ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (189) / 2011

Bernadetta Darska, Daria Bruszewska,

O PRZYSZŁOŚĆ KRYMINAŁU JESTEM SPOKOJNA

A A A
Daria Bruszewska: W „Śledztwie i płci” poddajesz analizie blisko 150 powieści kryminalnych, których głównymi bohaterkami są kobiety. O wielu innych wspominasz. Mam jednak nieodparte wrażenie, że ilość materiału badawczego nie była dla Ciebie problemem. Jaki cel przyświecał Ci podczas pisania tego opracowania? Czy można traktować ją jako dowód w sprawie przeciwko ignorowaniu kryminałów przez środowiska akademickie? Udowadniasz w niej przecież, że o literaturze popularnej można (i trzeba!) pisać.

Bernadetta Darska: Z pewnością w taki sposób tę książkę można również odczytywać. Mam wrażenie, że każda publikacja w Polsce poświęcona kulturze popularnej jest rodzajem takiego dowodu w sprawie (śmiech). Nie da się ukryć, że nie tylko środowisko uniwersyteckie w przeważającej większości z lekceważeniem traktuje to, co ma etykietę „pop”, podobnie zachowuje się krytyka literacka, z zasady nie czytając i nie interesując się tego typu literaturą. Nietrudno się domyślić, że takiej postawy nie pochwalam. Jestem zdania, że zarówno naukowiec, jak i krytyk literacki, powinien być świadomy tego, co pasjonuje, co uwodzi, co przyciąga tzw. zwykłego czytelnika. Literatura popularna jest jednym z takich zjawisk – czytana przez wielu, omawiana przez nielicznych. Poza tym mocno krzywdzące jest wrzucanie wszystkiego do jednego worka. Owszem, powieści popularne bazują zwykle na schemacie, zdarza się jednak, że dochodzi do bardzo inteligentnej gry z owym schematem, a czytelnik ma do czynienia z dobrą powieścią popularną. Nie znika funkcja rozrywkowa czy relaksacyjna, ale pojawiają się też diagnozy dotyczące współczesnego społeczeństwa. Takim archiwum zmian zachodzących na przykład w relacjach między kobietami a mężczyznami, w wyznacznikach stereotypu „męskiego” zawodu a „kobiecych” obowiązków, czy po prostu rejestrem współczesnych lęków i problemów jest powieść kryminalna.

D.B.: Znaczna część autorów kryminałów, o których wspominasz w swoich szkicach, zrywa ze stereotypami kobiecości, do których przyzwyczajali nas twórcy powieści popularnych. Czy można w tym zabiegu odnajdywać jakiś postulat stawiany przez pisarzy? A może taka „nieschematyczność” wynika po prostu z tego, że powieści kryminalne powinno się postrzegać jako dzieła o aspiracjach do literatury z tzw. wyższej półki?

