Wydanie bieżące

15 listopada 22 (190) / 2011

Joanna Soćko,

JESTEŚMY ROZMOWĄ

A A A
„Nie być Bogiem” to dziwna książka: (auto)biografia tworzona w akompaniamencie, pisana, jak informuje podtytuł, „na cztery ręce”. Jej bohaterem jest Gianni Vattimo. Poznajemy go w momencie, w którym, wspaniałomyślnie – można by rzec – zrzeka się miana Stwórcy. Zrzeka się bezosobowo – to prawda – ale przecież bohaterem jest on. Dlaczego miałby być Bogiem? Nie wiadomo. Tytuł wprawia nas w zakłopotanie. Tym bardziej, że przeczenie – jak twierdzi Vattimo – nie jest zbliżeniem do wiedzy: „z faktu, że jakaś hipoteza jest błędna niewiele wydobędziesz” (s.139). Zaczynamy więc lekturę od pytania o tożsamość (jeśli nie Bóg, to kto?), a bezosobowe sformułowanie tytułu wydaje się jeszcze podwyższać stawkę; pytanie staje się bowiem uniwersalne: jak być, skoro nie można (już?) być Bogiem. Podtytuł zaś daje nam nadzieję na odpowiedź. Bo czym innym jest (auto)biografia, jeśli nie stwarzaniem tożsamości?

Cia(ł)o
Spotkanie z Vattimem rozkręca się powoli: od słowa do słowa. Czym różni się to obcowanie od czytania jego innych tekstów, których autor „Końca nowoczesności” napisał przecież niemało? Biograficzność pisania widać w tym, jak szybko słowo przemienia się w ciało: „potknąłem się, poślizgnąłem” (s.11), czytamy już na pierwszej stronie książki. Na naszych oczach lektura Vattima (zarówno lektura jego książki, jak i jego lektura innych) zaczyna się ucieleśniać. „Erotyczno-filozoficzna” przygoda z Nietzschem (s.22) zaczyna się w surowym, górskim powietrzu, gdy ciało zmęczone jest już jazdą na nartach; kontaktom z Heideggerem towarzyszy chropowatość zielonych karteczek zapisywanych gęsto notatkami, które będą się przeradzać w kolejne książki: „zawsze byłem fanatykiem papieru z odzysku” (s.23). Razem z Vattimo przerzucamy strony pełne zapładniających literek. „W powietrzu było tyle wilgoci, że nigdy nie słyszałem szelestu gazet” (s.65). Narracja spajająca intelektualny rozwój filozofa nie zostaje nam dana, zamiast niej pojawiają się impresje – przebłyski myśli, którym towarzyszy słowo wypowiadane przez Gadamera, wspomnienie Lukacsa zakładającego kapcie czy Gabriela Marcela płaczącego ze wzruszenia podczas przemówień.

Przedstawienia
Bohater nie zostaje nam przedstawiony poprzez opis, nie staje się też funkcją akcji, której przebieg pozwoliłby nam zaznajomić się z dynamiką jego rozwoju. Postać Vattimo wolno wyłania się z gęstwiny osobistych wspomnień i refleksji. Definicje są tu zastępowane przez słowne impresje obrazujące „chwile intensywności”, zmysłowość przeżywania, „rozbłyski”, „ślady” i „fragmenty” (s.147), jak mówi o nich Vattimo. Wspomnienia są nielinearne, mgliste, ale dzięki wielowariantowym powtórzeniom coraz bardziej wyraźne. Wzmianki o najważniejszych epizodach i doniosłych przeżyciach pojawiają się parokrotnie, tworząc nieposiadające wyraźnych granic mgławice, pozbawione początku i końca, ale dające nam „jakieś pojęcie” o osobie.

Utrata wagi
Można na przykład odczuć, że deklarowanego przez siebie chrześcijaństwa nie doznał Vattimo uczęszczając do oratoriów, czy działając w Akcji Katolickiej. Postać Jezusa objawiła mu się raczej na marginesie pism Nietzschego i Heideggera: „Jezus jest pierwszym wielkim desakralizatorem religii naturalnych. Przybywa i pokazuje wszystkim, że to nieprawda, iż Bogu należy składać ofiary. […] I zostaje ukrzyżowany, nikt nie chce słuchać, gdy przekonuje, że do tej pory czciliśmy bałwany” (s.136). Taki obraz Mesjasza pozwala nam nazwać Vattima naśladowcą Chrystusa. Chrystusa i Heideggera z drobną jednak różnicą: „pójdę dalej niż Heidegger – deklaruje nasz bohater – choć pozostanę mu wierny” (s.26). Vattimo nie zostawia swojej barki na brzegu, ale dryfuje coraz dalej w łódce, którą Nietzsche odcumował, a Heidegger wyprowadził na otwarte morze. „Nie możemy pamiętać o Byciu”, mówi Vattimo swojemu mistrzowi, „możemy tylko pamiętać, że o nim zapomnieliśmy” (s.27); „dojrzewa we mnie koncepcja historii Bycia jako stopniowej utraty ciężaru”, „historia Bycia jako oddalania” (s.79). Jedyną drogą staje się dla Vattima „nihilizm usuwający to, co absolutne” (s.141), a jedyną treścią jego orędzia „słabe myślenie” – myślenie pozbawione przedmiotu, oscylujące wokół rozproszonych wydarzeń Bycia: „życzymy sobie drogi do ponownego spotkania Bycia jako śladu, wspomnienia” (s.80). Dylematy filozoficzne nie zaprzątają umysłu Vattima, nie sprawia on wrażenia człowieka poszukującego, ale człowieka, który już wie. Nie chodzi o to, że wie już wszystko, ale wie, że nie musi wiedzieć. I to mu wystarcza.

