Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (191) / 2011

Sławomir Iwasiów,

PAMIĘTAJCIE O MIEDZIANCE

A A A
To jest opowieść najtrudniejsza ze wszystkich opowieści, ponieważ dotyczy tego, czego fizycznie nie ma, a co istnieje jedynie we wspomnieniach, anegdotach, notatkach, co zachowało się na zdjęciach – nie znaczy to jednak, że reportaże Filipa Springera z tomu „Miedzianka. Historia znikania” zdominowała fikcja literacka. Debiutancka książka Springera (ur. 1982), reportera i fotografa związanego między innymi z tygodnikiem „Polityka”, to zbiór reportaży o miejscu, które zniknęło z mapy – tytułowa Miedzianka (niemiecka nazwa: Kupferberg) była osadą o tradycji sięgającej średniowiecza, położoną na Dolnym Śląsku, „zlikwidowaną” w latach 70-tych ubiegłego wieku. Co się stało z Miedzianką? Dlaczego, dosłownie, została usunięta z powierzchni ziemi? Czy można tak po prostu zapomnieć o tym mieście?

Na pewno nie zapomnieli o Miedziance mieszkańcy tych okolic – zarówno Niemcy, jak i Polacy. To jedno z osobliwych miejsc, które posiadały lub wciąż posiadają podwójne obywatelstwo, polsko-niemiecką tożsamość, tak charakterystyczną dla wsi i miasteczek położonych wzdłuż zachodniej granicy Polski z Niemcami, na Śląsku, ziemi lubuskiej czy Pomorzu Zachodnim. Springer wykorzystuje złoża pamięci mieszkańców Śląska, po polskiej i niemieckiej stronie granicy, i wysłuchując ich historii opowiada swoją wersję wydarzeń. „Miedzianka. Historia znikania” to zapis wrażliwości Springera, który szuka pozostałości, śladów, znaków przeszłości w tym, co jeszcze zachowało się z przeszłości, a już niedługo, prawdopodobnie, na dobre przestanie istnieć.

Miedzianka to także miasto, przez które można prześledzić osobliwą historię tej części Europy – bardzo bogatą i różnorodną, ale też naznaczoną licznymi, mniejszymi lub większymi, katastrofami. Skróconą wersję dziejów Miedzianki przedstawia autor z encyklopedyczną dokładnością w pierwszym rozdziale książki – dowiadujemy się o pochodzeniu nazwy (w górniczej osadzie wydobywano między innymi miedź), niemieckich korzeniach, wpływach wojen na życie mieszkańców, rozkwicie i zapaściach gospodarczych. Takie wprowadzenie jest przydatne, ponieważ pozwala lepiej określić tożsamość tego miejsca. Więcej w tym wszystkim, niestety, klęsk niż zwycięstw, więcej bolesnego doświadczenia niż perspektyw na przyszłość – może na pesymistyczne wrażenie wpływa fakt, że już od początku czytający poznają zakończenie tej historii. Na przykład w reportażu „Butelka” Springer zajmuje się browarem, w którym produkowano lokalne piwo. Właściwie to jeszcze nie reportaż, a zapowiedź reportażu, przedsmak historii, opowiedzianej gdzieś dalej (motyw browaru przewija się w książce kilkakrotnie). Dzisiaj nie ma browaru, ale został korek od butelki z piwem: „A zatem korek. Za stary, by traktować go jak pospolity śmieć, za młody, by uznać za zabytek. Bryłka porcelany z czerwonym emaliowym napisem: KUPFERBERGER BRAUEREI. G. FRANZKY. Żadnej daty, nic więcej. Uszczelkę już szlag trafił, tak samo jak metalowy kabłąk, którego resztki tkwią jeszcze w otworze” (s. 22). Korek to archeologiczny ślad, znak historii, dzięki któremu można się jej przyjrzeć z bliska – podobnie jak nazwie browaru, przypominającej o niemieckiej przeszłości miasta. Takich właśnie śladów szuka reporter, ponieważ tylko dzięki nim może sięgnąć do sedna dziejów Miedzianki – tym sednem jest wielokulturowa różnorodność, którą dzisiaj obserwujemy na przykładzie Unii Europejskiej, wspólnej, ale w ramach państw narodowych zachowującej odrębne kulturowe wartości.