B.D.: Mam wrażenie, że stereotyp w przypadku powieści kryminalnej bardziej dotyczy pewnego sposobu działania lub potencjalnego wytypowania osoby, która zabija, niż bohatera czy bohaterki. Tak więc można by wymieniać długo nie tylko kobiety, odgrywające role główne, ale i mężczyzn w kontekście przełamywania stereotypów płciowych. Unikałabym sformułowania „postulat”, bo gdy mowa o pisaniu i postulowaniu jakoś ryzykownie to brzmi i kojarzy się z ideologią. Powiedziałabym raczej, że w powieści kryminalnej widać wrażliwe dokumentowanie zmian zachodzących w społeczeństwie. W swojej książce piszę akurat o kobietach-detektywkach, ale zmienia się przecież także model męskiego bohatera. Kryminał pokazuje więc, że każda przemiana niesie inną przemianę, że nie ma zjawisk lub procesów niepowiązanych z innymi, jedno uruchamia drugie. Kobiety łączą więc aktywność zawodową z próbą odnalezienia się w roli matki czy żony, mężczyźni coraz częściej nie boją się okazywać emocji i przyznają się do chorób, mordercy są nie tylko zagrożeniem dla społeczeństwa, ale i jego oskarżeniem – źródło Zła tkwi bowiem często w instytucjonalnym lub rodzinnym zaniechaniu. O tym, czy dana książka jest bardzo słabą powieścią, dobrą powieścią popularną, a może interesującą literaturą środka świadczy nie tylko konstrukcja głównego bohatera czy sposób budowania fabuły, ale też język, jakim posługuje się autor. Jestem zdania, że jedną z cenniejszych wartości literatury kryminalnej staje się jej wielowymiarowość – możliwość odczytywania na różne sposoby, czemu na pewno sprzyja rozbudowanie wątków powiązanych z życiem prywatnym bohaterów. Powieści Leonarda Padury to, oczywiście, kryminały, ale jednocześnie fascynujący portret przegranej męskości i wegetowania w kraju zniewolenia. Powieści Karin Alvtegen stają się intrygującymi analizami psychologicznymi, a książki Shulamit Lapid pokazują zmiany zachodzące w tradycyjnym społeczeństwie izraelskim. Trylogia Stiega Larssona to oskarżenie państwa, które zamiast gwarancji bezpieczeństwa i sprawiedliwości, jest zagrożeniem dla obywatela. Książki Denise Miny portretują społeczność zawiedzioną, w której króluje bezrobocie, mężczyźni nie potrafią sobie poradzić z nową dla nich sytuacją, a kobiety muszą wziąć odpowiedzialność za rodziny. Długo można by akcentować właśnie takie aspekty kryminalnych narracji, nie zbrodnię, ale to, co do niej prowadzi, lub to, co jest jej tłem.

D.B.: Nie wszystkim autorom udaje się jednak uniknąć uwikłania w stereotypy. Elina Wiik jest portretowana trochę stereotypowo – wspominasz o podkreślanej przez Kangera „kobiecej perspektywie” oraz wskazywanych przez pisarza przejawach „instynktu macierzyńskiego”. Czy jest to odosobniony przykład? W jednym z cytowanych przez Ciebie wywiadów Alicia Gimenez-Bartlett stwierdza, że jej bohaterka była odpowiedzią na znudzenie samej pisarki sposobem przedstawiania kobiet w kryminałach. Podobnie o genezie swojej postaci mówi Gaja Grzegorzewska.

B.D.: Myślę, że siłą kryminału z kobietą w roli głównej, tak jak i kryminału z męskim bohaterem, jest to, że czytelnik może wybierać. Zdecydowanie da się mówić o wielości i różnorodności postaci, co pozwala zdecydować się na taką postać, która danej osobie najbardziej odpowiada. Jeden czytelnik będzie szukał bohaterki, która eksponuje swoją kobiecość wyglądem czy stereotypowym zachowaniem, inny poszukiwać będzie takiej detektywki, która zaskoczy go swoją niekonwencjonalnością i zechce wejść w zachowania klasyfikowane stereotypowo jako męskie. Dla każdego coś dobrego, można by rzec (śmiech). Warto zaznaczyć, że przywołane przez Ciebie autorki, postulujące chęć zmiany w portretowaniu kobiet, grają dwoma wspomnianymi schematami. Petra Deliacado na przykład w jednej z odsłon serii otrzymuje przesyłki, w których są… penisy. W trakcie śledztwa nie waha się uderzyć bezpośrednio w męski lęk – odcina członek zmarłemu po to, by namówić przestępców do zeznań. Jednocześnie ma na swoim koncie epizod zauroczenia domowym zaciszem i potencjalną radością płynącą z macierzyństwa. Bohaterka cyklu Gimenez-Bartlett jest więc męska i kobieca zarazem. I właśnie to jest najciekawsze!

D.B.: W „Śledztwie i płci” zwracasz uwagę na to, że autorzy badanych przez Ciebie powieści bardzo często oddają głos tym, którzy zwykle są go pozbawieni – w kryminałach pojawiają się problemy, z którymi boryka się współczesny świat. Mariusz Czubaj pisze nawet, że „dla Skandynawów pisanie powieści kryminalnych jest bardzo często formą naprawiania świata”. Słuszne byłoby uznanie tych powieści za „społecznie zaangażowane”?

