Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (191) / 2011

Monika Glosowitz,

OFELIA V.2.2

A A A
[…] niewielki zbiór próz, w którym aluzje do kanonicznych dzieł literackich mieszają się z odniesieniami do popkultury. Bohaterki […] to głównie kobiety, pragmatyczne, oniryczne, poetyckie, wulgarne, czasem sponiewierane… („Biała Ofelia”, s. 96)
„Biała Ofelia” nie jest pierwszą książką prozatorską Julii Fiedorczuk, choć pierwszą powieścią. Wcześniej pojawiła się kolekcja „Poranek Marii i inne opowiadania” oraz cztery tomy poetyckie: „Listopad nad Narwią”, „Bio”, „Planeta rzeczy zagubionych” oraz „Tlen”. Fiedorczuk nie zaskoczyła swoich wiernych czytelników nowym pisarskim wcieleniem. Mamy do czynienia z tą samą, dobrze znaną dykcją, liryczną kondensacją opisu świata przedstawionego, kreacją wykluczonych, ewolucyjną perspektywą kobiecych przemian.

Na tropie dekonstrukcji (i) histerii

„Biała Ofelia” to historia Anny. Niestety, daleko jej do Anny O., choć nam bliżej do pozycji psychoanalityków. Więc obserwujemy, jak Anna rodzi się, dorasta, starzeje, rozpada. Widzimy jej relacje z matką oraz przyjaciółką, którą poznaje po przeprowadzce do Warszawy. Każda z tych kobiet staje się jej częścią, powoli inkorporowaną, komplikującą proces krystalizowania się tożsamości bohaterki. Historia trudnych relacji układa się w ciąg rozpoznań, dys- oraz identyfikacji. Spójrzmy na kluczowy refren: „Kiedy to się stało? Gdzie ja się podziałam? Kim jest ta kobieta? I skąd się wzięło to dziecko?” (myśli matka Anny; s. 26); „[…] kim jestem? Którą z tych kobiet? I co tu jest prawdą?” (pyta samą siebie Anna; s. 168); „[…] ale gdzie ja jestem? Kim jest ta kobieta?” (myśli Anna; s. 185); „Anna pomyślała: »Kobiety. Kobieta to ja«” (s. 115).

Rzecz jasna, Anna nie najlepiej dogaduje się z matką ani jako nastolatka, ani też w dorosłym życiu. W nowej szkole zaprzyjaźnia się z Elizą, szkolną gwiazdą, która po latach znów pojawi się w jej życiu jako znana pisarka i zostanie obdarowana zachłannym, zaborczym i uzależniającym uczuciem przyjaciółki z dzieciństwa. Postaci mężczyzn są, być może nie tyle nieistotne, co zmarginalizowane, a ich kreacje nawet delikatnie karykaturalnie naiwne. Gdyby pójść dalej tym tropem separacji życiowych sfer, okazałoby się, że świat przedstawiony przez Fiedorczuk wcale nie jest „niekoniecznie biało-czarny” (to tytuł rozmowy Olgi Byrskiej z autorką). Książka jest właściwie obudowana na opozycjach, bo wyraźne są jeszcze zestawienia: prowincja–miasto, większość–mniejszość (norma–piętno): „W ciągu sześciu lat wspólnej nauki, zabawy i walki dzieci wykształciły stabilny i w gruncie rzeczy nieskomplikowany układ relacji […]. Z osobą popularną wszyscy chcą się zaprzyjaźnić, chcą usiąść w jednej ławce. […] Na drugim biegunie znajdują się jednostki, którymi się gardzi […]” (s. 14).

Niezbyt wyraźne, przynajmniej dla mnie, są sygnały przełamywania opresyjnych konstrukcji. Co więcej, bohaterka wikła się w jeszcze bardziej skomplikowane struktury zależności, odtwarzając dobrze znany histeryczny spektakl. Zwłaszcza celnie w opisach cielesnych reakcji, które stają się językiem zastępczym podmiotu: „Kiedy Eliza pożegnała się i odeszła, ciało Anny stało jeszcze przez moment w miejscu” (s. 170). Mimo że kwestia reinterpretacji histerii jako kobiecego antynormatywnego kodu została przedyskutowana w propozycjach feministek, fikcyjna adaptacja Fiedorczuk ukazuje jedynie współczesną wersję histeryczki (dyskutowaną zresztą ostatnio przez Victorię Bekiempis na łamach „Guardiana”, Susan Bordo już pod koniec lat 80. widzi anorektyczki, bulimiczki jako współczesne wcielenia histeryczek). Owszem, autorka „Bio” świetnie diagnozuje i generalizuje stan emancypacyjnego projektu zakleszczonego jeszcze w opresyjnych mechanizmach społecznych, pozwalając jednocześnie bohaterce na trochę radości w smutku i naiwnej aktywności. W wyraźnej opozycji rysuje portret kobiety niezależnej (bezdzietnej sławnej pisarki) i pewnej siebie. Obydwie kreacje są jednak do bólu karykaturalne i irytujące, i nawet gdyby je potraktować jako odmianę kobiecego Dra Jekylla i Mra Hyde’a, to daleko temu zestawieniu do – dajmy na to – „Amatorek” Elfride Jelinek.

