Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (191) / 2011

Natalia Gruenpeter,

SŁODKO-GORZKA AMERYKA

A A A
AMERICAN FILM FESTIVAL
Bohaterem i największą gwiazdą drugiej edycji American Film Festival był Todd Solondz, który promował swoje najnowsze dzieło pt. „Czarny koń” oraz patronował retrospektywie swych filmów. Choć warunki pogodowe na lotnisku w Monachium uniemożliwiły reżyserowi dotarcie na galę otwarcia, pojawił się we Wrocławiu już następnego dnia, na kolejnym pokazie „Czarnego konia”. Wtedy też odebrał z rąk Romana Gutka i Urszuli Śniegowskiej nagrodę Indie Star Award dla gwiazdy kina niezależnego. Trudno póki co mówić o wadze przyznanego po raz pierwszy wyróżnienia, ale nagrodzenie właśnie Todda Solondza wydaje się dobrym znakiem. Reżyser „Palindromów” jest bowiem ucieleśnieniem ideału twórcy odważnego i bezkompromisowego, co wydaje się ważne zwłaszcza w czasach, kiedy granica pomiędzy kinem niezależnym a kinem głównego nurtu rozpływa się w Indiewood, w którym coraz głośniej mówi się o nadużyciach władzy producentów i dystrybutorów.

Filmy Solondza opierają się presji pieniądza i pokonują trudną drogę do kin, choć – jak często podkreśla sam reżyser – zarabiają coraz mniej. Rzeczywiście, „Witaj w domku dla lalek” przyniósł w Stanach Zjednoczonych dochód ponad 4 milionów dolarów, podczas gdy „Życie z wojną w tle” zaledwie 280 tysięcy. Zmieniła się natomiast struktura widowni – zagraniczne zarobki „Palindromów” stanowiły zaledwie 20 procent całkowitego dochodu, podczas gdy w przypadku następnego filmu było to już ponad 60 procent. Przypomina to sytuację Woody’ego Allena, od dawna już polegającego przede wszystkim na europejskiej widowni.

Podczas wrocławskiego festiwalu zaprezentowano wszystkie niezależne filmy Todda Solondza, począwszy od debiutanckiego „Witaj w domku dla lalek” z 1995 roku. Amerykański reżyser chętnie powraca do tych samych bohaterów i podejmuje podobne wątki, zatem możliwość obejrzenia wszystkich jego filmów, zwłaszcza w chronologicznym porządku, jest doskonałą okazją, aby zweryfikować powtarzane często opinie na temat nihilizmu, mizantropii czy szyderczej postawy Solondza.

Choć „Czarny koń” wybrany został na film otwarcia zapewne ze względu na dorobek reżysera, trafnie zapowiada także krąg tematów, w którym poruszają się twórcy wielu innych dzieł festiwalu. Brak emocjonalnej dojrzałości, strach przed odpowiedzialnością, nieumiejętność nawiązywania relacji z innymi ludźmi, izolacja i samotność – oto najważniejsze problemy, z jakimi mierzą się współcześni amerykańscy filmowcy. Problemy te nieobce są Joe Swanbergowi, którego twórczość również doczekała się we Wrocławiu retrospektywy. Trzydziestoletni reżyser wpisywany bywa w krąg twórców mumblecore, współczesnego nurtu kina niskobudżetowego, niedoskonałego technicznie, ale bliskiego rzeczywistości i amatorskim sposobom jej rejestrowania. Intymne filmy Swanberga powstają w niewielkim kręgu znajomych, do których należą zresztą inni filmowcy, na przykład doskonale znany nowohoryzontowej publiczności Andrew Bujalski czy Mark Duplass, autor dystrybuowanego w Polsce „Cyrusa”. Podczas dyskusji po jednym z prezentowanych we Wrocławiu filmów Swanberg przyznał, że dostrzega w swoim pokoleniu diagnozowaną przez socjologów infantylizację, niechęć do dorastania i podejmowania ważnych decyzji. Tendencja ta znajduje odzwierciedlenie w jego dziełach, koncentrujących się często na osobach samotnych, niezdolnych do pielęgnowania długiego, poważnego związku, zagubionych w pozorach komunikacji i bliskości, jakie tworzy współczesna technologia.

