Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (192) / 2011

Olga Knapek,

PRZYBRUDZONA KLASYKA

A A A
Trochę jak The Bravery, odrobinę jak Roisin Murphy. Nieco podobni do Get Set Go, prawie jak Lisa Loeb, ale z drugiej strony też jak Iron and Wine z odrobiną U2. Na koniec – oczywiście w stylu Rihanny.

Już patrząc na samą okładkę najnowszego albumu Coldplay „Mylo Xyloto” można dostać oczopląsu. W tle zarysowana została przestrzeń miejska. Na pierwszym planie jednak przoduje eksplozja feerii barw, nowoczesny, plamiasty impresjonizm, kolokwialne pomieszanie z poplątaniem. Niczym narkotyczna wizja albo wizualizacja z Winampa „Mylo Xyloto” zaprasza do równie zakręconej historii na pierwszym chyba, w historii Coldplay concept albumie. Pierwsze spojrzenie na płytę pozwala przewidzieć, co znajdziemy w środku. Na pierwszy rzut ucha może się wydawać, że treść muzyczna jest równie „zapaćkana”, zaplamiona różnymi brzmieniami. Czasem zbyt progresywna, dziwnie orkiestrowa. Z drugiej strony zdumiewa odurzający niemal patos, podniosłość, która dzięki wysokim oktawom przebija się na pierwszy plan. W partiach bardziej lirycznych sprawia to wrażenie mistycyzmu, religijności i obrzędowości. Przywodzi na myśl stan ekstazy, w której przed osłupiałym ciałem obrazy przesuwają się niczym klatki przyspieszonego filmu.

Filmowość tej płyty jest w związku z tym bardzo wyraźna. Nie tylko brzmieniowo „Mylo… ” przypomina nam jakąś jedną, synchroniczną historię. Również treściowo album jest jedną opowieścią inspirowaną „American Graffiti” – zapewne ze względu na mozaikowy charakter obu przedmiotów. Romantyczna historia, którą piosenkami opowiada nam Coldplay jest jednocześnie zimna, modernistyczna, nowoczesna, z drugiej epatuje nadzieją, niesie boski blask i historię o spełnieniu. Miękkość klawiszy przyćmiona jest przez nałożony na dźwięk metaliczny pogłos. Z kolei ostre brzmienie gitary wsparte jest domowymi, akustycznymi akordami. Jeden element równoważy drugi sprawiając, że to, co początkowo mogło wydawać się niezrozumiałą mnogością – jest spójną całością. Narracja muzyczna prowadzona jest przez wyraźną i konsekwentną linię perkusji. Głos wokalisty lawiruje między dźwiękami stanowiąc uzupełnienie pozostałych instrumentów. Nikt z muzyków nie pełni roli przewodniej, wszyscy są równorzędni. Takie równouprawnienie, w przypadku Coldplay, nie spowodowało monotonii czy współgrania typowego dla smooth jazzu czy britpopu. „Mylo Xyloyo” to eksplozja żywotności. Mimo połączenia tak różnych elementów (współpraca m.in. z Rihanną) – całość brzmi zaskakująco spójnie.

Podstawową cechą nowego albumu Coldplay będzie zatem dynamika, połączenie indywidualizmów różnych barw muzycznych. Stworzona na użytek melomanów niesamowita mozaika grająca jest niczym pozytywka, z której zamiast tendencyjnej muzyczki – rozbrzmiewa oszałamiający i piękny nadmiar. Kiedy na swojej poprzedniej płycie Coldplay jasno i wyraźnie zadeklarowali, że ich muzyka więcej nie zbliży się do U2-i im podobnych nut i brzmień – część z fanów odeszła. Na szczęście ta grupa została zastąpiona ekipą odchowaną na Pink Floyd. Choć Coldplay do legendy rocka jeszcze daleko – widać wśród muzyków podobne zaangażowanie, umiłowanie do patosu (który nie jest prześmiewczy lub nieudany), konceptualność. Jeśli nawet nigdy nie zagrają tak jak Floydzi – zdobędą równie wielką rzeszę fanów i szacunek branży muzycznej. Już na “Viva la Vida or Death and All His Friends” czy “Prospect March” pokazali, że świetnie potrafią pogrywać z publicznością. Bawili się nowymi pomysłami wspartymi na klasycznych zasadach kompozycji, co ograniczało nieco muzyczną frywolność. Tu, na „Mylo…” klasyczne przepisy bezpieczeństwa zostały zastąpione przez balansowanie na krawędzi.

To bardziej niż pewne, że zarzucone zostanie Coldplay podobieństwo do najnowszego albumu Rihanny. Nie powinno się jednak traktować tego niczym przytyku. Tak się synchronicznie składa, że świeżynka od ślicznotki z Barbados jest również niczego sobie i nieco wyższych lotów niż popowa papka jej konkurentek. Połączenie z Coldplay Rihannie przyniosło nieco więcej klasy, stylu i nowości. Chłopcy z Wielkiej Brytanii dzięki niegrzecznej współpracownicy nauczyli się odpowiednio brudzić swoją muzykę – z dobrym, a nawet świetnym efektem.
Coldplay: „Mylo Xyloto” [Parlaphone, EMI, 2011].