ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (192) / 2011

Anna Krawczyk,

TRZECIA DROGA DO PRL-U?

A A A
„Mulat w pegeerze”, kolejne „dziecko” reportażowej serii Krytyki Politycznej obiecuje czytelnikowi wiele. Z przedmowy redaktora tomu, Krzysztofa Tomasika, której fragment zostaje przedrukowany na odwrocie książki, dowiadujemy się, że uzupełniać ma ona lukę w puzzlach zwanych „PRL-em”, do tej pory niekompletnych, ponieważ składających się z elementów, które dostarczył nam IPN lub filmy Barei. Ja sama, która PRL najlepiej znam z opowiadań babci, a której dyskurs jest na wpół „barejowsko-IPNowski”, byłam bardzo ciekawa, jaką trzecią drogę do tej, jakby nie było, części mojego dzieciństwa, uda mi się odnaleźć.

Choć jak głosi ludowe przysłowie, nie ocenia się książki po okładce, „Mulat w pegeerze”, zaprasza nas do mikroanalizy: oto na pierwszy rzut oka dostaje się nam malownicza grupa golasów obojga płci, zwróconych ku nam pośladkami. Plaża, lato, nagość: to też może być PRL! – wydaje się głosić ten odważny obyczajowo obrazek. Być może nie będzie to zbyt śmiałym skojarzeniem, jeśli napiszę, że to, co powyżej wyłania się z chaosu „rozpikselowanych” kwadratów widniejących na dole okładki. Czyżby wyprowadzanie porządku z chaosu? A może swoisty Matriks, który pozwala „re-produkować” historyczne narracje?

W opiniach na temat „Mulata...” pojawia się zdanie, że poza nielicznymi (sic!) „sygnałami” PRLu, wszystkie historie mogłyby się rozegrać w czasach dzisiejszych. Mnie niestety przychodzi się z nim nie zgodzić. Otóż, historie opisane w „Mulacie…” nie miałyby szans zaistnieć w dzisiejszej Polsce, a nawet jeśli, to jako sytuacje patologiczne, dziwne i szokujące – lub odwrotnie: naturyzm czy transseksualizm dzisiaj raczej nikogo nie szokują i nawet jeśli nieraz stają się powodem drwin czy uszczypliwości, to tak zwana Poprawność Polityczna póki co działa jak należy. Dzisiaj testy DNA są na porządku dziennym i gwarantują stuprocentową pewność (nie tak, jak w reportażu „Sprawa dla reportera”), do Buenos Aires nikt nie pływa statkiem (tak jak w „Prawdziwych polskich drogach”), a przede wszystkim: dzisiaj dziewczyna, która była chłopcem (Michał/Michalina) znalazła się w finale programu Top Model, w przeciwieństwie do bohatera reportażu „Kobieta w męskim ciele” nie musiała porzucać dwóch żon i dwójki dzieci, zaś jej problemy są zupełnie innej natury niż problemy Eligiusza/Elżbiety. Wszystko to nie powinno być odbierane jako zarzut wobec książki. Wręcz przeciwnie – być może jej największą wartość można upatrywać w tym, że pokazuje, w jaki sposób zmienił się nasz język mówienia o różnych sprawach: nie tylko język potoczny, ale również język publicystyki, nauki i polityki.

To, co w „Mulacie…” może drażnić, a co jest albo rysem ówczesnego reportażu w ogóle, albo wykreowanym przez redaktora mitem PRLowskiej publicystyki – to na pewno „puszczanie oka” do czytelnika. Większość reportaży została dobrana tak, aby uzyskać obraz społeczeństwa „wolnego mimo niewoli”, zmagającego się z zabobonami i zgodnie prącego ku „nowoczesnemu myśleniu”. W ten nurt wpisują się: tytułowy „Mulat w pegeerze”, „Rolnicze matrymonium", „Kobieta w męskim ciele”, „Opiekunki do wynajęcia”, „Ruch gołych”, „Sprawa dla reportera” oraz „Panienki do wynajęcia”. Każdy pragnie miłości, każdy pragnie seksu – młoda, niedoświadczona, wiejska kobieta, nieatrakcyjny rolnik, starsza, schorowana kobieta, transwestyta, nudysta, prostytutka; słowem – każdy zasługuje na wysłuchanie i zrozumienie. Założenie, całkiem słuszne i jakże szlachetne, w praktyce okazuje się nieco rozmijać z rzeczywistością, ponieważ niektóre z wymienionych postaci, mają de facto do powiedzenia niewiele. Reportaż „Sprawa dla golasa” na przykład obraca się wokół skandali wywołanych przez nudystów i „nie oddaje głosu” tym naturystom, którzy chcieliby dokładnie wyjaśnić, na czym ów ruch się opiera. W efekcie pozostajemy na poziomie ogólników – że nagość jest stanem naturalnym, że trzeba odrzucić uprzedzenia etc. – które ostatecznie zostają powiązane z rewolucją seksualną i rozluźnieniem norm obyczajowych. Ale konstatacja, że w PRLu seksualność kwitła bujnie, to też chyba żadna nowość.

