Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (193) / 2012

Michał Paweł Urbaniak,

GEJOWSKIE INICJACJE LITERACKIE 2011 (1)

A A A
Wstęp

Tytuł niniejszego szkicu stanowi nawiązanie do terminu „gejowska jesień literacka 2007”. To właśnie w tamtym czasie – w pewnym sensie jako pokłosie przełomowego „Lubiewa” Michała Witkowskiego – na polskim rynku ukazało się kilka powieści istotnych dla polskiej literatury LGBTQ: „Berek” Marcina Szczygielskiego, „Ja, czyli 66 moich miłości” Bartosza Żurawieckiego, „Śmierć w darkroomie” Edwarda Pasewicza, „New Romantic” Michała Zygmunta. Każdy z tych utworów ujmował problematykę mniejszości seksualnych nieco inaczej, każdy był odmienny gatunkowo (kolejno: gejowski romans, powieść-literacka polemika z „Lubiewem”, kryminał, political fiction), ale wydaje się, że wszystkie łączył jeden cel: przekonanie społeczeństwa do homoseksualistów, pokazanie, że nietolerancja jest krzywdząca, bo właściwie heteroseksualny Kowalski nie różni się znacząco od homoseksualnego Kowalskiego – obaj mają podobne marzenia, pragnienia, wątpliwości i problemy. Twórcy tych powieści przedstawiali swoistą martyrologię polskich homoseksualistów („Śmierć w darkroomie”, „New Romantic”) i/lub powoływali do życia postaci, które po prostu dały się lubić („Berek”).

W tym roku wśród nowości wydawniczych nie brakuje również takich, które poruszają problemy mniejszości seksualnych. Częściowo są to debiutanckie powieści: „Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu” Adama Mikołaja Zdeba, „Siedem szklanek” Magdaleny Zych, „Gej w wielkim mieście” Mikołaja Milckego, „Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość” Dariusza Chęcińskiego. Warto się przyjrzeć tym debiutom, aby zobaczyć, jak zmienia się polska literatura LGBTQ, jak pisarze nowego pokolenia odbierają kwestię homoseksualizmu, w jaki sposób odwołują się do swoich poprzedników (bądź się im przeciwstawiają).

Termin „gejowskie inicjacje literackie 2011” jest zasadny nie tylko dlatego, że tym razem mamy do czynienia z inicjacjami pisarskimi (przypomnę, że twórcy z „gejowskiej jesieni literackiej 2007 – poza Zygmuntem – publikując wyżej wymienione powieści mieli już swój dorobek literacki). Bohaterowie Zdeba, Zych, Milckego i Chęcińskiego zazwyczaj nie są ukształtowani tak jak ci z książek Szczygielskiego, Zygmunta, Pasewicza czy Żurawieckiego. To postaci dopiero przeżywające swoje inicjacje – Kuba z „Siedmiu szklanek”, narrator „Geja w wielkim mieście”, główny bohater powieści Chęcińskiego wkraczają w dorosłość, starają się odnaleźć własne „ja” (w przypadku Adama z „Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu” będzie to próba wyjścia z żałoby i odzyskania samego siebie). Jednak czy wszystkie te inicjacje – zarówno bohaterów, jak i debiutujących prozaików – należą do udanych?

Mężczyzna porzucony

Debiut Adama Mikołaja Zdeba został wydany w formie e-booka w ramach systemu self-publishing. Istnieje pewna obiegowa opinia – niepozbawiona całkiem solidnych podstaw – wedle której publikacja poczyniona z autorskich pieniędzy, bez pośrednictwa tradycyjnego wydawcy, nie przedstawia sobą wielkiej wartości. Cóż, „Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu” zadaje kłam temu twierdzeniu.

Narratorem jest dwudziestodwuletni Adam (czyżby alter ego autora?). Całość osnuta jest może nie tyle na jakimś pomyśle fabularnym, co na opisie emocji. Zawikłany monolog bohatera krąży wokół jego samotnych zmagań z przytłaczającą codziennością. Trzymiesięczny związek Adama rozpadł się, gdy ukochany Maciek go zdradził. Bohater zupełnie nie radzi sobie po odejściu partnera, oscyluje między miłością i nienawiścią do byłego partnera i stopniowo stara się odzyskać samego siebie.

