Wydanie bieżące

15 listopada 22 (190) / 2011

Marek Doskocz, Izabela Fietkiewicz-Paszek,

COŚ TRZYMAŁO MNIE ZA METAFIZYCZNY NADGARSTEK

A A A
Marek Doskocz: Dlaczego akurat poezja?

Izabela Fietkiewicz-Paszek: Najprawdopodobniej dlatego, że pod każdym względem – intelektualnie, emocjonalnie, egzystencjalnie – najlepiej się w niej mieszczę. Dotąd nie znalazłam dla tej mojej spółki ścisłego umysłu i rozwichrzonych emocji równie pojemnej formy wyrazu. I choć piszę również teksty piosenek, felietony czy omówienia książek, to i tak najpełniej wypowiadam się między wierszami.

M.D.: Debiutowałaś w 2006 roku tomem „W pociągu”. Następnie pięć lat przerwy i nagle jeden po drugim ukazały się Twoje dwie nowe książki poetyckie. Skąd ten pośpiech?

I.F-P.: „W pociągu” to piękna przygoda – Bogdan Zdanowicz przy pomocy kilku poetów skupionych wokół portalu poezja.org złożył z moich wierszy tomik, o którym dowiedziałam się jako ostatnia – na krakowskim zlocie poetyckim. Niespodzianka była wielka, miła i brzemienna w skutki, ponieważ od tamtej chwili zaczęłam dopuszczać myśl, że z tymi literackimi próbami mogę robić coś więcej, niż tylko wklejać na fora. Ale „W pociągu” to książka spoza formalnego obiegu, z adnotacją „wydana bez wiedzy i zgody autorki”, książka, której historia sprowadziła się do kilkudziesięcioegzemplarzowego żywota w domach moich znajomych. Potrzebowałam kilku lat, by zdecydować się na świadomy debiut. Wiesz, gdybym zaczęła pisać jako nastolatka, pewnie szybciej uznałabym, że czas „się wydać”, ale na wiersz zachorowałam po trzydziestce. Wtedy nie ufa się już tak z biegu swoim talentom. Włącza się tryb perfekcjonizmu, a na ramieniu siada taki jeden, który cały czas wlewa w ucho wątpliwości. Zanim więc zdecydowałam się na debiut książkowy, kazałam moim wierszom sprawdzać się w różny sposób, przede wszystkim „wpuszczając” je na łamy gazet literackich. O odcięcie pępowiny, która łączy autora z wierszami, ergo: o pomoc redakcyjną, poprosiłam Joannę Mueller-Liczner. I skończyło się to, jak wiesz, „Portretem niesymetrycznym” (październik 2010). A czemu „Próby wyjścia” już pół roku później? To coś, czego tak naprawdę nawet nie próbuję zrozumieć i co ma dla mnie samej lekko enigmatyczny posmak. Sonety-ekfrazy powstały w jakimś obłędnym tempie. Ta książka po prostu się napisała. Niech sobie brzmi pretensjonalnie, co tam: coś mnie trzymało za metafizyczny nadgarstek.

M.D.: Skąd czerpiesz inspiracje. Co na co dzień czytasz?

I.F-P.: Wiesz, z lekturami jest podobnie jak z muzyką. Aktualnie np. w aucie jeździ ze mną muzyka żydowsko-bałkańska, trochę Kultu, Kalimba z pięknymi tekstami Karola Samsela, składanka Chóru Aleksandrowa, cała dyskografia Renaty Przemyk, jedna z płyt szwedzkiej grupy Imperiet i Tańce Węgierskie Brahmsa. Absolutny wielogłos, prawda? Z jakimś wewnętrznym (jak przypuszczam) kodem, którego dotąd nie rozszyfrowałam. Tak samo jest z czytaniem. Od Marqueza czy Iwaszkiewicza, przez Kinga czy Gombrowicza, po drodze z Woolf czy Krajewskim, po Irvinga czy Chutnik. Trudno, jak widzisz, o czytelny (nomen omen) klucz. A jeśli pytasz o inspiracje poetyckie, to odpowiedź będzie równie „konkretna”. Daję się ponosić w różne strony. Co pewien czas chorobliwie „zapadam na jakiegoś poetę” na dłużej, a wtedy odgradzam się od świata kompletem jego tomików.

