjalny są także książki z wielkich wydawnictw itd. Ale nie chodzi przecież o użalanie się nad zmianą statusu książki. Niepokojące jest coś innego. Krytycznoliteracka łatwość nadawania wspomnianych etykiet temu, co niekoniecznie jest tak odkrywcze i nowe. Wytwarzanie więc faktów pozornych. Pewnego rodzaju wygodnictwo w namaszczaniu etykietą, w myśl zasady: po co szukać, jeśli coś jest akurat pod ręką.

M.P.: Pewien znany reżyser filmowy starszego pokolenia narzekał w kontekście jednego ze swoich bardziej głośnych filmów na brak „mitycznego” dystansu do czasu aktualnego, trudności z wytworzeniem sobie ogólnej wizji, „obrazu”, bohatera jednostkowego i zbiorowego. Osadzając swoje „Pogrzeby” w czasach PRL-u, pierwszej „Solidarności”, stanu wojennego, okresu, który nastąpił później, nie narzekałeś czasem na charakteryzujący zawsze przełom stuleci nadmiar dystansu? Jakie klucze zainteresowania tutaj zadziałały?

T.B.: To zabawne. Ty mówisz o zagrożeniu brakiem dystansu, a krytycy ubolewają, że ta najnowsza historia, to, co nie tak dawno było naszą teraźnieszością, nie jest zagospodarowane literacko. Na pewno w przypadku tematów zahaczających o historię najnowszą łatwo wejść na przysłowiową minę. Za to przecież są krytykowani niektórzy autorzy z popularnej serii „Z żurawiem”. Tyle że ja – taką mam nadzieję – unikam taniego opierania się na historii. Może inaczej, sygnały dotyczące autentycznych wydarzeń są dla mnie pretekstem do pokazywania człowieka, do zbudowania jego historii. I właśnie człowiek na pograniczu prywatnego i publicznego wydał mi się bardzo ciekawy. Zauważ, że solidarnościowy mit nie wychodzi tutaj od głównego bohatera, on jest nim karmiony od dzieciństwa, naturalnym więc się staje, że w niego wierzy. Polityka jest tutaj bardziej szeregiem mało racjonalnych gestów niż zamierzonych, planowanych działań. Dlatego zdecydowałem się na zasygnalizowaną w tytule formę przypowieści. Mój bohater to pokolenie, które historię konsumuję za pośrednictwem opowieści rodzinnej. Bezpośrednio jej nie doświadcza. Od polityki trzyma się z daleka. Zresztą to syndrom naszych czasów. Polityka coraz mniej nas interesuje. Że brzmi to jak herezja, bo wszyscy przecież o polityce gadają? Tak, gadają, ale dociera do nich papka tylko, polityczne show, większości ludzi nie chce wnikać w ewolucyjny charakter politycznych procesów. Chętniej posługują się utartymi schematami. Podpierają się nie tyle polityką, co różnymi hasłami wywoławczymi. Przykład z nie tak dalekiej przeszłości. Debata między Wałęsą a Jaruzelskim, późne godziny nocne. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, rozmowę emitowano by w godzinach największej oglądalności. Dzisiaj okolice północy to pora najbardziej odpowiednia, tak samo odpowiednia, jak dla programów o książkach zresztą. Polityka jest zawsze pod ręką, to fakt, ale jednocześnie jest permanentnie bagatelizowana.

M.P.: W radykalnym ujęciu mówi się, że nie było przełomu – było przepoczwarzenie. Oba stanowiska łatwo przechwytywane są przez aktualny dyskurs polityczny. Jak unikasz tego szacha, czy może raczej – jak go pokazujesz; przenosząc go może na poziom narodowej dramy (?), farsy (?)?

T.B.: Nic nie dzieje się ot tak, w jednej chwili, wraz z nastaniem jakiejś daty. W „Pogrzebach” chciałem pokazać, że nie ma czarno-białych rozwiązań, że w życiu jest bardzo dużo szarości, ale pomieszanie dobrego i złego wcale nie dyskwalifikuje. Pomnikowość nadaje się jedynie na pierwsze strony gazet. W rzeczywistości życie bywa chyba bardziej skomplikowane i tego doświadczają bohaterowie powieści. Walka o ojczyznę miesza się z całkiem wygodnym „ustawieniem się” na całe życie, zdrada z miłością, patos ze śmiesznością, a pod podszewką porządnego i ułożonego życia tkwią różne małe i większe grzeszki. Przełom nie spowodował wcale oczywistego dla niektórych podziału – lewica jest zła, prawica jest dobra. Po jednej i po drugiej stronie są osoby szlachetne i najzwyklejsze szuje. Przynależność do jakiejkolwiek opcji politycznej nie daje na kredyt godnego człowieczeństwa.

M.P.: Przejdźmy na teren bardziej literacki. Odwołując się do znanej formuły Dariusza Nowackiego, gdzie w „Pogrzebach” odnajdziemy „błogosławiony cudzysłów”? Jest nim niewątpliwie od czasu do czasu bardzo literacki, „inteligencki” język głównego bohatera, wywołujący ciekawe rykoszety w zrytualizowanym językowo, myślowo i duchowo świecie tradycyjnej kultury. Są inne? Jeśli chodzi o ten, który wskazałem, mój zarzut: zaznaczasz go zbyt łagodną i krótką kreską.