B.D.: W wielu przypadkach na pewno tak. Nie bez powodu przestępstwa, którymi zajmują się detektywki, bardzo często uderzają w grupy społeczne, których pozycja jest słabsza. Mam tu na myśli dzieci, kobiety czy chociażby imigrantów. Pojawiają się więc istotne problemy, z którymi zmagać się musi społeczeństwo: przemoc domowa, porwania, gwałty, handel żywym towarem, molestowanie seksualne, pedofilia czy kazirodztwo. Niejednokrotnie powracają wątki tabloidyzacji współczesnych mediów, rasizmu czy odradzania się faszyzmu. Jednocześnie bardzo wyraźnie widać instytucjonalną słabość państwa, które nie potrafi, a często nie chce pomóc najsłabszym. Bohaterki serii kryminalnych muszą więc nie tylko ratować ofiary, tropić przestępców, ale i walczyć z biurokracją, łatwością niedostrzegania oczywistości, upodobaniem do paragrafów, którego konsekwencją jest obojętność na los konkretnego człowieka. Choć przeciwstawiają się czasami niemalże całemu światu, symptomatyczne jest to, że nie stają się postaciami heroicznymi, odhumanizowanymi. Wręcz przeciwnie – okazują słabość, mają różnego rodzaju kłopotu, boją się. Towarzyszy im jednak przekonanie, że ze Złem trzeba walczyć, że od konieczności opowiedzenia się po właściwej stronie nie da się uciec, że odpowiedzialność za drugiego człowieka – nieco patetycznie rzecz ujmując – jest czymś niezbywalnym. Działanie bohaterek, ale oczywiście także i bohaterów kryminałów zamienia się często w przypominanie, co jest ważne i z czym nie powinniśmy się godzić. Jednocześnie, co trzeba zaznaczyć, postać mordercy też nie jest przedstawiana jednoznacznie. Przestępca nie okazuje się odczłowieczonym demonem z innego świata, usiłującym zburzyć nasz porządek, ale jest, metaforycznie mówiąc, jednym z nas. Kryminał pokazuje więc, że Zło bardzo często nie przychodzi z zewnątrz. Jest cały czas obok nas lub w nawet w nas. Morderca przestaje być Innym, Obcym, okazuje się częścią tego samego społeczeństwa, do którego i my przynależymy.

D.B.: W pierwszym tomie zajmujesz się kobietami, których zawód powoduje potrzebę (albo konieczność) zajmowania się wyjaśnianiem zagadek kryminalnych. Drugą część „Śledztwa i płci” poświęcasz tym bohaterkom, których profesja nie obliguje ich do takich poczynań. I właśnie ten tom zawiera szkic o kobiecie, która wydaje się postacią rewolucyjną w przestrzeni powieści kryminalnych. Mam tu na myśli Lisbeth Salander, a więc bohaterkę „Millenium”. Czy łączy ją coś ze wspominanymi przez Barbarę Limanowską bohaterkami masowej wyobraźni – z Larą Croft czy Czarną Mambą z „Kill Billa”?

B.D.: Oczywiście, trudno się nie zgodzić z Barbarą Limanowską, gdy porównuje Salander do wspomnianych przez Ciebie postaci masowej wyobraźni. Jednocześnie trzeba by stwierdzić, że Lisbeth też stała się kobietą-symbolem. Jest zwiastunem nowego, jeśli chodzi o portretowanie kobiet w popkulturze, jest też bohaterką umocowaną bardzo mocno w ideach anarchistycznych, kontestujących instytucjonalne ograniczenia, lewicowych. Stanowi z jednej strony dorosłe wcielenie Pippi Längstrump, o czym wspomina sam Larsson, z drugiej zaś aktywnie działającą ofiarę i, by odwołać się do znanego literackiego toposu, wariatkę, która schodzi ze strychu. Zauważmy, że Salander przeciwstawia się siłom, w stosunku do których nie ma żadnych szans. A jednak udaje jej się odnieść zwycięstwo. To krzepi i daje nadzieję, a że czytelnik jej kibicuje, tym bardziej radosny jest to sukces. Lara Croft czy Czarna Mamba są odhumanizowane. Lisbeth Salander, choć posiada umiejętność niemalże nadludzkie, pozostaje człowiekiem. Bohaterka jest socjopatką, a jednak pokazuje nam także inną twarz – kiedyś była niewinnym dzieckiem, kiedyś była młodą kobietą budującą swoje życie, to doznana przemoc ją ukształtowała. Pamiętajmy, że bohaterka doświadczyła jej w sposób totalny – zawodzi ją ojciec, zawodzi ją kurator, zawodzi ją policja, lekarze i prawnicy. Choć Lisbeth nie miałaby szans zaistnieć w rzeczywistości, czytelnik chciałby wierzyć, że zemsta za taką zdradę jest możliwa. Postać Salander stanowi więc ucieleśnienie czytelniczych marzeń o możliwości zmieniania świata na lepszy i karania tych, którzy dopuścili się Zła.

