ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (189) / 2011

Krzysztof Ociepa,

ŚLĄSK PONURY I BEZ PERSPEKTYW

A A A
Filmowa passa Śląska trwa w najlepsze. Od kilku lat reżyserzy z uwielbieniem prezentują hałdy, odrapane familoki, opuszczone budynki po hutach i kopalniach, a przede wszystkim pokazują Ślązaków. Poprzemysłowy krajobraz jest niezwykle filmowy i pięknie komponuje się w kadrze. Portrety ludzi nie są już tak porywające. Filmowy Ślązak to zazwyczaj loser niepotrafiący odnaleźć się w rzeczywistości, która nastała po 1989 roku. Kiedyś pracował w hucie albo kopalni i zarabiał całkiem spore pieniądze. Jednak huty i kopalnie zlikwidowano i trzeba było szukać nowego zajęcia, co dla Ślązaka, jeśli wierzyć filmom, jest zadaniem z rodzaju mission impossible. Jedyne, co potrafi robić, to wydobywać węgiel i hodować gołębie.

Można się zżymać na taką diagnozę, ale jest w niej dużo prawdy. Praca w kopalni była zajęciem przekazywanym z pokolenia na pokolenie i górnikom często nie mieściło się w głowie, że mogliby w inny sposób zarabiać nażycie. Co za tym idzie, nie widzieli potrzeby nauki zawodu, który mógłby zapewnić im miękkie lądowanie w rzeczywistości bez kopalń i hut. Na Śląsku kopalnia była czymś więcej niż miejscem pracy. Bycie górnikiem wiązało się z szeregiem przywilejów, a sam zawód cieszył się dużym szacunkiem. Górnik był głową rodziny i najczęściej jej jedynym żywicielem – jego zarobki pozwalały żonie skupić się na prowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci. Sytuacja się jednak zmieniła, a nie wszyscy potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

„Ewa” Adama Sikory i Ingmara Villqista jest filmem potwierdzającym dosyć powszechny pogląd o Śląsku jako miejscu zamieszkiwanym przez ludzi przegranych. Tytułowa bohaterka (Barbara Lubos-Święs) jest żoną górnika Erwina (Andrzej Mastalerz) i matką dwójki dzieci. Na co dzień opiekuje się domem. Erwin do niedawna pracował w kopalni, ale zakład zamknięto. Jego próby związane z poszukiwaniem nowej posady są w najlepszym wypadku nieporadne. Wizyta w urzędzie pracy pokazuje tylko bezsilność bohatera. Nawet na proste pytanie o ukończone kursy zawodowe Erwin nie potrafi znaleźć sensownej odpowiedzi. Miła urzędniczka prosi więc o wypełnienie stosownego formularza i każe cierpliwie czekać. My zaś wiemy, że urzędniczka ta (mimo że miła) ma serdecznie dość bezrobotnych górników, którzy czekają, aż ktoś im znajdzie pracę.

Myliłby się jednak ten, kto chciałby widzieć w filmie oskarżenie bezdusznego aparatu urzędniczego. To raczej Erwin swoją nieporadnością wzbudza irytację widza. Kopalni już dawno nie ma, ale nie oznacza to, że Erwin przestał być górnikiem – cały czas wydobywa węgiel z biedaszybów. Ma w sobie hardość i dumę z uprawianego kiedyś zawodu, chociaż obecnie jest to tylko balast nie pozwalający mu się odnaleźć w nowych realiach. Brakuje mu za to poczucia, że sam powinien coś z sobą zrobić. Pomimo krytycznego spojrzenia na życie, w gruncie rzeczy jest typowym przykładem człowieka, za którego decyzje podejmowali inni. Do tej pory to zakład pracy organizował mu całe życie, nic więc dziwnego, że teraz wszystko poszło w rozsypkę. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma też szacunku ze strony otoczenia.

Na głowie postawiona została dotychczasowa hierarchia: z powodu braku widoków na pracę dla męża, Ewa decyduje się podjąć próbę zarobkowania. Oczywiście nie ma żadnych kwalifikacji, więc praca jest najprostsza z możliwych – sprzątanie u bogatej pani Moniki (Anna Guzik) – właścicielki klubu nocnego. Szybko okazuje się, że lata spędzone na prowadzeniu domu uczyniły z Ewy mistrzynię w swoim fachu. Monika docenia jej pracę i proponuje pracę sprzątaczki w swoim klubie. Sama kiedyś uciekła z familoków, więc doskonale rozumie sytuację Ewy. Tylko że jej „opieka” nad Ewą nie wynika z chęci pomocy i zrozumienia. Monika zapłaciła wysoką cenę za swój „sukces”. Z długiej „życiowej przemowy”, jaką wygłasza do Ewy, jednoznacznie wynika, że swoją karierę zaczynała od bycia dziewczyną do towarzystwa. Nic dziwnego, że próbuje za wszelką cenę utrzymać się w przekonaniu, że było warto. Ewa ze swoją prostolinijnością i silnym przywiązaniem do rodziny stanowi dla niej wyzwanie. Zmuszając ją do pracy w najstarszym zawodzie świata, Monika chce w gruncie rzeczy sama sobie udowodnić, że droga, którą wybrała, była słuszna i że z ponurych familoków nie można ot, tak sobie, wyjść, ani trochę się przy tym nie brudząc.