Autoanaliza

Nie mam zamiaru klasyfikować tej powieści jako feministycznej czy lesbijskiej (choć uważam, że odżegnywanie się od nazwania obecnych w książce scen „homoseksualnymi” na rzecz określenia ich mianem „onirycznych klisz” jest wyrazem pruderyjności, vide: Michu Michalski). Przyporządkowanie jest chwytem w głównej mierze komercyjnym, moja analiza ma być raczej osadzeniem na tle wcześniejszych dyskusji, w które książka i autorka się wpisują (wystarczy chociażby wywiad Anny Kałuży o znaczącym tytule „Pisać kobietą”). Chciałabym tylko zauważyć, że Fiedorczuk sprytnie postanowiła wyprzedzić krytykę i autotematyczne (ironiczne) komentarze zakamuflować w fragmentach dotyczących spotkań autorskich Elizy Adler, np. : „ – […] to mnie niepokoi z feministycznego punktu widzenia […]. – „Niezupełnie się z panem zgadzam. […] Nie można tak po prostu wyrzec się feminizmu” (s. 115). Celne gesty, jednak od literatury wymaga się nie wypełniania ideowych postulatów, a zaklinania rzeczywistości hic et nunc. Wessania czytelnika/czki w wykreowany świat. Żadna z ofeliowych postaci nie jest na tyle silna, aby mnie przeciągnąć na drugą stronę. Na marginesie, Sabina Bauman twierdzi, że „[n]ie ma u Fiedorczuk ani jednego banalnego, zgranego porównania, sztampowego epitetu czy zdania, które byłoby pretensjonalne, przeintelektualizowane albo fałszywe” (cyt. za Biurem Literackim). Fakt, uwielbiam wielkie pająki i figurę pajęczycy, o których można by tu jeszcze sporo opowiadać, ale „definitywne wyjście z mroku” i rozkwitające w dole brzucha białe kwiaty to estetyka powieści/piosenki młodzieżowej, na pewno nie moja.

Radykalny pesymizm

Fiedorczuk konsekwentnie nazywa swoją bohaterkę „rozbitką” czy „wygnanką”. Porzuca ją w smutku, który paradoksalnie ma być źródłem radości: „Był w tych myślach otchłanny smutek, ale jednocześnie – i to było całkiem niezrozumiałe – Anna czuła się nieomal (do łez) szczęśliwa” (s. 109). Szczerze mówiąc, nie podzielam tej radości, nawet jej nie czuję. Bohaterka mnie po prostu irytuje w swojej upartej bezsilności pomieszanej z współzależnością. Małe miasteczko, z którego wyjeżdża, jest kolejną kliszą raju utraconego. Sentymentalizm i wiktymizacja bohaterki przypominają strategię „radykalnego pesymizmu” obecną w teoriach feministycznych od lat 70. do 90., a obawiam się, że w Polsce przełamywaną dopiero od niedawna. I, broń boże, nie chodzi o to, żeby literatura nadążała za akademią. Jednak chciałoby się już czegoś poza reprodukowaniem ciągle tych samych obrazów w unowocześnionych dekoracjach (histeryczki-mistyczki) i taplaniem się w melancholijnej symbolice (chociażby wszelkich wodnych konotacjach). Obiecująco brzmią ostatnie fragmenty książki, gdzie pojawia się nieco niewyraźna wizja transformacji czy multiplikacji podmiotu, ni to kobiety, ni mężczyzny. „Kiedy byłam kobietą, niosłam ci dom z powietrza, tobie, komuś, jej, a teraz… […] I zaraz robi się cieplej, ciepło, miłośnie” (s. 186). Od razu lepiej.
Julia Fiedorczuk: „Biała Ofelia”. Biuro Literackie. Wrocław 2011.