Wydanie bieżące

15 listopada 22 (190) / 2011

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

Z DZIEJÓW BIEDY, NAIWNOŚCI I DESPERACJI

A A A
Najnowsza książka znanego reportażysty Martina Pollacka wciąga niczym kryminał, choć pozornie nagromadzenie dat, liczb, faktów powinno nużyć. „Cesarza Ameryki” czyta się wspaniale, zapomniane losy ubogich galicyjskich chłopów, żydowskich rzemieślników zostały przywrócone pamięci współczesnych. Suche wiadomości historyczne o nędzy panującej na terenach cesarstwa austro-węgierskiego, poszukiwaniach lepszego losu za oceanem zyskały nazwiska konkretnych ludzi: Mendla Becka, Mihalyego Popovica. Bohaterowie ci, wyciągnięci z akt sądowych czy list pasażerów, nie mają wprawdzie twarzy, lecz otrzymali drugie, literackie życie. Choć przymiotnik literacki nie jest może najlepszy, chodzi wszak o istniejących realnie ludzi, którzy dla władz stanowili ciemną masę, mięso armatnie. W literaturze polskiej ich przedstawicielem jest Piotr Niewiadomski, bohater „Soli ziemi” Józefa Wittlina, chłop z Huculszczyzny podstępem wcielony do wojska.

Książka Pollacka kończy się tam gdzie, zaczyna powieść Witllina, czyli wybuchem pierwszej wojny oznaczającej erozję świata, który zyskał dobrotliwe oblicze Franciszka Józefa. Cesarstwo austro-węgierskie, a raczej indolencja jego urzędników, ich korupcja, jest jednym ze smutnych wątków reportażu. Innym, ważnym tematem jest antysemityzm przejawiający się w tonie artykułów prasowych relacjonujących choćby procesy związane z handlem ludźmi, często kojarzonym właśnie z żydowskimi pośrednikami obiecującymi ubogim dziewczynom bardzo atrakcyjne posady lub szybkie małżeństwo i bajeczne życie zagranicą. Pomimo że powszechnie znano konsekwencje tego typu propozycji, pokusa łatwego zarobku była zbyt silna dla „delikatnego mięsa, bel jedwabiu”, jak nazywano owe nieszczęśnice, które świadomie lub nie zasilały kieszenie sprytnych rajfurów. Według przytaczanych przez autora ówczesnych szacunków, ich liczba oscylowała wokół dziesięciu tysięcy dziewczyn rocznie.

Czytając reportaże Pollacka, miałam w pamięci monumentalną pracę, którą wykonała Małgorzata Szejnert, przygotowując „Wyspę klucz” – historię Ellis Island, miejsca, w którym dokonywano selekcji, komu wolno będzie wejść do raju, czyli oficjalnie i legalnie przekroczyć ocean i osiąść w Stanach Zjednoczonych. Wiemy rzecz jasna z literatury, filmu, doświadczeń innych, że to kraj obciążony mitem raju, Ziemi Obiecanej, Eldorado, którego ulice wyłożone są złotem. Wydaje się, że nie uświadamiamy sobie desperacji całych pokoleń, które pragnęły zakosztować amerykańskiego snu. Upokarzające procedury związane z zejściem na stały ląd stanowiły pierwszą barierę na drodze do raju. Nasze, nieporównywalnie większe, możliwości zdobycia wykształcenia, pracy (z tym od kilku lat bywa gorzej) przysłaniają gorzką przeszłość i odsuwają w cień skok cywilizacyjny, który dokonał się w ostatnim wieku. Dzięki kwerendzie dokonanej przez Pollacka uświadamiamy sobie, jak szerokie warstwy społeczne były zepchnięte na margines i pozbawione szans na skromne a nie przepełnione nędzą życie.