Dolny Śląsk to miejsce spotkania różnych kultur, wielokrotnie wystawianych na próbę przetrwania. Mocnym cięciem w historii Miedzianki jest druga wojna światowa: najpierw widmo nazizmu – przeczuwane, choć nie do końca rozpoznane, potem nadejście Armii Czerwonej, wysiedlenia i zajęcie miasta przez Polaków. Wszystkie te wydarzenia zlewają się w jedno, choć przecież nie były takie same, nie można ich ze sobą bezrefleksyjnie zestawiać, ale jednak mają coś wspólnego – zmieniły wiele w świadomości mieszkańców. Jak pierwszy pochód Hitlerjugend, opisany w reportażu „Nie zwlekaj, o Panie”: „Słuchali już wtedy, gdy tamci szli od strony Jannowitz. Mocny, miarowy krok podkutych butów. Stukali nimi o bruk. Śpiewali piosenki. Nikt nie spodziewał się tego, co zaraz się wydarzy. Gospodynie stały przy kuchniach (dochodziła pora obiadu), mężczyźni wracali z pracy, dzieciaki dokazywały na ulicach, upał skraplał się nad pięknym i zielonym Kupferbergiem” (s. 58). Wspomnienia mieszkańców Miedzianki to nie tylko osobiste wrażenia, ale też dowód na to, że Stary Kontynent wiele przeszedł w ciągu ostatnich pięciuset lat (a najwięcej być może w XX wieku) – mimo wszystko wojny, kataklizmy, zapaści gospodarcze nie doprowadziły osady do ostatecznego upadku, a jej mieszkańcy zawsze wychodzili jakoś z opresji. Taki stukot butów maszerujących w różne strony słychać było w Miedziance nie raz.

Po drugiej wojnie odwracają się porządki, Niemcy zostają zepchnięci na zachód, a ze wschodu przychodzą nowi osiedleńcy. Dotychczasowi mieszkańcy to teraz uciekinierzy, na ich miejsce pojawiają się Polacy szukający domu. Wyjeżdżający nie mają łatwego życia, jak dowiadujemy się z dalszej części tekstu „Nie zwlekaj, o Panie”: „Ci, którzy jadą zimą, mają najgorzej. Transporty wyruszające z Dolnego Śląska rzadko są ogrzewane. W wagonach brakuje piecyków, nie każdy skład ma przydzielonego lekarza, są problemy z zaopatrzeniem w żywność. Nie zawsze przesiedleńcom udaje się ją zabrać ze sobą, niekiedy tracą ją na dworcach podczas kontroli bagażu. Wśród ludzi krążą opowieści o pociągach śmierci. Jednym z nich jest ten, który zimą 1946 roku wyjeżdża z Wrocławia. Jadą nim 1543 osoby, z czego jedna trzecia to dzieci i młodzież. Polacy nie pozwalają podróżnym zabrać słomy do wagonów, nie zapewniają też piecyków (s. 85). Widać tu, jak i w kilku innych fragmentach, chłodny stosunek Polaków do Niemców albo w ogóle – brutalność wojny. Najbardziej dojmujące i trudne w ocenie są wszelkie konflikty na podłożu narodowościowym czy wyznaniowym, szczególnie widoczne w pierwszej połowie XX wieku: niemiecko-żydowsko-polskie waśnie wśród ludności, prześladowania i przesiedlenia, na pewno wpłynęły na wizerunek miasta i tożsamość jego mieszkańców. Z reportażu „Ostatni” dowiadujemy się, że ostatni Niemcy opuszczają Miedziankę w 1957 roku (s. 155). Oni sami, już starsi, będą później wracali w poszukiwaniu śladów własnej przeszłości.

