Wydanie bieżące

1 listopada 21 (189) / 2011

Natalia Gruenpeter,

DUŻE DZIECI

A A A
Choć druga edycja American Film Festival jeszcze się nie rozpoczęła, miłośnicy kina amerykańskiego mogli wczuć się w festiwalową atmosferę podczas specjalnego pokazu filmu „Jack Goes Boating” w reżyserii Philipa Seymoura Hoffmana. Zorganizowana we Wrocławiu projekcja filmu, połączona ze spotkaniem z Romanem Gutkiem oraz Urszulą Śniegowską, selekcjonerką, była krótką rozgrzewką przed AFF, który startuje 15 listopada. Film Hoffmana zapowiadany był jako jeden z przebojów zbliżającej się edycji festiwalu.

Wydaje się, że najważniejszą przyczyną zainteresowania, jakim cieszy się „Jack Goes Boating”, jest podwójna funkcja jednego z najzdolniejszych amerykańskich aktorów, który tym razem stanął po obu stronach kamery – zagrał tytułową postać i zadebiutował jako reżyser. Amerykański krytyk Roger Ebert napisał, że próżność z pewnością nie jest jednym z grzechów Hoffmana. To samo można powiedzieć o jego reżyserskim debiucie. „Jack Goes Boating” jest dziełem niezwykle skromnym, stonowanym, kameralnym, zrealizowanym z dala od hollywoodzkiego blasku. Dystans ten ma także znaczenie dosłowne. Akcja filmu rozgrywa się bowiem w Nowym Jorku, który – choć nie jest może zbyt silnie wyeksponowanym, autonomicznym „bohaterem” dzieła – tworzy atmosferę miejsca zimnego i nieprzyjaznego.

Głównymi postaciami są tytułowy Jack (Phillip Seymour Hoffman), samotny mężczyzna, oraz para jego przyjaciół Clyde (John Ortiz) i Lucy (Daphne Rubin-Vega), małżeństwo z dosyć długim stażem. Do tej niewielkiej grupy dołącza Connie (Amy Ryan), współpracownica Lucy, która wydaje się osobą balansującą na granicy neurotyzmu, samotną i nieszczęśliwą, ale także pasującą do wycofanego, nieśmiałego Jacka. Spotkanie tej pary będzie początkiem słodko-gorzkiej historii miłosnej.

Krótkie streszczenie fabuły filmu może być jednak mylące, nasuwa bowiem wrażenie, że „Jack Goes Boating” to romantyczna komedia rozgrywająca się w mieście, w którym możliwe jest wszystko – nawet odnalezienie „drugiej połówki” wśród ponad ośmiu milionów nowojorczyków. Tymczasem już pierwsze ujęcia kwestionują romantyczny wizerunek Nowego Jorku. Bohaterowie filmu pracują jako kierowcy w niewielkiej firmie prowadzonej przez wuja Jacka. Siedzibą przedsiębiorstwa jest pusty plac, na którym stoi prowizoryczna budowla przypominająca wielką przyczepę albo przerobiony wagon kolejowy. W oddali widać Empire State Building, filmowy symbol romantycznej miłości, równie niedostępny jak pięciogwiazdkowe hotele i luksusowe sklepy, które kierowcy oglądają jedynie zza szyb limuzyn. Wyjątkowo niekorzystna jest finansowa sytuacja Jacka, który mieszka w piwnicy swojego wuja. Dopiero spotkanie Connie da mężczyźnie impuls do mniejszych i większych zmian w życiu.

„Jack Goes Boating” to opowieść o trzydziesto- lub czterdziestolatkach, którzy w pewnym momencie pogubili się i stracili poczucie celu. Dotyczy to w szczególności Jacka, przypominającego nieporadne, naiwne dziecko, widzące w parze swoich przyjaciół kogoś w rodzaju opiekunów. Okazuje się jednak, że nawet ludzie, którzy powinni być stabilni emocjonalnie, potrafią zachowywać się jak niedojrzałe dzieci.

Wbrew pierwszym skojarzeniom z wzorcami gatunkowymi komedii romantycznej, najważniejszym i najciekawszym wątkiem nie jest wcale uczucie rodzące się między Jackiem a Connie, ale historia przyjaźni dwóch mężczyzn. W tym duecie wyróżnia się oczywiście Philip Seymour Hoffman, który przyzwyczaił widzów do tego, że każda jego kreacja zasługuje na uwagę. Nie jest to jednak gwiazdorski blask, ale efekt doskonałego warsztatu połączonego z pokorą wobec zadania aktorskiego. Laureat Oscara z równą powagą traktuje wymagające role pierwszoplanowe, jak i kreacje drugoplanowe i epizodyczne. Z powodzeniem wciela się w postaci zblazowanych intelektualistów, bezwzględnych złoczyńców, samotnych wrażliwców czy charyzmatycznych zuchwalców. Sprzymierzeńcem w tego typu aktorstwie jest wygląd zewnętrzny aktora, tak daleki od hollywoodzkiego ideału ciała gładkiego, szczupłego i wysportowanego. W „Jack Goes Boating” wszystkie fizyczne niedoskonałości bohatera, takie jak nadwaga, niedoskonała cera czy niedbale skręcone dredy, podkreślane są przez liczne zbliżenia. Hoffman-reżyser bywa wobec Hoffmana-aktora surowy, ale nigdy okrutny.