Sytuacja, w jaką wrzucili bohaterkę twórcy filmu, może się wydawać nieco fałszywa. Jakby brakowało tu trochę umiaru i zdrowego rozsądku. Jakby Ewa nie mogła po prostu zrezygnować z pracy, która niszczy jej rodzinę. Bohaterka jest dużo bardziej zaradna i przedsiębiorcza niż jej mąż, ale – tak jak on – jest osobą pozbawioną własnej woli. Godzi się na swój los bez słowa sprzeciwu. Postaci w filmie Sikory i Villqista nie tyle działają, co są przesuwane z miejsca na miejsce przez kogoś, kto ma więcej siły oraz sprytu i wie, do czego może je wykorzystać.

Historia przedstawiona w „Ewie” nie jest czymś wyjątkowym. Prostytucja wśród żon byłych górników była często jedynym sposobem na utrzymanie rodziny. Twórcy w wiarygodny sposób rysują społeczne tło opowieści i jest to niewątpliwie mocny punkt filmu. Fabułę budują, wychodząc od obserwacji codziennego życia zwykłej śląskiej rodziny. Nie jest to temat sam w sobie pasjonujący, ale twórcy potrafią ze zwykłego zmagania się z rzeczywistością wywieść obraz interesujący i przykuwający uwagę. Codzienne rozmowy małżonków, wspólna wyprawa na karaoke (ulubiona rozrywka), imprezy na ogródkach działkowych ze znajomymi – rzeczywistość przaśna i ponura, ale jednocześnie interesująca. Duża w tym zasługa odtwórców głównych ról, na czele z Barbarą Lubos-Święs. Śląscy aktorzy występujący w filmie – Robert Talarczyk, Grażyna Bułka czy Anna Guzik – nadają „Ewie” walor autentyczności.

Pewnym problemem jest fabularna konstrukcja, w której daje się wyczuć teatralną proweniencję filmu. Przemiana Ewy z zahukanej gospodyni domowej w rozwiązłą pracownicę klubu nocnego nie wypada zbyt wiarygodnie. Twórcy prowadzą widzów od jednego momentu w życiu bohaterów do następnego, przy czym pomijają owe stany „pomiędzy”, które pozwalają nakreślić wiarygodny rys psychologiczny postaci. Ewa dzisiaj sprząta mieszkanie, jutro pracuje jako barmanka w klubie nocnym, a pojutrze w tym samym klubie świadczy usługi seksualne. Wspomniany już brak własnej woli u bohaterów może w jakiś sposób tłumaczyć taką konstrukcję. W ich życiu coś zaczyna się dziać dopiero w momencie, kiedy ktoś w nie wkracza. Sami nie podejmują żadnych działań mających na celu zmianę swojej sytuacji życiowej. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że niektóre sceny wstawione zostały do filmu na siłę, po to tylko, żeby podkreślić to, co dla widza i tak jest oczywiste. Erwin od początku jawi się jako człowiek słaby, pozbawiony pomysłu na życie, taki, którym łatwo manipulować. Twórcy filmu muszą jednak postawić kropkę nad „i”: Erwina odwiedza osobliwie groteskowa postać, oferująca mu lichwiarski kredyt. Bohater zachowuje się tak, jakby dopiero co się urodził i bierze od ręki pożyczkę z niezwykle wysokim oprocentowaniem. Takich scen jest więcej i świadczą one o pewnej bezradności twórców wobec psychologicznych niuansów. W jaki sposób Ewa przeżywa swój upadek? W gruncie rzeczy nie wiadomo, bo nie mówi na ten temat ani jednego słowa. A być może byłby to dobry punkt wyjścia dla ukazania dramatu sumienia. W filmie nie ma też mowy o religii, a przecież ludzie tacy jak Ewa i Erwin może i nie są szczególnie uduchowieni, ale religia na pewno odgrywa ważną rolę w ich życiu. Już w pierwszych scenach na ścianie ich sypialni widać obraz z Matką Boską. Wątek ten jednak w ogóle nie zostaje podjęty.

„Ewa” jest niewątpliwie filmem z aspiracjami. W zamierzeniu miał być dramatem społecznym z ambicjami psychologicznymi, tylko że przedstawiony w nim rysunek psychiki bohaterów jest niezwykle powierzchowny. Nie skreślałbym jednak tego filmu całkowicie. Ukazuje on ważny problem, jaki pojawił się na Śląsku w wyniku transformacji ustrojowej – problem wstydliwy i pomijany milczeniem. Dobrze, że ktoś zabrał w tej sprawie głos. Gorzej, że Śląsk znowu został pokazany jako straszna kraina beznadziejnych ludzi. Osobiście mam nadzieję, że następny film o Śląsku będzie opowieścią o chłopcu z familoka, który przezwycięża wszystkie przeszkody i staje się gwiazdą Hollywood. No cóż… Można pomarzyć.
„Ewa”. Scen. i reż.: Adam Sikora, Ingmar Villqist. Obsada: Barbara Lubos-Święs, Andrzej Mastalerz, Anna Guzik i in. Gatunek: dramat. Produkcja: Polska 2010, 108 min.