D.B.: W Twojej książce dominują postaci wykreowane przez autorów obcojęzycznych. Czy polscy autorzy rezygnują z kobiet – detektywek? A może ich nieobecność (poza kilkoma wyjątkami) w „Śledztwie i płci” wynika z faktu, że rodzimi pisarze nie są skłonni tworzyć kontynuacji swoich książek – przedmiotem Twoich zainteresowań były przecież cykle powieści?

B.D.: W drugim tomie omawiam twórczość Gai Grzegorzewskiej, jednej z ciekawszych, według mnie, polskich autorek kryminałów. Krakowska pisarka stworzyła intrygującą, mocną, wyrazistą bohaterkę, której śledztwa zwykle są powiązane z dość skomplikowanym życiem erotycznym. Co ciekawe, pisarka ucieka od romantycznego wzorca. Julia Dobrowolska, tak nazywa się bohaterka, funkcjonuje w nietypowym trójkącie z dwoma mężczyznami, jest atrakcyjna, ale ma na twarzy widoczną bliznę, jest inteligentna i uwielbia markowe ciuchy. Postać ta łamie kilka istotnych stereotypów – pokazuje chociażby, że podział na kobiety mądre i kobiety piękne nie ma nic wspólnego z rzeczywistością oraz że kobieta może pragnąć seksu, a nie miłości. Wśród amatorek piszę także o Ewie Zakrzewskiej z kryminalnego cyklu autorstwa Katarzyny Rygiel. W pierwszym tomie opisuję policjantkę Annę Hwierut z serii Izabeli Szolc. Dla stworzenia opowieści o kobietach zajmujących się śledztwem starałam się wybrać te bohaterki, które są najbardziej reprezentatywne dla pewnego modelu zachowań. Mamy tu więc na przykład detektywki z kręgu kultury skandynawskiej, z Rosji, z Hiszpanii, ze Szkocji, ze Stanów Zjednoczonych czy z Izraela. Ich literackie życiorysy są tak naprawdę opowieścią o miejscu, z którego się wywodzą, o instytucjach, z którymi są powiązane, o modelu rodziny, który próbują realizować, i o zmianach, które zachodzą w społeczeństwie w różnych częściach świata. Kryminał polski zajmuje więc w tej historii w naturalny sposób mniej miejsca. Nie ukrywam też, że bardziej rozbudowane i zróżnicowane portrety detektywek proponują autorzy obcojęzyczni. Poza tym opisywana przez mnie postać, jak wspomniałaś, musiała być bohaterką serii. Zależało mi na pokazaniu ewolucji postaci, skupienie się na jednej książce wikłałoby mnie w pewną statyczność, a tego chciałam uniknąć. W Polsce nie ma wielu serii z kobietami w rolach głównych, choć oczywiście te, które opisałam nie są jedynymi. Dużą popularnością cieszy się na przykład twórczość Olgi Rudnickiej, Ireny Matuszkiewicz czy duetu Gacek & Szczepańska. W ich powieściach zagadka kryminalna zostaje potraktowana w humorystyczny sposób.

D.B.: Jak oceniasz rynek powieści kryminalnej w Polsce? Przykład bestsellerowych powieści Marka Krajewskiego pokazuje, że gatunek ten cieszy się chyba dużą popularnością? Czy możemy być spokojni o przyszłość kryminału?