W opowieści o rzeszach nędzarzy skuszonych perspektywą dobrze płatnej pracy pojawia się również milioner, który zrobił iście amerykańską karierę. Albert Ballin rozpoczął pracę jako szeregowy agent przedsiębiorstwa wysyłającego za Ocean – HAPAGu, szybko jednak przeskakiwał kolejne szczeble kariery, budując firmę i własną fortunę. Pieniądze pozwoliły mu na bliskie kontakty z pruskim dworem, koniec jego życia oznacza koniec prosperity przemysłu emigracyjnego. Chęć zysku rodziła patologię i sprzyjała wynaturzeniom. Włos jeży się na głowie, gdy czytamy, do jakich praktyk dochodziło przy okazji naboru pasażerów. Po pierwsze: trzeba było tych niepiśmiennych chłopów przekonać, że ich wyjazd jest pożądany przez arcyksięcia Rudolfa (który nawiasem mówiąc nie żył od dłuższego czasu), cara Rosji czy bliżej nieokreślonego cesarza Ameryki, który osobiście akceptuje przyjazd każdego przyszłego obywatela. W tym mogła pomóc plotka, mit o bogactwie lub list od rzekomo doskonale prosperujących znajomych z tej samej wsi. Usłużny agent zapewniał o pomocy w dotarciu do portu. Okazywało się, że żadnych wygód nie było, podróżni byli zmuszani do zakupu niepotrzebnych, starych przedmiotów, wynajmu łóżka – w ten sposób ograbiano ich z resztek pieniędzy, poddawano nieszczęśników rewizjom. Jeszcze bardziej przykre przygody spotykały tych, którzy nie korzystali z usług pośredników – uniemożliwiano im „samodzielną” podróż, posuwając się, we współpracy ze skorumpowanymi policjantami, kolejarzami, do pobić, aresztowań. Skala niegodziwości, do których dochodziła, nie mieści się w pojmowaniu współczesnego czytelnika. Wreszcie władze zorganizowały szereg obław na pośredników m.in. w Krakowie, Nowym Sączu, Nowym Targu, Cieszynie, Zatorze, Oświęcimiu, Żywcu, Suchej. Proces odbył się w Wadowicach, wówczas sennym, ubogim galicyjskim miasteczku, na ławie oskarżonych posadzono sześćdziesiąt dziewięć osób. Oskarżono ich o bezprawne pozbawianie wolności, nadużywanie służbowego stanowiska, ułatwianie i nakłanianie do emigracji mężczyzn w wieku poborowym. Zainteresowanie prasy było ogromne, co nie dziwi, zważywszy na to, że ludzkie nieszczęście i dramatyczne historie tak dobrze się sprzedają. Nie zdradzę rezultatu wielomiesięcznego sądowego spektaklu. Proces nie wpłynął jednak znacząco na liczbę usiłujących poprawić swój los, ich masowa emigracja, ucieczka przed głodem niosła za sobą realne gospodarcze konsekwencje, pogrążając krainę, będącą w cesarstwie Habsburgów synonimem biedy, w jeszcze większe nieszczęście. Dochodziło do parcelacji już i tak małych gospodarstw, wyprzedaży resztek własności, zaciąganiu wieloletnich długów. Susza, która nastąpiła latem 1889 roku, była dla wielu gwoździem do trumny.

Chcielibyśmy optymistycznego zakończenia, lecz niestety, niektóre ze zjawisk funkcjonują nadal – nie zniknął handel żywym towarem, oszuści żerujący na naiwności ubogich, bezduszne realizacje litery prawa. Zmieniły się środki przekazu, ale nie mechanizmy funkcjonowania grup zarabiających na ludzkich tragediach, czerpiących korzyści z nierządu. W tym sensie reportaże historyczne, z jakimi mamy tu do czynienia, są boleśnie aktualne. Czyta się je niczym powieść – zwłaszcza, że w tych miejscach, w których to możliwe, autor śledzi losy bohaterów, często zmienia miejsca akcji. Jego własne zbiory zdjęć galicyjskich chłopów uzupełniają wywód, możemy więc domyślać się, jak wyglądał wspomniany przez mnie Mendel czy Mihaly, który mógł być pradziadkiem kogoś z nas.
Martin Pollack: „Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji”. Przeł. Karolina Niedenthal. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2011[seria: Reportaż].