W „Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu” fabuła ma marginalne znaczenie. Zdeb skupia się raczej na przedstawieniu stanów emocjonalnych bohatera związanych z rozstaniem, zagubieniem i poczuciem osamotnienia: „na pierwsze śniadanie biję więc brawo. w ten sposób chcę spuścić łomot dłoniom pragnącym mocnego uścisku jego [tj. Maćka – przyp. mój – M.P.U.] dłoni. na drugie śniadanie wygarniam łyżeczką masę jogurtową z plastikowego kubeczka. chcę zatkać nią zdradzieckie usta [wzywające imienia Maćka – przyp. mój. – M.P.U.], które dodatkowo zwilżam językiem. powstaje myśl na szybko: jak – dorosnę – to – zostanę – owocem – jogobelli. chciałbym wierzyć, że dorosnę do owocowej przyszłości” [we wszystkich cytatach zachowałem oryginalną pisownię – M.P.U.]. Początkujący prozaik dokonuje więc swoistej wiwisekcji na Adamie – i jest to zarówno zdumiewająco kunsztowne literacko, jak i przekonujące pod względem psychologicznym: „pogrążam się w nieuchwytną plątaninę subtelnie niezdrowych nastrojów. w plątaninę, na dnie której jak olbrzymi włochaty pająk czatuje obłęd. chcę wierzyć, że znajdzie się ideał, który nie zgubi się w moim wirtualnym labiryncie. ideał, który otworzy po kolei każde z zamkniętych drzwi. on to dobrowolnie wydałby się na mękę i poprowadziłby pająka na rzeź, bo ideał nie ma arachnofobii. nie ma ideałów w formie człowieka niestety”. Co istotne, czytelnik nie zostaje wtajemniczony w rozmaite szczegóły – sama historia związku Adama i Maćka oraz ich rozstania jest opowiedziana dość pobieżnie. Być może byłby to nawet mankament tej prozy, gdyby nie fakt, że Zdeb po prostu skupia się na przedstawieniu samych mechanizmów wraz z towarzyszącymi im stanami psychicznymi czy uczuciami jednostki (dlatego choć w gruncie rzeczy niewiele wiadomo o samym narratorze, jest on po prostu autentyczny). Podważa przy tym samą ideę miłości, której wizja przedstawiana w tytułowym różu (na przykład w filmach czy książkach) nie sprawdza się w rzeczywistości – nie jest szczęściem a trudnym docieraniem się zupełnie odrębnych osób (jak w jednym z wierszy: piję espresso/ a ty fusy/ tupiesz nogą/ a ja zmącony spokój czuję/ nie jest mi dobrze/ ale jest w sam raz).

Tę plątaninę emocji (od miłości, przez tęsknotę, aż po rozpacz i nienawiść) świetnie podkreśla również forma oraz zastosowane zabiegi literackie. Proza jest tu przetykana poezją (albo na naprawdę wysokim poziomie albo świadomie tandetną). Zdeb ponadto udowadnia, że potrafi bawić się językiem z niemniejszą maestrią niż Kuczok, Witkowski czy Shuty. Pojawiają się tu takie sformułowania czy gierki lingwistyczne jak „cytanię do ciebie odmawiam” (przy okazji wiersza o cytatach), „kłamasutra”, „opal ognisty do buta wpadł troszkę poparzyć” czy „z prochu się otrzep, a w spiż się obrócisz”. Debiutujący prozaik śmiało pogrywa również z tekstami kultury – nie tylko odwołuje się do popularnych sloganów reklamowych, ale także do literatury (poezja lingwistów, Biblia, mitologia grecka, a wreszcie twórczość Elfriede Jelinek, do której nawiązuje poprzez specyficzne ukształtowanie stylistyczne swej powieści). Dużym atutem jest też narrator – nie tylko autentyczny w swoim cierpieniu, ale również błyskotliwy, ironiczny, czasem pozwalający sobie na gorzki humor.

Zdeb pisze o sprawach uniwersalnych – i właściwie w tej powieści kwestia homoseksualizmu głównego bohatera mogłaby wcale nie mieć znaczenia. W „Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu” brak motywów, które można spotkać zazwyczaj w polskiej literaturze LGBTQ – dojrzewania do swojej homoseksualności i jej akceptacji, spektakularnego coming outu, wszechobecnej homofobii (matka bohatera nie ma żadnych zastrzeżeń do jego orientacji, podobnie zresztą całe otoczenie) i nie świadczy to wcale o niskim poziomie tej prozy, a raczej o jej wyróżnianiu się.