To ciekawe, ale tak samo jak Niemcy „znikają”, podobnie Polacy będą opuszczali Miedziankę, choć przecież z innych powodów. Z innych powodów będą też wracali do Miedzianki po tym, jak zniknie. Przyczyn „wymarcia” miasta znajdujemy w książce Springera kilka: waśnie sąsiedzkie, nieprzyjazne siły z zewnątrz, problemy z górnictwem... Prawdą jest, że po odnalezieniu przez Armię Czerwoną znacznych złóż uranu w tej okolicy doszło do nadmiernej eksploatacji kopalni. W reportażu „Ten drugi cmentarz” mieszkańcy i górnicy pracujący na dole relacjonują: „Wszyscy wiedzieli, co kopią, i wszyscy o tym mówili. Całe miasteczko wiedziało, co dzieje się w kopalni, bo niektóre szyby stały zaraz obok prywatnych domów i nie były niczym ogrodzone. Trzeba było uważać, żeby dzieciaki się tam nie pałętały” (s. 123). Kiedy w wyniku nieodwracalnych zniszczeń w kopalni zawalają się szyby, ludność zostaje zmuszona przez władze PRL-u do opuszczenia Miedzianki i przeprowadzek, między innymi do Jeleniej Góry. W 1973 roku, na mocy administracyjnej decyzji, Miedzianka przestaje istnieć. Ale czy na zawsze? Zostaje przecież taka historia jak ta, którą opowiada Springer.

Co zatem znajdujemy w tej książce? Reprezentację nieistniejącego miejsca? Relację naocznych świadków „znikania”? Rekonstrukcję historii? Literacką narrację pisaną w trybie reportażu? Z podobną wrażliwością na ludzkie doświadczenia przedstawiła Nową Hutę Renata Radłowska w książce „Nowohucka telenowela” (wydanej przez Czarne w tej samej serii – „Reportaż”), z tym że raczej opisywała powstawanie miasta i jego przemianę wczasach PRL-u. Paralele dałoby się przeprowadzić także w zestawieniu z wątkami powieściowymi (choć to inny tryb narracji), na przykład z książek Jenny Erpenbeck („Klucz do ogrodu”) czy Julii Franck („Południca”), gdzie poznajemy niemieckie opowieści o wojnie. Tutaj, podobnie jak w tych powieściach, widzimy oczami wyobraźni fantom historii.

Zatem, czy Miedzianka faktycznie zniknęła? Odpowiedź nie będzie jednoznaczna, ponieważ, tak przynajmniej można wnioskować po lekturze reportaży Springera, historia znikania nie dotyczy tylko tego miasta, ale w ogóle jest charakterystyczną cechą czasów, w których żyjemy. „Znikanie”, entropia, rozpad – jakkolwiek nie nazwiemy tego zjawiska – wszystko to sprawia, że dobrze nam znany świat z wolna przestaje istnieć. Co w takim razie pozostaje? Przemysław Czapliński stwierdził niedawno w książce „Resztki nowoczesności” (Kraków 2011), że w spadku po historii zostają nam skrawki, odpady, zacierające się ślady, z których powstają współczesne literackie narracje o świecie bez mocnych fundamentów, opowieści o tym, czego w gruncie rzeczy nie da się opowiedzieć. Ludzkość, według Czaplińskiego, przeżyła wiele „końców” i „postów” (koniec historii, koniec nowoczesności, koniec filozofii), a teraz musi się pocieszać tym, co zostało. W pewnym sensie książka Springera jest obrazem diagnozy Czaplińskiego – nie ma Miedzianki, ale coś zostało, są opowieści o niej, skrawki historii, małe narracje, które autor układa w całość, nową opowieść czy też po prostu jej kolejną wersję, odkurzoną i poprawioną.

Miedzianka zniknęła, ale czytając książkę Springera mam jednak wrażenie, że dobrze znam to miejsce...
Filip Springer: „Miedzianka. Historia znikania”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2011 [seria: Reportaż].