Głównym motywem cyklu Highlights, prezentującego głośne premiery oraz filmy znanych reżyserów, było oddalanie się (lub nawet odpychanie) ludzi, których kiedyś coś połączyło. Smutne portrety rozpadających się par przynoszą filmy „Jack Goes Boating” Philipa Seymoura Hoffmana, „Przyszłość” Mirandy July, „Zeszłej nocy” Massy Tadjedin oraz „Blue Valentine” Dereka Cianfrance. „Przyszłość”, długo oczekiwany film July, która zadebiutowała w 2005 roku interesującym „Ty i ja, i wszyscy, których znamy”, to historia pary, która decyduje się na adopcję dzikiego kota. Perspektywa odpowiedzialności, jakiej wymaga od bohaterów opieka nad zwierzęciem, wywraca ich i tak niezbyt uporządkowane życie do góry nogami. Przedmiotem wnikliwej refleksji staje się pragnienie zatrzymania czasu, które towarzyszy chyba każdemu. July celnie wplata w strukturę swojego filmu ostrzeżenie: „uważaj, czego sobie życzysz, bo, być może, się spełni”.

Spośród filmów cyklu Highlights zdecydowanie wyróżnia się „Blue Valentine” w reżyserii Dereka Cianfrance. Ryan Gosling i Michelle Williams wcielili się w dwudziestolatków, którzy postanawiają stworzyć rodzinę dla przypadkowo poczętego, niechcianego dziecka bohaterki. Akcja filmu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych, w okresie pierwszych, romantycznych spotkań pary oraz kilka lat po ślubie. Kontrast pomiędzy tymi fragmentami wspólnej historii z całą jaskrawością ukazuje proces rozpadu młodego małżeństwa, utraty nadziei i złudzeń, narastania wzajemnych oskarżeń i rozczarowań. Ryan Gosling stworzył doskonałą kreację, która przywołuje na myśl rolę Geny Rowlands w filmie „Kobieta pod presją” Johna Cassavetesa.

„Blue Valentine” zasługuje na uwagę także ze względu na pracę Andrija Parekha, operatora, który w 2009 roku nominowany był do Independent Spirit Award za zdjęcia do filmu „Bez duszy” Sophie Barthes. Choć nagrodę zdobył wówczas Roger Deakins za „Poważnego człowieka”, przegrana z tak zasłużonym operatorem, stałym współpracownikiem braci Coen i autorem zdjęć do „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”, z pewnością nie przynosi ujmy. Andrij Parekh był także operatorem najnowszego filmu Todda Solondza, co ukazuje jego wszechstronność i kreatywność. W „Blue Valentine” wykreował rozpadający się świat dwojga ludzi z rozedrganych, bliskich ujęć i nieco wyblakłych barw, w „Czarnym koniu” zaś postawił na statyczne ujęcia i jaskrawe kolory, które wraz z tandetną, popową muzyką stanowią kontrapunkt dla ponurej fabuły.

Ważnym punktem festiwalu były oczywiście cykle konkursowe prezentujące najnowsze filmy fabularne i dokumentalne, oceniane przez widownię. W konkursie kina fabularnego Spectrum zwyciężył „Gdziekolwiek dzisiaj” w reżyserii Michaela Di Jiacomo, inspirowany „06” Theo van Gogha. Dzieło opowiada o dojrzałych, samotnych ludziach, którzy poznają się przez sekstelefon. Film, zapowiadany jako ciepła i subtelna opowieść o potrzebie bliskości, jest w istocie duszny i sentymentalny. Decyzja publiczności wydaje się wyrazem zachowawczości, przywiązania do konwencji i celebracji trzymanej w ryzach, bezpiecznej namiastki ekscentryzmu. Być może widownię uwiódł John Turturro, który wydaje się jedynym atutem filmu. Sukces „Gdziekolwiek dzisiaj” mógł wynikać także z braku wyraźnego faworyta konkursu. O ile zwycięski „Do szpiku kości” z ubiegłego roku przyjechał do Wrocławia już jako triumfator festiwalu Sundance, o tyle w tegorocznym cyklu filmów konkursowych jedynie „Tylko tu” Bradena Kinga brał udział w konkursie Sundance, nie zdobył jednak żadnych nagród na tej największej i najważniejszej imprezie kina niezależnego.