Reportaż naprawdę wstrząsający, pokazujący, że bez względu na okoliczności, najstraszniejsze pomysły lęgną się w ludzkich głowach, to „Śmierć Daniela” Edmunda Żurka – historia sześciolatka zakatowanego przez macochę za nieumiejętność kupna sznurowadeł. Oczywiście – wstrząs, jakiego doznaje czytelnik w trakcie lektury pochodzi niewątpliwie z samego tematu historii. Jednak jest w tym reportażu coś, czego chyba zabrakło innym – wyciszenie, asceza, obiektywizm, wielostronne relacje świadków, znajomych… Już sam jego tytuł pokazuje, z jaką „chirurgiczną precyzją” jest on skomponowany – Daniel to nie tylko imię, ale również nazwa zwierzęcia słynącego z łagodności i uległości. Daniel, kilkuletni bohater tej historii, w obliczu stosowanej wobec niego przemocy fizycznej również jest uległy, bierny. Wydaje się, że właśnie to zestawienie – z jednej strony dziecięca naiwność i ufność, a z drugiej: nieokiełznana ambicja i tłumione popędy oraz chęć „dobrego, jak najlepszego wychowania”, przedstawione w sposób niezwykle spokojny i rzeczowy – szokuje najbardziej.

Warto również zwrócić uwagę na jeszcze jeden rys wszystkich reportaży. Moim zdaniem, choć nie wiem czy było to zamierzeniem redaktora, w każdym tekście widać, jak w samym środku komunizmu rodzi się jak najbardziej współczesny kapitalizm. Niemal w każdym reportażu, kolokwialnie rzecz ujmując, „chodzi o kasę”. Przez spory finansowe rozpadają się rodziny („Prawdziwe polskie drogi”, „Gdzie jest skarb”, „Opiekunka do wynajęcia”), bardziej chyba nawet niż ludzkie dramaty w czasie rozstań naświetlona jest kwestia alimentów („Kobieta w męskim ciele”, „Sprawa dla reportera”), wizja ukrytego skarbu odbiera jednej z bohaterek zdolność trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość („Gdzie jest skarb”), nawet ludzkie życie i problemy, mogą stać się towarem („Opiekunki do wynajęcia”, „Panienki do wynajęcia” – na marginesie: urocza zbieżność tytułów). Słowem: obok przekazu „każdy pragnie miłości”, mamy drugi, równie mocny – „każdy pragnie pieniędzy”.

Jak w każdej książce „zlepionej” z tekstów różnych autorów, są w „Mulacie...” miejsca niezwykle smakowite, ale zdarzają się także ciężkostrawne. Ostatecznie, to czy ta lektura będzie potrafiła wskazać czytelnikowi „trzecią drogę” do PRLu, od samego czytelnika zależy. Dla mnie zgromadzone w tym tomie reportaże nakładają się na wszystko, co o epoce części mojego dzieciństwa czytałam, oglądałam i słyszałam. Powstawanie takich książek jest cenne i niebezpieczne jednocześnie. Cenne, bo dowodzi, że jest w mentalności Polaków moment, z którym nie możemy się uporać. Niebezpieczne, ponieważ wyciągnięte z przeszłości reportaże-artefakty, mogą zacząć funkcjonować, jak borgesowskie hröniry – nie pomagać w re-konstrukcji historycznej rzeczywistości, ale nie oglądając się na nic, symulować ją, w różnych, może nie zawsze szlachetnych, celach.
„Mulat w pegeerze”. Red. Wojciech Tomasik. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2011 [„Seria Publicystyczna”, t. 10].