M.D.: Obecnie kto jest takim autorem?

I.F-P: Pisałam niedawno esej o jednym z wierszy Jerzego Suchanka, wróciłam przy tej okazji intensywnie do tomu „Ku”. Jednocześnie ostatnio (znów) nie rozstaję się z poezją Tomasza Różyckiego. A ponieważ czytam właśnie biografię Czesława Miłosza pióra Andrzeja Franaszka – przeczuwam i ten powrót.

M.D.: Czym się zajmujesz w życiu poza pisaniem?

I.F-P.: Zawodowo – uczę języka niemieckiego w szkole średniej. Prywatnie – skupiam się na moim synu. Jeśli chodzi o poezję – odpoczywamy od siebie. To reset konieczny dla higieny umysłu, ale i dla jakości pisania. Przypuszczam, że pewnego dnia znów pojawi się niespodziewanie – jak w przypadku sonetów – impuls, który otworzy nowy paradygmat, zaowocuje czymś, czego dziś się nie spodziewam. Nie poganiam wierszy. Poza tym? Regularnie piszę recenzje do „Migotań”, „sZAFy” i „Salonu Literackiego”, incydentalnie też do innych czasopism. Przede wszystkim jednak jestem pochłonięta działalnością w Stowarzyszeniu Promocji Sztuki Łyżka Mleka – organizujemy spotkania autorskie, imprezy poetyckie, koncerty. W listopadzie zamykamy pierwszy rok działalności Ogólnopolskim Festiwalem Poetyckim im. Wandy Karczewskiej. To wielkie wyzwanie i sprawdzian naszej wydolności organizacyjnej. Poza podsumowaniem łyżkowego sezonu – będą wieczory autorskie, koncerty, turniej poetycki, publikacja festiwalowa, a także coś, co mnie szczególnie cieszy i zajmuje: zaczynamy proces przywracania pamięci o Wandzie Karczewskiej, wielkiej pisarce, o której istnieniu dziś mało kto wie. Za 2 lata przypada 100. rocznica urodzin Wandy, do tego czasu zrobimy wszystko, co możliwe i niemożliwe, by jej twórczość na nowo zaistniała. Marzy nam się porządna monografia i reedycja kolejnych książek. Jestem przekonana, że w ciągu kilku lat uda się przywrócić godne miejsce jej pisarstwu w powszechnej świadomości. A warto. Naprawdę.

M.D.: Przedstaw pokrótce osobę Wandy Karczewskiej, skoro już o niej wspomniałaś.

I.F-P.: Urodziła się w Wieliczce, ale dzieciństwo i młodość spędziła w Kaliszu, dlatego akcję wielu powieści, jak i tematykę wierszy, osadziła właśnie w tym mieście, co dla mnie – Kaliszanki – było punktem zaczepienia. Ale fascynacja Karczewską przyszła już bez związku z lokalnym patriotyzmem. To głębokie, zanurzone w metafizyce, wielowymiarowe, ciekawe językowo, absolutnie osobne pisanie. Pisanie pełne tragizmu wyrosłego z traumy wojennej: matka i brat Karczewskiej zginęli w Auschwitz, ponieważ odmówili wydania Wandy gestapowcom – poczucie winy za ich śmierć towarzyszyło jej do końca i wyznaczało trajektorię twórczą. Była poetką, powieściopisarką, autorką książek dla dzieci, publicystką, zajmowała się też krytyką teatralną i tłumaczeniami. Doceniana za życia (jej powieści były wielokrotnie wznawiane; otrzymały kilka prestiżowych nagród) i kompletnie zapomniana po śmierci. To już wiesz, czemu się tak upieramy, żeby wykorzystać energię naszego stowarzyszenia do tego „wskrzeszenia”.

M.D.: Kto był pomysłodawcą Stowarzyszenia Promocji Sztuki Łyżka Mleka?

I.F-P.: Razem z moją przyjaciółką, Anetą Kolańczyk, dumałyśmy od pewnego czasu, jak wykorzystać lokalnie nasze literackie przyjaźnie. Zaprosić kogoś, zorganizować wieczór, turniej, koncert itd. Ale prywatne osoby nie mają wielu możliwości, wobec tego zaraziłyśmy pomysłem stowarzyszenia znajomych, niekoniecznie nawet równie zainfekowanych literaturą jak my, po prostu tych, którym „się chce”. Dalej poszło samo. Założyliśmy Łyżkę Mleka, napisaliśmy kilka projektów, pozyskaliśmy ciekawych partnerów (np. zamek w Gołuchowie czy Centrum Kultury i Sztuki). I to działa. Się okazało.