Konkursowe sympatie publiczności do pewnego stopnia można śledzić w systemie elektronicznych „metek”, w którym największą popularnością cieszyły się filmy „Do rana” Conrada Jacksona oraz „Talerz i łyżka” Alison Bagnall. Pierwszy z nich jest opowieścią o młodym mężczyźnie, którego czeka skomplikowana i niebezpieczna operacja usunięcia guza mózgu. Akcja filmu obejmuje dzień i noc poprzedzające operację, kiedy to bohater poznaje atrakcyjną dziewczynę i wyrusza wraz z grupą jej przyjaciół na całonocną imprezę. „Talerz i łyżka” z kolei to historia kobiety, która dowiaduje się o zdradzie męża i postanawia uciec z domu. Podczas zakrapianej alkoholem eskapady poznaje młodego Anglika, który stanie się jej towarzyszem, przyjacielem, powiernikiem i – w końcu – aniołem stróżem. Choć obydwa filmy są dobre i sprawnie zrealizowane, trzeba przyznać, że reprezentują kino dość konwencjonalne i sentymentalne. Bohater „Do rana”, podobnie jak umierająca protagonistka filmu Isabel Coixet „Moje życie beze mnie”, odsuwa się w trudnych chwilach od rodziny i podejmuje działania, których w normalnych warunkach prawdopodobnie nigdy by nie podjął. Można zatem odnieść wrażenie, że prawdziwe życie możliwe jest dopiero wówczas, gdy nasz czas jest już dokładnie policzony. „Do rana” niebezpiecznie ociera się przy tym o romantyzację choroby i całkowite oderwanie doświadczenia raka od doświadczenia ciała. „Talerz i łyżka” z kolei razi nieco przerysowaniem emocji, w których pobrzmiewa fałszywa nuta. Początkowa rozpacz i agresja bohaterki zupełnie nie przystają do łagodnego, melodramatycznego finału. Jej przemiana wydaje się nieumotywowana ani epizodyczną strukturą filmu, ani wybuchową osobowością wykreowanej przez Gretę Gerwig postaci.

Niedocenionym punktem cyklu konkursowego wydaje się film „Choćby nie wiem co” w reżyserii Cherie Saulter. Skromna produkcja opowiada o dwóch nastolatkach, którzy wyruszają na poszukiwanie matki jednego z nich. Młodzi, nieprofesjonalni aktorzy świetnie poradzili sobie z kamerą, która niemal nie odstępuje ich na krok. Ich działania wydają się naturalne i niewymuszone, choć naznaczone są błędami i szaleństwami nastoletniego wieku. Intrygujący film drogi odkrywa ponadto zaskakujące pejzaże prowincjonalnej Florydy, która przypomina tutaj raczej nieprzyjazne góry Ozark z „Do szpiku kości” niż pocztówkowe kurorty kuszące piaszczystymi plażami i błękitnym oceanem.

Temat zapomnianej, prowincjonalnej Ameryki uginającej się pod ciężarem ekonomicznego kryzysu powraca w „Bombay Beach” Almy Har’el, jednym z najoryginalniejszych dokumentów z konkursowego cyklu American Docs. Tytułowa osada leży nad Salton Sea, słonym jeziorem w Kalifornii, które kiedyś miało szansę stać się modnym kurortem, współcześnie jednak przypomina raczej postapokaliptyczny śmietnik cywilizacji. Bombay Beach zamieszkują ludzie żyjący na marginesie społeczeństwa. Film skupia się na historiach trzech osób – małego chłopca z wielodzietnej rodziny zmagającego się z niekontrolowanymi wybuchami agresji, nastolatka szukającego na prowincji schronienia przed miejską wojną gangów, której ofiarą stał się jego kuzyn, oraz starszego, schorowanego mężczyzny, opowiadającego o swoim życiu. Reżyserka dokumentu porusza się pomiędzy formułą filmu społecznie zaangażowanego a intymnym, chwilami nawet czułym portretem niewielkiej społeczności. Wnikliwie przygląda się swoim bohaterom, nie oceniając ich stylu życia i wyborów, choć czasami może się to wydawać niezwykle trudne. Nawet ryzykowne, wykraczające poza dokumentalną formułę, inscenizowane układy taneczne świetnie współgrają z tonem filmu, opowiadają bowiem o marzeniach bohaterów, stają się nowym, świeżym środkiem ekspresji.