B.D.: Niewątpliwie mamy teraz do czynienia z boomem na kryminały. I oby trwał jak najdłużej (śmiech). Wiele interesujących postaci prowadzących śledztwa jeszcze nie poznaliśmy, mam tu na myśli tłumaczenia, tak więc ta przygoda literacka może jeszcze długo trwać. Zresztą, jak to bywa w przypadku literatury, nigdy nie jest ona zamknięta. Boom ten widać nie tylko w czytelniczych wyborach – coraz więcej osób przyznaje się do czytania kryminałów i czeka na przykład na kolejne odsłony ulubionego cyklu, ale także w działaniach wydawnictw – większość proponuje swoim odbiorcom kryminalne serie. Te najpopularniejsze mają już renomę, np. Mroczna Seria W.A.B., Seria ze Strachem wydawnictwa Czarne, seria Klub Srebrnego Klucza wydawnictwa Zysk i S-ka czy Czarna Seria wydawnictwa Czarna Owca. Gdańskie wydawnictwo Oficynka specjalizuje się w publikowaniu kryminałów. Międzynarodowy sukces Marka Krajewskiego to dowód na to, że postać detektywa i miejsce, w którym ów detektyw działa, może mieć także walor promocyjny. Nie bez powodu mówi się o oglądaniu Wrocławia oczami Eberharda Mocka. Fenomen ten nie jest obcy wielu pisarzom kryminałów. Najbardziej znane są chyba wycieczki śladami bohaterów trylogii „Millenium” Stiega Larssona. O przyszłość kryminału jestem spokojna. Dopóki jest w stanie nas zaskakiwać, dopóki fabularyzuje nasze lęki i pragnienia, dopóki jest odpowiedzią na nadzieję, że Dobro czasami jest w stanie pokonać Zło, będzie czytany. Myślę, że najważniejsze jest zachowanie równowagi – nie można tylko eksperymentować, trzeba zachować pewien gatunkowy schemat, musi być on jednak naznaczony indywidualnym rysem. Detektyw czy detektywka reprezentuje społeczeństwo, warto o tym pamiętać. To bohaterowi prowadzącemu śledztwo kibicujemy, bo w pewnym sensie występuje on w naszym imieniu. Siła kryminału tkwi więc w bohaterze, ale i w zbrodni, z którą musi się on zmagać. Nawet więc kryminał historyczny może opowiadać o współczesności…

D.B.: Kryminał, a więc gatunek, którego grupą docelową, przynajmniej teoretycznie, wcale nie muszą być tylko kobiety, okazuje się często nośnikiem większej ilości ciekawych portretów kobiet niż powieści adresowane właśnie do płci piękniejszej. Czy autorzy popularnych powieści kobiecych podążą (a może już podążają?) tropem twórców kryminałów?