Siła przyciągania
Vattimo nie jawi się jednak, jako człowiek pozbawiony ciężaru. Ciało, znów dające o sobie znać, pozwala mu odczuwać siłę grawitacji. „Byłem łamagą w piłce nożnej” (s.40) – wyznaje. Doskonałość słabej filozofii zostaje zbalansowana poprzez słabości ciała; to ono dostarcza pytań, na które filozof nie znajduje odpowiedzi – to z nim związane są te ciemne miejsca, których nie potrafimy sobie wytłumaczyć. „Co to za odpowiedź? – pyta oburzony Vattimo wspominając rozmowę z pewnym ponętnym chłopcem – Nigdy nie zrozumiałem. Kto wie, może gdybym odważył się na więcej, to by była wielka miłość” (s.54). Przygody ciała dostarczają bohaterowi dynamiki i witalizmu, którego źródło Vattimo najwyraźniej dostrzega w miłosnych relacjach, skoro mistrzem życia nazywa peruwiańskiego tancerza odwzajemniającego jego pożądanie. Wspomnienia relacji międzyludzkich pokazują Vattima jako człowieka naznaczonego brakiem – człowieka kierującego się dwoma przede wszystkim pragnieniami: cielesnym pożądaniem i dążeniem do poczucia, że jest się obdarzonym miłością przyjacielską – bezpieczną, nienarażoną na sztormy. Powracający niczym mantra rozdźwięk pomiędzy tymi pragnieniami wprowadza atmosferę tragiczności: „Zawsze miałem problem z tym, by miłość współwystępowała z seksem” (s.60). Paterlini wyrazi tę myśl dobitnie, choć z wielką sympatią: „Nie pójdziesz po południu sam do kina, choć mówiłeś o tym udając człowieka wyzwolonego i spokojnego – mówi na sam koniec do Vattima – Jesteś jednym z tych, którzy sami w kinie czują się fatalnie” (s.152).

Filozofia ściągnięta na ziemię
„Zawsze byłem zwierzęciem stadnym” (s.41) – wyznaje Vattimo, wprowadzając słuchacza do jednego ze wspomnień swojej społecznej aktywności. Filozofia – jakkolwiek słaba by nie była – musi być ucieleśniona. Osoba publiczna; osoba, o której piszą w gazetach, to ktoś „działający na serio” (s.50). „Filozofia dla mnie od zawsze musi być użyteczna – mówi nasz bohater – bo jest blisko związana z życiem”. Myśli Vattima często powracają do jego udziału w strajkach, organizacji pikiet, do jego działalności politycznej, która sprawiła, że jego homoseksualizm stał się informację publiczną. „Od Heideggera do Marksa” – mówi o swojej drodze Vattimo i tłumaczy: „Kiedy Heidegger mówi, że przede wszystkim istnieje nie człowiek, lecz Bycie, a my odpowiadamy, że to Bycie myśli samo siebie w nas, to jest właśnie Marks: nie warto żebyś działał na rzecz zmian, jeśli nie zmienia się społeczeństwo” (s.58). Ideę komunizmu wcielał Vattimo z podziwu godnym rozmachem – przyświecała mu ona między innymi, gdy podejmował decyzję o zamieszkaniu z dwoma partnerami. Życie to mogłoby być, jak mówi, „stworzeniem swego rodzaju komuny, może trochę nieuporządkowanej pod względem uczuciowym, ale realizującej marzenia roku 1968” (s.73). I jakkolwiek trywialny nie wydawałby się ten przykład – pytanie o zaangażowaną filozofię jest najpoważniejszym pytaniem, jakie stawia Vattimo. I to nie poprzez swoje pisma, ale przede wszystkim poprzez sposób, w jaki żyje, łącząc filozofowanie z „euro-posłowaniem”. Jest to pytanie, które stawia jego (auto)biografia.

Rozmowa
„Słowo »rozmowa« – mówi Vattimo – podoba mi się o wiele bardziej niż »dialog«” (s.100). Rozmowa prowadzi do otwarcia (tamże), rozmowa, bardziej niż dialog, przywodzi na myśl spotkanie: „face to face”. Nic lepiej niż rozmowa – z właściwą jej, niedoskonałą, wymianą słowa na ciało i ciała na słowo – nie mogłoby zdefiniować, przedstawić Vattima – człowieka, który może istnieć jedynie będąc w relacji. Pytanie tylko – kto może istnieć nie będąc? W momencie rezygnacji z absolutnej prawdy, która, jako punkt odniesienia, byłaby abstrakcyjną płaszczyzną porozumienia, rzucone zostaje nam wyzwanie dogadania się – nieustannego uzgadniania. „Społeczeństwo mogłoby się stać przestrzenią, w której prawda będzie oznaczać zgodę między interpretatorami” (s.140) – marzy bohater podczas jednej z tych rozmów udowadniających, jak mi się zdaje, że właśnie rozmowa jest jednym z bardziej wiarygodnych dyskursów tożsamościowych. Gdzieś pomiędzy stwórcą a odtwórcą, auto-definicją a biografią, pomiędzy próbą artykulacji a próbą zrozumienia trwa opowieść o człowieku.
G. Vattimo, P. Paterlini: „Nie być Bogiem. Autobiografia na cztery ręce”. Tłum. K. Kasia. Warszawa 2011 [seria: „Idee”, t. 29].