Wybór najlepszego filmu z cyklu American Docs wydaje się wyjątkowo trudnym zadaniem, ponieważ obok klasycznych dokumentów zmontowanych zwykle z wywiadów, zdjęć archiwalnych oraz fragmentów ukazujących codzienność bohaterów, pojawiają się filmy takie jak „Bombay Beach”, „Dragonslayer” albo „Sum”, eksplorujące granice między rzeczywistością a fikcją lub proponujące bardziej impresyjny, niespójny ogląd świata. W tym roku zaskakująca była ponadto decyzja selekcjonerów o włączeniu do konkursu filmu „Tabloid” Errola Morrisa. Osoba doświadczonego, rozpoznawalnego dokumentalisty nie do końca pasuje do towarzystwa początkujących lub wręcz debiutujących filmowców. Znane nazwisko nie miało jednak wpływu na decyzję publiczności. Mimo iż „Tabloid” w atrakcyjny i dowcipny sposób opowiada nieprawdopodobną historię miłosną, w której pierwszoplanową rolę zaczynają w pewnym momencie odgrywać wyjątkowo drapieżne brytyjskie brukowce, w konkursie zwyciężył „Sing Your Song” w reżyserii Susanne Rostock, dokumentalistki doświadczonej, choć nie tak znanej jak Morris. Film jest portretem Harry’ego Belafonte, muzyka i społecznego aktywisty, rzecznika praw człowieka i głosu Afroamerykanów walczących o równouprawnienie. Konwencjonalność formalną rekompensują w tym przypadku ważny temat i bohater, którego biografia splata się z najważniejszymi wydarzeniami w powojennej historii Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie warto zauważyć, że jest to jeden z niewielu filmów festiwalu w otwarty sposób podejmujący kwestie polityczne.

Wśród filmów fabularnych wyjątkiem w tym zakresie jest najnowsza produkcja Kevina Smitha zatytułowana „Czerwony stan”. Film rozpoczyna się jak amerykańska komedia o nastolatkach, których życiowym priorytetem jest poderwanie dziewczyny i pozbycie się wstydliwego statusu prawiczka. W tym celu bohaterowie wyruszają do poznanej przez serwis randkowy kobiety. Ogłoszenie okazuje się jedynie przynętą zastawioną przez radykalną sektę przypominającą do złudzenia prawdziwy Westboro Baptist Church, słynący z ostrych protestów przeciwko homoseksualistom i – najogólniej – liberalizacji obyczajów w Ameryce. Od chwili uwięzienia nastolatków „Czerwony stan” przemienia się w thriller spod znaku „Hostelu” lub „Piły”, aby następnie – w apokaliptycznym finale – stać się politycznym dreszczowcem z rządem Stanów Zjednoczonych w roli głównej. Choć pomysł Smitha jest interesujący i mógłby odświeżyć wizerunek filmowca, akcja grzęźnie w mieliznach ciężkiego humoru, oczywistych aluzji i nonsensu.

Emmanuel Levy, znawca kina niezależnego, pisał w książce „Cinema of Outsiders”, że amerykańskie filmy niechętnie podejmują tematy polityczne, ponieważ sami Amerykanie postrzegają siebie jako jednostki niezależne od działań i decyzji władzy. W kontekście prezentowanych podczas festiwalu filmów diagnoza ta wydaje się wyjątkowo trafna. Miarą społecznego zaangażowania reżyserów jest gotowość do podjęcia tematu przemian w instytucji rodziny bądź obnażenia patologii życia rodzinnego. Ta narodowa obsesja Amerykanów unosi się na morzu słodko-gorzkich historii, które celebrują ludzkie słabości i dziwactwa.

Choć z prezentowanych we Wrocławiu filmów wynika, że kino amerykańskie ma się całkiem dobrze, druga edycja festiwalu wydaje się mało wyrazista, mało różnorodna, a czasami nawet – pomijając dzieło Solondza – zachowawcza. Zabrakło w niej odwagi, z jaką Gregg Araki podszedł do realizacji cudownie kiczowatego „Kaboom”, mistrzowskiego wyczucia dramaturgii godnego reżyserki „Do szpiku kości”, przebojowości komiksowego „Scott Pilgrim kontra Świat” Edgara Wrighta czy wizjonerskiej, wielopoziomowej wyobraźni Charliego Kaufmana, która zrodziła film „Synekdocha. Nowy Jork”.