W debiucie Zdeba nie zabrakło również miażdżącej krytyki współczesnej rzeczywistości (z powracającym kilkakrotnie hasłem „urodziłem się w polsce, wyrosłem w absurdzie”). Narrator wspomina o protestach górników czy pielęgniarek, o problemach służby zdrowia, jest zjadliwy wobec ówcześnie rządzących polityków. Istotne miejsce w tych przemyśleniach zajmuje kwestia traktowania homoseksualizmu w Polsce: „geje mają tu ciężko. a no mają. dużo tu takich u koryta, którzy uważają, że wiedzą z kim, i co, i kiedy, i którym widelcem się jada. i wszystkie rozumy pozjadali. i wiedzą co to znaczy być gejem i kto nim jest i nawet używają takich pojęć jak lobby homoseksualne i chcą wprowadzać spis pedofilów wśród homoseksualistów. (…) oni myślą, że wiedzą wszystko, ale tak im się tylko wydaje”. Niestety właśnie przez takie rozważania gubi się gdzieś ścisłe ukierunkowanie tej powieści, zostaje wprowadzony niepotrzebny chaos, dobra konstrukcja upada, a debiut Zdeba wyraźnie traci impet. Jakkolwiek krytyka, zarówno homofobicznej rzeczywistość jak i środowiska homoseksualnego, stanowi nieodłączny element tej literatury (pojawia się u Zych, Chęcińskiego i Milckego, a także wcześniejszych polskich twórców LGBTQ), zupełnie nie nadaje się do tego typu powieści.

„Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu” nie wnosi zbyt wiele do współczesnej polskiej twórczości LGBTQ. Nie wnosi, bo po prostu homoseksualizm głównego bohatera jest tu pozbawiony większego znaczenia, a poruszana problematyka uniwersalna. Paradoksalnie to chyba właśnie ów brak ukierunkowania na kwestie zazwyczaj sygnalizowane we współczesnej rodzimej literaturze mniejszości seksualnych – z jednoczesną dbałością o czysto literacką stronę utworu – stanowi o sile i wyjątkowości tej powieści.

Cena samopoznania



Na drodze Kuby – wycofanego, uległego, dość introwertycznego studenta anglistyki – staje Emil, przyciągający uwagę, impulsywny artysta, który lubuje się w łamaniu norm społecznych (nosi sukienki, robi sobie makijaż, wyznaje niekonwencjonalne poglądy). Początkowa niechęć (a może i obawa) Kuby wobec ekscentrycznego chłopaka ustępuje miejsca rosnącej fascynacji. Brzmi jak scenariusz oklepanej już gejowskiej historii miłosnej – a jednak „Siedem szklanek”, debiut Magdaleny Zych, to powieść zaskakująca, niesztampowa, a może nawet najbardziej wartościowa z omawianych w niniejszym szkicu.

Nie brakuje tu motywów charakterystycznych dla typowej współczesnej prozy gejowskiej: trudna (czy miłosna, to kwestia dyskusyjna) relacja męsko-męska, odkrywanie własnej seksualności i dojrzewanie do jej akceptacji, coming out, różnorakie reakcje otoczenia na to, co niestandardowe, nieznane. A jednak nie to wybija się w tej powieści na pierwszy plan, nie to jest najważniejsze. Czasami nawet pewne kwestie – tak istotne na gruncie polskiej twórczości LGBTQ – zostają zaledwie zasygnalizowane (przebierający się w sukienki Emil mówi: „Przeszedłem bardzo długą drogę do tego… By być tym, kim jestem teraz (…) Już się dość w życiu nasłuchałem. Różni próbowali mi to tłumaczyć, także pięściami”).

Nie bez przyczyny „Siedem szklanek” zostało opatrzone mottem zaczerpniętym z „Akademii Pana Kleksa” Jana Brzechwy – pan Kleks rozszczepia się na drobne roześmiane cząsteczki, a Adaś Niezgódka wkłada jedną z takich cząsteczek do szklanki. W przypadku „Siedmiu szklanek” ową wieloznaczną, wymykającą się postacią pozostaje Emil, a stateczny Kuba wciąż próbuje go w jakiś sposób ujarzmić, czy też raczej dotrzeć do tego, kim jego partner naprawdę jest.