M.D.: Możesz zdradzić, kto wystąpi na festiwalu? Macie jakieś asy w rękawie, które zaskoczą uczestników?

I.F-P.: Piątek (18 XI) poświęcamy w całości patronce festiwalu – będzie spektakl na podstawie jej wierszy, przygotowany przez Włodka Garsztkę, znakomitego twórcę i reżysera tutejszego „Teatru na Widoku”. Później rozmowa krytyków (Kazimierza Rinka, Karola Samsela i Leszka Żulińskiego – przed kilkoma miesiącami skutecznie wciągnęliśmy ich w tę naszą awanturę o kryptonimie „Wanda”) oraz spotkanie z Lucyną Skompską i Bożeną Szal-Truszkowską, które były wiele lat zaprzyjaźnione z Karczewską. Sobota zacznie się Turniejem Jednego Wiersza (poza finansowymi nagrodami wręczymy zwycięzcy statuetkę im. W. Karczewskiej). Później planujemy prezentacje 13 poetów (m.in. Sławka Płatka, Doroty Ryst, Mirki Szychowiak), których gościliśmy w ubiegłym sezonie. Prezentacje będą przeplatane moimi piosenkami w wykonaniu Patrycji Kliber i Jurka Szukalskiego. I na koniec dwa wieczory autorskie – Leszka Żulińskiego i Karola Samsela. Wieczór Karola będzie połączony z koncertem krakowskiej grupy Kalimba. To tak w skrócie, rzecz jasna.

M.D.: Wracając do Twojej twórczości – ostatnio ukazał się zbiór sonetów „Próby Wyjścia”. Piękny zbiór poetycki z towarzyszącymi obrazami Beksińskiego, Kahlo, Chagalla czy Bosha. Co zadecydowało akurat o takim wyborze prac?

I.F-P.: Zaczęło się od sonetów, które miały być przewrotnym dialogiem z ekfrazami Stanisława Grochowiaka – „pobawiłam” się (tak naprawdę: złożyłam hołd mistrzowi) jego widzeniem „Lekcji anatomii” Rembrandta, „Piety” Belliniego i wierszem „Polowanie na cietrzewie”, który wprawdzie nie jest ekfrazą, ale podążyłam tropem głosów (m.in. Elżbiety Zarych w posłowiu do wyboru wierszy Grochowiaka), że inspiracja mogła przyjść ze strony „Wymarszu strzelców” Rembrandta. „Odbiłam” niejako swoje sonety od wierszy Grochowiaka, tworząc rzecz jasna za każdym razem nowy poetycki żywot dla światów wywiedzionych z tych obrazów. Eksperyment pociągnęłam dalej, sięgając po dzieła, które od zawsze meblowały moją wyobraźnię – mianowicie po prace Zdzisława Beksińskiego. Nie jestem znawcą malarstwa, raczej niedzielnym miłośnikiem, ale oczywiście mam swoją top-listę i kolejne sonety odzwierciedliły te (zazwyczaj wieloletnie) sympatie. Książka musiała się zamknąć, nie można tej galerii w nieskończoność rozbudowywać, dlatego brakło wielu prac, które są dla mnie ważne, m.in. obrazów Salvadora Dali, Jacka Malczewskiego, Gustawa Klimta, Paula Cezanne’a czy Edvarda Muncha. Pierwszą część zbioru stanowią ekfrazy w ścisłym sensie, druga – to sonety, do których swoje prace dobrał Jarek Wójcik, polski malarz od wielu lat żyjący w Australii. To spotkanie było niezwykłym doświadczeniem, skontaktował nas mój wydawca i okazało się, że oboje ułożyliśmy teksty i obrazy w niemal identycznych sekwencjach. Zresztą znasz książkę, wiesz, jak spójne są te zestawienia; mam czasem poczucie, że jednak pisałam do jego obrazów. A może on malował do moich wierszy?

M.D.: A może tworzyliście dla siebie?