B.D.: Powiedziałabym nawet, że kryminał stereotypowo kojarzony jest raczej z mężczyznami. To oni są tym wyobrażonym w schemacie gatunkowym odbiorcą tego typu powieści. Sfeminizowanie kryminału zarówno za sprawą piszących kobiet, jak i kobiet-bohaterek, z pewnością ma wpływ na rozmycie tego stereotypu. Nie znaczy to jednak wcale, że powieść kryminalna staje się „kobieca”, przy czym używam tego określenia także jako nośnika pewnych oczywistych uproszczeń: banalnej treści, skoncentrowania się na emocjach, łagodzenia napięć, oczywistego happy endu. Nie znaczy też, że bohaterki są „męskie”. Powiedziałabym raczej, że są niejednoznaczne i nieprzewidywalne, że są indywidualistkami, że w ich kreacjach realizuje się często nowy model kobiety – tej współczesnej, która ma odwagę decydować o swojej karierze zawodowej i chce sama kształtować swoją prywatność. By udowodnić, jak mylne jest założenie o „kobiecym” charakterze kryminałów, wystarczy przywołać kilka nazwisk. Szkocka autorka Val McDermid nie tylko opisuje pracę damsko-męskiego duetu, policjantki i psychologa-profilera, ale znana jest przede wszystkim z tego, że zbrodnie, które portretuje, są wyjątkowo brutalne, okrutne i dosadnie odtworzone. Denise Mina, pisarka z tego samego kręgu kulturowego, powołuje do życia dziennikarkę. Przyglądamy się rozwojowi jej kariery – od gońca do felietonistki i wielokrotnie jesteśmy świadkami z jednej strony posługiwania się wulgarnym językiem, z drugiej zdecydowanie antyromantycznego pojmowania związku z mężczyzną. Wspominana już w naszej rozmowie Lisbeth Salander jest chyba najlepszym przykładem tego, jak zaskakująca może być kobieca bohaterka. Czy twórcy popularnej powieści kobiecej podążą tropem autorów kryminałów? Nie sądzę. W literaturze kobiecej stereotyp ma się bardzo dobrze. Owszem, zdarzają się wyjątki, jednak pewien fabularny schemat jest powtarzany nadzwyczaj często: mamy więc kobietę nieszczęśliwą (jest samotna lub mężczyzna ją porzucił), mamy potem kobietę pokrzepioną nadzieją (powoli otrząsa się po stracie i postanawia żyć dalej) i mamy wreszcie kobietę pocieszoną (pojawia się nowy mężczyzna, który tym razem na pewno nie zawiedzie). W powieściach kryminalnych jest zdecydowanie więcej inwencji twórczej i gwarantowanego zaskoczenia. Zdarzają się dobre powieści kobiece, ale dobrych kryminałów jest zdecydowanie więcej i więcej dzieje się też z tym gatunkiem – zmienia się bohater, zmieniają się przestępstwa, zmienia się morderca. Powieść kryminalna szybciej reaguje na zmiany zachodzące w społeczeństwie. W popularnej powieści kobiecej, oczywiście, też to się dzieje, ale rzadziej i w mniej odważny sposób. Chyba najlepsze byłoby po prostu odczarowanie epitetów „męski” i „kobiecy” – zyskałaby na tym i powieść kryminalna, i powieść kobieca.

D.B.: W swoich badaniach, konsekwentnie, dużo uwagi poświęcasz kobietom w przestrzeni literackiej i medialnej. „Czas Fem” i „Głosy kobiet” opowiadały o prasie feministycznej i tejże tematyce w innych czasopismach. Czy jako obserwatorka literatury popularnej dostrzegasz jakieś przemiany albo nowe tendencje w portretowaniu kobiet?

B.D.: To, że tak wiele kobiet staje się głównymi bohaterkami powieści kryminalnych, jest już czymś nowym i wartym uwagi, co staram się udowodnić w książce. Myślę, że warto przyglądać się literaturze popularnej i tropić te motywy, które przełamują schemat łatwej i niemalże bezmyślnej lektury. Gatunki zwykle opatrzone etykietą „pop” mają coraz więcej do zaproponowania. Powieść kobieca dość mocno trzyma się ulubionego schematu Kopciuszka czekającego na Księcia, ale i tutaj zdarzają się propozycje ciekawe. O kryminale już mówiłam, ale trzeba też wspomnieć o fantasy czy o powieściach o wampirach. „Ostatnie lato” Catrin Collier to przykład tego, że powieść kobieca może mierzyć się z całkiem poważnymi problemami i może próbować oswajać czytelnika z tym, co trudne i skomplikowane w historii. „Gra o tron” George’a R.R. Martina jest dowodem na to, że świat wyobrażony może być fascynującą opowieścią o władzy i o wynikających z niej pragnieniach – tych dobrych i tych złych. Cykl o kelnerce Sookie Stackhause, która słyszy myśli innych ludzi, autorstwa Charlaine Harris, czy seria Patricii Briggs z Mercedes Thompson, która jest zmiennokształtną i pracuje jako mechanik samochodowy, w roli głównej, udowadniają, że historie opowiadające o Innych stanowią próbę oswojenia społeczeństwa z grupami stygmatyzowanymi – homoseksualistami, czarnoskórymi czy Indianami. Tak czytane powieści popularne pokazują nowe i, jestem o tym przekonana, intrygujące oblicze.

D.B.: Bardzo dziękuję za rozmowę.
Dwutygodnik "artPapier" objął patronat medialny nad książką Bernadetty Darskiej. Fot. Janusz Pająk.