Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (191) / 2011

Marek Doskocz, Charles Yu,

LUBIĘ NIEPRZYCHYLNĄ KRYTYKĘ

A A A
Marek Doskocz: Jest Pan prawnikiem, a zadziwił Pan czytelników niebanalną historią opisaną w „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie”. Co było dla Pana inspiracją?

Charles Yu: Chciałem opowiedzieć historię rodziny, przemieszczając się w czasie i ukazać, jak wyglądają rozmowy na przestrzeni wielu lat. Mam na myśli dom pełniący rolę swego rodzaju przestrzeni. Z drugiej strony jest on czymś więcej niż przestrzenią. Są to rodzinne wspomnienia, i te dobre, i złe. Jest to też przyszłość – nadzieja i niepokój, ale też marzenia. Dom idzie w parze z czasem, to taki spójny mechanizm. Pomysł ten był małym ziarenkiem, od którego wszystko się zaczęło.

M.D.: Będziemy kiedyś podróżować w czasie?

Ch.Y.: To zależy, co ma Pan na myśli. Jeśli chodzi o wizję H.G. Wellsa, gdzie wchodzi się do wehikułu i przekręca zegar, odbywając podróż do przyszłości lub przeszłości, przenosząc się o tysiąc lat, to nie wierzę w to. Według mnie życie straciłoby sens, gdyby czas przestał być tajemnicą. Niemniej jednak myślę, że istnieją formy podróży w czasie, umysłowe i emocjonalne, o których właśnie traktuje powieść.

M.D.: No tak, teorii dotyczących czasu jest wiele. Której Pan jest zwolennikiem?

Ch.Y.: Nie jestem pewien, czy można stwierdzić, że jestem zwolennikiem, ale pamiętam, jak pierwszy raz czytałem o równaniach pola Einsteina, w których jest mowa o istnieniu zakrzywienia czasoprzestrzeni. Z tego, co zrozumiałem, oznacza to, iż teoria względności mogłaby pozwolić na podróż w czasie, biorąc pod uwagę wszechświat z jego specyficznymi parametrami. Oczywiście to tylko hipoteza i nasz świat nie posiada takich parametrów (o ile dobrze to zrozumiałem), ale sam fakt, iż coś takiego wynika z równań Einsteina, jest dla mnie czymś niesamowitym. Jednak co mnie tak naprawdę zainteresowało ostatnio, to idea wieloświata. Z tego, co wiem, to kosmolodzy, zwolennicy teorii strun i fizycy spekulują na temat różnych wieloświatów i przedstawiają model, w którym znajduje się wiele kopii naszego wszechświata. Niektóre są identyczne, inne podobne. Czym w takim razie jest czas? Jeśli nie znajdujemy się tym samym czasie, jeśli płynie on inaczej w różnych wszechświatach, to jak to się odnosi do pojęcia czasu, które my rozumiemy? Zdaję sobie sprawę, że to są tylko przypuszczenia, po prostu hipotezy, ale fascynuje mnie to.

M.D.: „Jak przeżyć...” to Pański debiut, wcześniej wydał Pan opowiadania, a już ogłoszono Pana wielką nadzieją SF. Jak Pan na to zareagował?

Ch.Y.: (śmiech) Naprawdę ktoś tak powiedział? Nie słyszałem. Jak do tej pory moja reakcja była jak najbardziej pozytywna. Jestem podekscytowany i szczerze mówiąc trochę mnie to przerasta. Podczas pisania powieści wydawała mi się ona być dziwna i specyficzna. Jednak często zastanawiałem się, czy komuś się spodoba.

M.D.: Taki tekst znajduje się na okładce polskiego wydania „Jak przeżyć...”. Jak przyjęto Pańską książkę w U.S.A? Jakie były reakcje czytelników i recenzentów?

Ch.Y.: Reakcje były różne. Ku mojemu zaskoczeniu recenzenci mieli przeważnie na ten temat podobne zdanie, w odróżnieniu od zwykłych czytelników. Ogólnie krytykom, blogerom i innym recenzentom książka się spodobała! Opinie czytelników był rozmaite. Niektórzy nie byli w stanie nawet dokończyć jej czytać. Bardzo lubię nieprzychylną krytykę mojej pracy. Taka reakcja ze strony czytelników, nawet negatywna, jest źródłem niemałego dreszczyku dla pisarza. Niektórych treść tej książki poruszyła w jakiś sposób, zarówno na poziomie intelektualnym, jak i emocjonalnym. Komentarze, czy to na stronach internetowych, czy też te skierowane bezpośrednio do mnie, dają satysfakcję. Sam fakt, że ktoś poświęcił czas na wyrażenie swojej opinii, do tego poczuł się dotknięty tym, co przeczytał, to niesamowity prezent dla pisarza.

M.D.: Książka jest napisana trudnym, naukowym językiem. Nie miał Pan obaw, że czytelnik będzie miał problemy z przebiciem się przez tę warstwę?

Ch.Y.: Niektórych czytelników bawią zarówno te naukowe wyrażenia, jak i pseudonauka, podczas gdy dla innych przebicie się przez tę warstwę mogło być rzeczywiście trudne. Mam jednak nadzieję, że nikogo to nie odstraszyło. Osobiście nie potrafię sobie wyobrazić pisania powieści prostym językiem. Pseudonauka, jaką stworzyłem, to zarazem historia o miłości na przestrzeni czasu. Wierzę, że czytelnicy zaakceptują to wszystko i sami stwierdzą, że bez naukowego języka powieść nie byłaby tą samą powieścią.

M.D.: Tak, na pewno byłaby o wiele uboższa. Skąd czerpał Pan inspiracje, pisząc swoją debiutancką powieść?

Ch.Y.: Tak naprawdę to miałem na celu opowiedzieć historię ojca. Chciałem zrobić to w taki sposób, żeby współgrało to z całą treścią, do tego ten pomysł z wehikułem czasu. Ta książka to ciągłe rozmyślania i dygresje na temat rodziny, miłości, zagubienia, żalu, wspomnień oraz nad ich punktami wspólnymi. Poza tym forma w jakiej to wszystko zostało ujęte... Naprawdę czułem, że to wszystko jest wymyślone. Nie wiem, czy to dobrze, czy nie, ale historia sama nadała kształt całej powieści (chociaż mój zdolny edytor z Pantheonu, Tim O’Connel, pomógł ten kształt jeszcze bardziej udoskonalić).

M.D.: Co Pan czyta na co dzień?

Ch.Y.: Aktualnie czytam „The Hidden Reality” Briana Greena, „You Think That’s Bad” Jima Sheparda, „The Quantum Story” Jima Baggotta oraz „Kod” Charlesa Petzolda. Jak widać, lubię tak sobie przeskakiwać z książki do książki…

M.D.: Jakie ma Pan plany na przyszłość? Pisze Pan już coś nowego?
Ch.Y.: Właśnie trwa ostatni etap pisania mojej kolejnej książki – końcowe redagowanie tekstu. Jest to zbiór krótkich historii zatytułowany „Sorry Please Thank You”, który będzie wydany przez Pantheon w lipcu 2012 roku. Będę też pracował nad powieścią, której tytuł roboczy to „Trylogia”. Zbieram też pomysły na książkę dla młodzieży. I może jeszcze jakaś powieść graficzna…

M.D.: Dziękuję za rozmowę

Ch.Y.:Dziękuję bardzo!