Głównym atutem tej powieści jest stopniowo przełamywana przeciwstawność dwóch głównych postaci. Ekscentryczny Emil pragnie za wszelką cenę uciec od etykietek, którymi zwyczajowo posługuje się społeczeństwo i staje się postacią androginiczną (fizycznie jest mężczyzną, ale przeważnie pozwala sobie na zachowania kulturowo zarezerwowane dla kobiet). Przy nim Kuba jawi się jako ktoś konformistyczny i po prostu nijaki (i o ile wydaje się to celowym zabiegiem artystycznym, o tyle nie można Zych wybaczyć słabego naszkicowania pozostałych postaci – być może debiutantce nie starczyło sił na rozbudowanie drugiego planu). W gruncie rzeczy „Siedem szklanek” stanowi swoisty „pamiętnik z okresu dojrzewania” – ale nie tyle do akceptowania swojej orientacji seksualnej, co do zyskania jakiejkolwiek osobowości. Kuba zyskuje osobowość właśnie dzięki relacji z Emilem (zostaje to symbolicznie podkreślone przez zdrobnienie imienia – tylko Emil mówi o bohaterze: Kubuś. „Więc teraz jestem już Kubusiem?” – pyta sam siebie „odrodzony” chłopak). Kubuś musi odrzucić swoje statyczne życie i otworzyć się na drugiego człowieka, a w konsekwencji zyskuje nawet własny głos (narracja w pewnych partiach tekstu staje się pierwszoosobowa). Trudno zresztą stwierdzić, czy to prawdziwe „ja” bohatera, bo zostaje mu ono niejako narzucone. Kubuś – zafascynowany, zakochany, a może tylko wdzięczny za obdarzenie jakąkolwiek osobowością? – uzależnia się od Emila, znosi jego narcyzm, zmienne nastroje, czy nawet zdrady, stopniowo rezygnując z własnych pragnień, a sama powieść przemienia się w mistrzowskie studium toksycznego związku: „Film się kończy, a ja zaczynam się robić niespokojny. Dochodzi dziesiąta, więc jeśli [Emil – przyp. mój – M.P.U.] mnie do tej pory nie wywalił, jest spora szansa, że będę mógł zostać na noc. Czekam na jakiś sygnał z jego strony; całkiem dobrze nauczyłem się je odczytywać. Jeżeli, na przykład, zacznie mi coś opowiadać albo włączy inny film – dobra nasza. Jeśli natomiast zabierze się za sprzątanie, to w zasadzie mogę się szykować do wyjścia. Chciałbym móc takie rzeczy wiedzieć od razu, bo już niejeden wieczór zmarnowałem na zastanawianie się – wyprosi, czy nie wyprosi? – zamiast po prostu cieszyć się z tego, co mam”.

Jednak najbardziej zaskakujący – i groteskowy zarazem – w „Siedmiu szklankach” jest epilog. Emil porzuca Kubę na rzecz swojej dawnej miłości i wyjeżdża do Francji. Bohaterowie spotykają się przypadkowo po jakimś czasie. Emil – niegdyś wychodzący naprzeciw konwenansom, mający za nic normy społeczne – przykładnie wychowuje dzieci wraz ze swoim francuskim partnerem, nie nosi już sukienek, maluje się jedynie okazjonalnie, a na wypominanie dawnego trybu życia reaguje zażenowaniem. W gorszej sytuacji jest Kuba, który nie przebolał dawnego rozstania, nie umie sobie też poradzić z samym sobą i zyskaną osobowością: „słyszę burczenie w brzuchu i myślę, że chyba ktoś jest głodny i potem dopiero zgaduję że to ja, mój brzuch, że to ja muszę coś zjeść moimi ustami. Wyglądam na świat przez czyjeś oczy, wyglądam przez otwory nie całkiem dopasowane, a czasem nawet dostrzegam grzbiet nosa i muszę sobie długo tłumaczyć, że nos jest też mój. (…) szukam moich myśli, szukam tych myśli, które już kiedyś miałem, tych, w których można bezpiecznie brodzić, które nie grożą nagłym porwaniem przez dziki prąd i wyniesieniem na głębinę. Nie znajduję nic. Jest tylko napięcie, niepokój i zbłąkanie”. Tymczasem szokujący indywidualizm Emila, dzięki któremu Kuba się odrodził (czy właściwie zyskał samego siebie) okazuje się złudzeniem, a wszystkie postulaty tego artysty wizjonera – pustosłowiem. W „Siedmiu szklankach” być może to Emil stanowi postać ciekawą, nietuzinkową (nawet na gruncie polskiej literatury LGBTQ), ale to właściwie Kuba jest postacią głęboko tragiczną.

Przedstawiona historia ma w sobie pewną świeżość, główni bohaterowie są przekonujący psychologicznie, a problematyka wychodzi poza standardowe ramy polskiej prozy LGBTQ (dojrzewanie do samego siebie, obrona własnej tożsamości), a całość odznacza się pewnym literackim wyszukaniem (oniryczne fragmenty, naprzemienna narracja, zaskakująca konstrukcja, podkreślające groteskowość zamknięcie klamrowe). „Siedem szklanek” stanowi przykład zdumiewająco dojrzałego debiutu – i pozostaje mieć nadzieję, że następna książka Magdaleny Zych będzie równie interesująca.
Drugą część szkicu M.P. Urbaniaka opublikujemy w kolejnym numerze dwutygodnika "artPapier".