I.F-P.: Unikam górnego C, ale tym razem nie mogę się nie podzielić przypuszczeniem, że podziało się coś poza (ponad?) nami. Szczególnie obrazy dopełniające tryptyk „kołobrzeski”, w którym opisuję wypadek mojego syna, są w takiej harmonii z tekstem, że trudno uwierzyć w ich pierwotną osobność.

M.D.: Czym jest dla Ciebie malarstwo? W którym momencie łączy się ze słowem pisanym?

I.F-P.: Jak mówiłam, wśród obrazów poruszam się bez szczególnego znawstwa, co nie znaczy, że są one obojętne dla mojej wrażliwości i wyobraźni. Odbieram je intuicyjnie – i niektórym daję się ponieść, czasem na tyle, że kończy się to wierszem. Ekfraza, tak jak ją rozumiem i jak ją zrealizowałam w „Próbach wyjścia”, ma być raczej dyskursem o dziele niż jego opisem, raczej dialogiem z nim niż relacją, raczej transgresją niż interpretacją – dobrze też, jeśli jest spotkaniem na wielu poziomach artystycznej wrażliwości, wtedy ta korespondencja poety z obrazem prowadzi w nowe światy, nie ogranicza się do ich powielania. Jeśli obraz zaczepia moją wyobraźnię, szarpie ją w jakiś sposób, staje się trampoliną, od której się odbijam i dalej przemieszczam już swoim torem. Tym sposobem – np. obrazy Beksińskiego dały asumpt dla rozważań filozoficznych, a Chagalla dla refleksji nad losem narodu żydowskiego. Ostatni sonet (jedyny wiersz tworzący osobną, trzecią część książki), ekfraza pisana do szkła artystycznego, jest dobrym przykładem, na jaką odległość można odpłynąć wierszem od źródła jego inspiracji.

M.D.: Skąd ostatnio taka popularność wykorzystywania ekfrazy? Pisania o dziełach, dialogowaniu z nimi?

I.F-P.: Nie wiem, czy ostatnio. Chyba nie. W katalogu polskich wierszy o malarstwie Anety Grodeckiej jest sporo ponad 300 tytułów. Pokusa „gadania wierszem do obrazu” rodzi się w dość naturalny sposób – poetę prowokują różne zjawiska, fakty, stany, emocje i elementy otoczenia, czasem będzie to śmierć bliskiej osoby, a czasem strzęp ogłoszenia na słupie. A obraz, jako wyraz czyjejś „artystycznej obróbki świata”, to podwójna pokusa: daje szansę zarówno na interpretowanie (a szerzej: przeinterpretowanie, nadinterpretowanie etc.) dzieła, jak i na zupełnie nową kreację posiłkującą się jedynie światem zatrzymanym na płótnie.

M.D.: Dlaczego akurat sonety? Jesteś zwolenniczką porządku w poezji? Sonet to bardzo kunsztowna forma poetycka.

I.F-P.: Jestem tzw. umysłem ścisłym, do tego odkryłam w sobie naturalną łatwość rymowania, dlatego po drodze mi z sonetem. Poza tym odpowiada mi właściwy dla sonetu bieg myśli: na spokojnie poopisywać, poopowiadać o „zastanym” w tetrastychach, po to, by w tercynach wywrócić wszystko na lewą stronę, naddać treści i ostatecznie fiknąć jakiegoś – jak się uda to zręcznego – semantycznego kozła w puencie. A tak na marginesie, moja pierwsza książka jest w całości złożona z „poetyckiej bielizny” i chyba tak naprawdę silniej utożsamiam się właśnie z białym wierszem.

M.D.: Kiedy możemy się spodziewać kolejnego tomu Twoich wierszy?

I.F-P.: Odpoczywam od oratio vincta, co nie znaczy, że nie wściekam się raz po raz na stan poetyckiej hibernacji. Dojrzewam też powoli do zmierzenia się z prozą, od dawna znosi mnie w jej kierunku. Przeczuwam, że zaowocuje to romansem z nowymi formami, może z opowiadaniem? W każdym razie: czegokolwiek bym nie napisała, odczekam z kolejną książką co najmniej rok, może dłużej. Niech te już wydane pobuszują trochę wśród czytelników.
Fot. Paweł Madaj.