Wydanie bieżące

15 listopada 22 (190) / 2011

Emilia Konwerska,

MUŻYD, CZYLI CZARNA ROZPACZ

A A A
Nie da się uciekać wiecznie. Nawet jeśli jesteś Murzynem, a przecież wiadomo, że Murzyni biegają najszybciej. Zwłaszcza kiedy uciekają przed policją. Mają największe penisy, żeby roznosić nimi AIDS. Najmocniej naparzają w bębny. Taka jest ich natura. Dzika. Powieść Artura Daniela Liskowackiego „Murzynek B.” jest arcydziełem. Stereotypy obnażone i postawione pod ścianą przestają straszyć. Obok rasizmu na celowniku autora znajduje się język. Język polski, biało-czerwony wspólnik rasizmu, zostaje znokautowany przez Liskowackiego. „Murzynek B.” jest przenikliwą wiwisekcją języka i polskiej mentalności. Czekamy na katharsis. Liskowacki czarno to widzi. Czarno na białym.

Powieść „Murzynek B.” jest tak aktualna, że bardziej się nie da. Internet zalewa nas nową, cuchnącą falą rasistowskich żartów. Historia, w którą wprowadza nas Liskowacki, rozgrywa się w niedużym polskim mieście, na osiedlu niedużych bloków. Chłopak o imieniu na B. (bo w Afryce wszystko jest na be, nawet Polska – Bolanda), syn Nigeryjczyka i Polki, opowiada nam swoje historie. Narrator jest zbyt mądry, cyniczny i przede wszystkim zbyt czarny dla swojego osiedla, małej szkoły, małego sklepu. Wierszyk o Murzynku Bambo jest mantrą, która rozpoczyna wszystkie rozdziały powieści. U Tuwima, który - jak mówi matka głównego bohatera - „Też był Żydem”, pojawiają się podstawowe problemy chłopca z polskiego nadmorskiego miasta: skomplikowana relacja z matką, edukacja, skóra. Bohater Liskowackiego nie ucieka jednak na drzewo, ucieka nad morze, dociera do symbolicznej granicy Polski, świata, własnych sił. Wcześniej jednak bierze się za rogi (czarne) ze swoim małym światem (białym).

Poznajemy losy chłopca, który wraca ze szkoły i mówi mamie, że chce iść do ZOO zobaczyć Murzynów, chłopca, do którego w przedszkolu ustawiła się kolejka, żeby dotknąć, poczuć, pomacać. W szkole nie jest łatwo, dzieci są nudne, każda inność ma wagę złota, na szkolnej wycieczce chłopak ma wziąć do ręki dzidę, wejść do murzyńskiego szałasu, robimy zdjęcie. Bohater ma przyjaciela, grają razem na perkusji (nie mów bębny), rozmawiają, żartują. Najlepsze kawały o Żydach wymyślają Żydzi, więc B. jest zabawny, sam wymyśla żarty („Dlaczego dzieci w Etiopii jedzą białą czekoladę? Żeby sobie paluszków nie poobgryzały”), radosny jednak nie jest. Jedzie w trasę z zespołem, staje się bohaterem artykułu jakiejś lokalnej gazety. Gra też w piłkę. Liskowacki opisuje rasizm na polskich stadionach, banany spadające na boiska, polskie okrzyki zagrzewające sportowców do gry („WY – PIER – DA – LAJ!”) oraz konfrontacje z kibicami (kiedy czarnoskóry piłkarz trzecioligowej drużyny odezwał się do obrzucającego go wyzwiskami pijaka, ten zrobił minę „jakby przemówił do niego pies sąsiada”). Liskowacki przytacza autentyczne historie, rzeczywistość wyprzedza wyobraźnię. Opisuje czarnego piłkarza nazywanego Diabłem, który jest wyjątkiem, bo w Polsce prawie wszyscy kopiący Murzyni nazywają się Oli.

Kiedy B. się zakochuje, przez jakiś czas jest pięknie. Później okaże się, że Iza będzie mierzyć jego penisa i opowiadać o wyniku w szkolnej toalecie. Simon Mol stanie się symbolem na sztandarach rasistów. Dresiarze będą bronić zdrowia, życia białych kobiet. Czarnuch nie będzie wpuszczał AIDS w nasze białe zawsze dziewice. Najważniejszą kobietą i tak zawsze była matka. B. nazywa swoją Barbą. Barba jest mądra, dużo pali, maluje usta i samotnie pije wino. Przyjaciółki pojawiają się i znikają, najważniejszy jest syn. Do pewnego momentu, bo kiedy B. dorasta, Barba zaczyna spotykać się z mężczyznami. Liskowacki opisuje wielowartstwowe uczucia syna – zazdrość o matkę, która go fascynuje, również erotycznie. Jest bliska, a zarazem tajemnicza, obca. Język, który jest głównym bohaterem powieści „Murzynek B.”, nie zostawia w spokoju nawet Matki Polki. „Łapać skuwysyna. I znów dociera do niego, że to znaczy to właśnie. Syna z kurwy. W języku w jakim rozmawia z matką. Omijając zawsze to słowo. (...) Son of a bitch. Kino akcji. Murzyn z giwerą. Murzyn uciekający. Przed policjantem. Też może Murzynem. Sukinsynem” (s. 121).

Ojciec zachęca do badania swoich korzeni, z Nigerii, telefonicznie uczy historii Afryki, uczą przyjaciele poznani na kursie angielskiego. B. znajduje jednak rodzinną tajemnicę gdzieś indziej. W pudełku ze starymi papierami, nićmi, w domu babci. Dziadek mógł być Żydem. A wszyscy wiedzą, że w Polsce tylko „pedał” jest gorszym wyzwiskiem niż Żyd. A co dopiero Murzyn-Żyd. Mużyd? B. poszukuje swojej tożsamości, chce wiedzieć, kim jest, kim nie jest i dlaczego. I właśnie o tym w dużej mierze jest powieść Liskowackiego. O zapasach ze swoją historią, przeszłością, przodkami, którzy mają nam pomóc odpowiedzieć na pytanie: Jestem dobry czy zły (czarny charakter)?

„Murzynek B.” jest wytrychem, który otwiera językowy labirynt. W labiryncie nic nie jest czarno-białe. Czytelnik odkrywa, jak bardzo język naszpikowany jest znaczeniami, których wcześniej nie dostrzegał. Dlaczego słowo Mulat jest jeszcze gorsze niż Murzyn. Literki konstruują świat złożony z anegdot, przeglądu stereotypów, autentycznych historii, przygód Omara Sangare, Briana Scotta, pierwszego czarnoskórego radnego, ginekologa. Poznajemy historie czaroskórych w szlacheckiej Polsce, na dworach, w literaturze. Liskowacki stworzył poruszający przegląd historii Afrykańczyków w Polsce. Nie wygląda to różowo. Wygląda to inaczej. Przy okazji mamy również portret polskiego antysemityzmu. W tym wszystkim jest młody B., zatapiający się powoli w małomiasteczkowej nietolerancji (ciemnocie) zmieszanej z paranoją. Nie ma dla niego ratunku. Nie ma go dla nas. Wszyscy jesteśmy Mużydami.
Artur Daniel Liskowacki: "Murzynek B.". Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2011 [seria: archipelagi}.