Postać stworzona przez Johna Ortiza jest niemal zupełnym przeciwieństwem Jacka. Clyde to osoba ekspresyjna, ciepła i otwarta, a przy tym atrakcyjna fizycznie. Cechy te nie uchroniły go jednak przed problemami małżeńskimi, podobnie jak deklarowana wprost miłość do przyjaciela nie powstrzymała go od rozdrapywania starych ran i uczynienia Jacka świadkiem tego bolesnego przedstawienia. Doskonałe role Hoffmana i Ortiza uświadamiają, jak niewiele jest w kinie czułych i subtelnych portretów męskiej przyjaźni, tworzonych poza konwencjami filmu wojennego, westernu czy współczesnych komedii, w których miarą sympatii wydaje się morze wypitego wspólnie alkoholu i szczerość w kwestii seksualnych podbojów (bądź ich braku). Oczywiście więź Jacka i Clyde’a ma w sobie także coś z relacji ucznia i mistrza czy nawet dziecka i ojca, co w pewnym momencie skomplikuje opowiadaną historię.

Stopniowo odkrywane przed widzem zawiłości uczuciowe prowadzą do tragikomicznego punktu kulminacyjnego, w którym odrobina alkoholu wymieszana z narkotykami i tłumionymi od dawna emocjami stworzy mieszankę wybuchową. Scena przyjęcia rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni, która staje się w pewnym momencie równie duszna i trudna do zniesienia, jak napięcie pomiędzy bohaterami. Hoffman zręcznie przechodzi od błogich chwil spokoju do gwałtownych wybuchów gniewu. Kamera znajduje się niepokojąco blisko aktorów i rejestruje intymną sytuację, wprowadzając w nią jednocześnie widza, który – podobnie jak sami bohaterowie – chciałby, żeby pewne słowa nigdy nie zostały wypowiedziane, ponieważ wyznaczają punkt, z którego nie ma już powrotu.

Scena zorganizowanego dla Connie przyjęcia jest dramaturgicznym majstersztykiem i ujawnia teatralny rodowód filmu. „Jack Goes Boating” jest bowiem adaptacją sztuki Roberta Glaudiniego, który pracował także nad scenariuszem filmu. Warto wspomnieć, że sztuka wystawiana na deskach nowojorskiego LAByrinth Theater Company w 2007 roku miała niemal taką samą obsadę. Nową osobą w filmie jest jedynie Amy Ryan, co zresztą mogło nadać akcji właściwą dynamikę, ponieważ jej bohaterka także wkracza w krąg ludzi, którzy dobrze się już znają. Zażyłość pozostałych aktorów w tym świetle wypada na ekranie bardzo przekonująco.

Choć film Hoffmana spotkał się z raczej przychylnymi recenzjami, niektórzy krytycy zarzucali mu brak spójności. Stephanie Zacharek z serwisu „Movieline” pisała, że niezbyt głęboka refleksja o niestałości ludzkich relacji zamknięta jest tu w niezwykle przemyślanej, wystudiowanej formie, która tylko z pozoru przypomina improwizowany, niedbały styl. A.O. Scott z magazynu „New York Times” wskazywał z kolei na rozdźwięk pomiędzy postaciami z krwi i kości, takimi jak Clyde i Lucy, oraz osobami, które poruszają się w sferze wyobrażeń o „prawdziwym życiu”, takimi jak Jack i Connie.

Rzeczywiście, „Jack Goes Boating” ma w sobie jakąś kruchość i słabość, celowo obnażoną wrażliwość. Być może najlepiej opisuje go soundtrack, na którym rozbrzmiewają utwory zespołów Fleet Foxes, Grizzly Bear, DeVotchKa czy Goldfrapp. Doskonała symbioza obrazów i dźwięków przypomina trochę przypadek filmu „Drive” Nicolasa Windinga Refna. O ile jednak przebojowa ścieżka tego ostatniego filmu przywołuje poetykę larger than life, o tyle muzyka z „Jack Goes Boating” odpowiada bezpretensjonalnej, ciepłej, nieco ekscentrycznej opowieści o ludziach, którzy po prostu chcą być szczęśliwi i tęsknią za wiosną.
„Jack Goes Boating”. Reż.: Philip Seymour Hoffman. Scen.: Robert Glaudini. Obsada: Philip Seymour Hoffman, Amy Ryan, John Ortiz, Daphne Rubin-Vega. Gatunek: komediodramat. Produkcja: USA 2010, 89 min.