Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (60) / 2006

Anna Katarzyna Dycha,

MYSLOVITZ

A A A
„Happiness is easy”. EMI Music Poland, 2006.
Albumem „Happiness is easy” Myslovitz powraca do wielce zgrabnych melodii i udanych piosenek. Tym samym daleko mu do ostatniego krążka „Skalary, mieczyki, neonki. Improwizacje”, na którym znalazł się materiał zarejestrowany podczas sesji nagraniowej do krążka „Korova Milky Bar”, bezprzebojowego, ledwie z czterema utworami piosenkowymi (w ścisłym tego słowa znaczeniu – z tekstem). Przypomina raczej płyty „Korova Milky Bar” i „Miłość w czasach popkultury” – pełne radiowych hitów, za którymi szalała krytyka i publika. Podobnie melodyjna, momentami nawet popowa. Nie od dziś wiadomo, że Myslovitz w takiej stylistyce świetnie się czuje.

Zaczyna się ni mniej, ni więcej britpopowo. Ironiczny kawałek „Fikcja jest modna” z powodzeniem mógłby wykonywać niemodny już zespół Oasis. „Mieć czy być” promujące płytę również mocno mnie zaskoczyło swoją lekkością (choć tekst głęboki). Brzmią one jednak zaskakująco dobrze, doskonale komponując się z pozostałym zestawem piosenek. Właśnie – piosenek. Tak z powodzeniem nazwać można większość utworów. Silny, rockowy „Spacer w bokserskich rękawicach” z niesamowicie słodką melodią tekstowo nawiązuje do „Acidland” i nadaje się na kolejnego singla. W „Kilku uściskach kilka snów” ciekawie brzmią klawisze, w „Nocnym pociągiem aż do końca świata” – przetworzone gitary, „Ty i ja i wszystko co mamy” – marszowa perkusja, a w „Znów wszystko poszło nie tak” – urzekające dzwonki. Wszystkie łatwo wpadają w ucho, a ich składne dźwięki czasami aż drażnią. Wgryzają się w umysł i niełatwo się ich pozbyć. Płyta uspokaja się nieco w „Gadających głowach 80-06” i w „Książę życia umiera” (choć i tym utworom melodii nie brakuje). Pierwszy, z przejmująco śpiewanym refrenem: „I co byś chciał? Kim jesteś teraz powiedz mi? I co byś chciał? A co tu najważniejsze jest?”, wydaje się być wariacją na temat „wandachowskiej” Generacji Nic, natomiast drugi, który zupełnie mnie nie przekonał, z zacinającą się końcówką rodem jakby z winylowej płyty, ociera się o country. Nie bez powodu też w podziękowaniach umieszczonych na płycie znalazła się Kaśka Nosowska. We fragmencie „Złe mi się śni” Rojek naśladuje jej lirykę i wokalną manierę, a muzycy zespół Hey.

Mamy też kilku prawdziwych gości. Głos Marii Peszek ozdabia transowy, leniwy „W deszczu maleńkich żółtych kwiatów”. Maciek Cieślak ze Ścianki udziela się nie tylko wokalnie, chwyta też za gitarę i klawisze. Natomiast Krzysiek Ostrowski wykonał projekt graficzny płyty kompletnie nieprzystający ani do okładek Cool Kids of Death, ani tym bardziej do jego komiksowych dokonań (dla porównania polecam drugą część płyty „3maj z nami”). Teksty najczęściej penetrują dobrze znane z poprzednich produkcji grupy obszary poszukiwań sensu życia, szczęścia i wartości własnego istnienia („Gadające głowy 80-06”, „Mieć czy być”, „Spacer w bokserskich rękawicach”, „Ty i ja i wszystko co mamy”). Czasem zawierają bliskie banału rady jak przeżyć realne życie w skomputeryzowanym świecie („Nocnym pociągiem na koniec świata”) lub krytykę konsumpcjonizmu („Fikcja jest modna”), a czasem bezpośrednio nawiązują do rzeczywistych wydarzeń („Ściąć wysokie drzewa” do tragedii w Biesłanie). Sporo tu też przestróg przed narkotykowym i alkoholowym uzależnieniem m.in. w utworach „Spacer w bokserskich rękawicach”, „Nocnym pociągiem aż do końca świata”, „Książę życia umiera”. Generalnie nic nowego.

Myslovitz to jednak pierwsza muzyczna liga. Słychać, że zagraniczne koncerty zachęciły ich do poszukiwania „nowego”. Kombinują z aranżacjami, dorzucają sporo elektroniki, interesujących loopów i nowych instrumentów. A jednak chciałoby się czegoś więcej. Chciałoby się jakiegoś brudu, tym bardziej że współproducentem albumu jest Maciek Cieślak – mistrz muzycznego bałaganu w najlepszym tego słowa znaczeniu (dobry przykład na ostatniej płycie Ścianki). W zamykającej płytę „Czytance dla niegrzecznych” (kojarzy mi się z Lenny Valentino) po elektronicznym początku następuje wybuch gitar, perkusji i wokalu. I to by było na tyle. Reszta jest tu „zaprogramowana”, wyprodukowana perfekcyjnie i brzmi doskonale. Żadnych zgrzytów ani potknięć, które mogłyby wywołać dreszczyk emocji. Ale nie ma co narzekać. Dostaliśmy dużą porcję dobrej, polskiej muzyki na równym, europejskim, ba, nie boję się użyć tego określenia, światowym poziomie.