T.B.: Robię to świadomie. Zbytnie nagromadzenie tego, co ów cudzysłów by tworzyło spowodowałoby efekt groteskowy, a postępowanie bohatera bywa zabawne, bywa naiwne, ale to także walka o rzeczy dla niego najistotniejsze. Jest zatem śmiesznie, ale śmiech dość często przysłaniać ma łzy. Zresztą świat ulega tu znacznemu przewartościowaniu poprzez zderzenie dwóch pierwszych części z tą ostatnią, jak ją nazywam „właściwą”. Bohater nie opowiada nam jedynie historii o pokręconych zasadach polskiej rzeczywistości. Jego opowieść można wynieść z zestawu typowo polskich gestów w świat człowieka zagubionego pomiędzy oczekiwaniami społeczeństwa a jego własnym chceniem. Bo jednym z konfliktów doświadczanych przez bohatera jest konieczność poddania się pewnemu regulaminowi ogółu i podporządkowania jemu życia prywatnego. Zapętlenie pomiędzy tymi dwoma światami okazuje się nierozerwalne, stąd taka łatwość poddawania się temu, co za mit można uznać.

M.P.: Jest obecny w Twojej metodzie i tonie Twojej książki rodzaj „etycznej melancholii”, jakiejś odpowiedzi na sparafrazowaną przez Przemysława Czaplińskiego formułę Nałkowskiej – „swoi swoim” zgotowali ten los (działającej również w odniesieniu do kręgu solidarnościowego). Ciągle niemalże odnosi się u Ciebie wrażenie, że w każdym momencie Systemu można mu zaprzeczyć, „obalić” go poprzez odwołanie się do płaszczyzny osobowej, gdzie relacja „kat-ofiara” ulega anihilacji. Zawieszając ową płaszczyznę System czyniłby nas marionetkami własnego dramatu. Mógłbyś potwierdzić tę obserwację?

T.B.: Na pewno można pójść w tym kierunku. Przecież w „Pogrzebach” dochodzi nie tylko do zderzenia tego, co oczekiwane, wymarzone z tym, co niechciane, skrywane, ale też do postawienia naprzeciw siebie mitu rodzinnego z mitem o szerszym wymiarze społecznym. Oszustwo, które ma tutaj miejsce, nie wynika ze zmowy czy spisku – bohaterowie sami chcą żyć w złudzeniu, świat nieprawdziwy okazuje się ocaleniem od rzeczywistości, to w nim można znaleźć jakiekolwiek oparcie. Losy bohaterów książki pokazują, jak łatwo może zmienić się perspektywa widzenia niektórych spraw. Widać to szczególnie wyraźnie, gdy bohater odkrywa, że prawdziwego bohatera rodziny trzeba szukać gdzie indziej. Nim sobie jednak to uświadomi, bardzo długo się broni przed upadkiem swojego prywatnego pomnika. Może więc chodzi tu bardziej o przyzwyczajenie, o bezpieczne rozdanie ról. Sam system wydaje się mniej groźny od ludzi, którzy uzurpują sobie prawo do działań w imię systemu. To wtedy dopiero mają miejsce prywatne dramaty i to wtedy tak naprawdę dzieje się historia.

M.P.: Konkurencja nie śpi. Janusz Anderman wydał ostatnio „Cały czas”. Cieszy Cię renesans tematu?

T.B.: Chyba bardziej smuci, bo to że temat się pojawia w jednej czy drugiej książce, jeszcze nie znaczy, że zacznie się na ten temat rozmawiać. Czytałem, że planowana jest ekranizacja książki Andermana. Ciekawe, czy ten, kto będzie robił ten film, skupi się bardziej na łóżkowych kontaktach bohatera, bo to będzie bardziej medialne, czy może zaakcentuje historię narodu zbudowanego na jednostkach, za którymi stoi oszustwo, cwaniactwo, asekuranctwo. Zresztą trudno tu mówić o konkurencji. Gdyby pisanie traktować jako wyścig, to chyba niewiele by z tego było. Kiedy człowiek pisze, zawsze jest sam ze sobą, nie myśli o innych w kategoriach uczestnictwa w konkursie. Przyglądając się fabule Mistrza Andermana widać podobny temat, ale stosunek do mitu w obu książkach jest zupełnie różny. U Andermana punkt wyjścia to sytuacja, kiedy bohater wie, że za chwilę umrze i przed oczami przesuwają mu się obrazy z całego życia. U mnie bohater nie staje wobec ostateczności, choć doświadcza śmierci cywilnej, musi nauczyć się z tym żyć. Bohater w „Całym czasie” sam tworzy swój mit, pielęgnuje go, jest cwaniakiem, który tworząc mit pilnuje, aby wszystkie szczegóły się zgadzały, żongluje mitem, traktuje mit instrumentalnie. Mit ma mu przynosić określone profity. W „Pogrzebach” bohater marzy, by mieć mit, bo szuka czegoś, co byłoby oparciem, co niosłoby ocalenie. Poddaje się mitowi, ulega mu, chce trwać w jego cieple. W przeciwieństwie do książki Andermana mity w „Pogrzebach” nie są efektem konsekwentnego łgania, są raczej elementem prywatnej historii, są ważnymi szczegółami biografii rodzinnej i stanowią synonim bliskości i wolności. Mój bohater nie zna historii, bo ona go ominęła. Widzi świat dzięki temu, co do niego docierało w mocno poszatkowanej narracji mediów. Stąd mit pozwala mocniej stanąć na ziemi, złudzenie umożliwia próbę racjonalności.

M.P.: Dziękuję za rozmowę.
Patronat nad „Pogrzebami”, nową książką Tomasza Białkowskiego, objął m.in. serwis „artPapier”.