Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (194) / 2012

Marek Doskocz, Krzysztof Gonerski,

HORROR JAKO DZIEŁO SZTUKI

A A A
Marek Doskocz: Azjatyckie kino grozy od kilku lat cieszy się w Polsce (i nie tylko) niesłabnącą popularnością. Dlaczego nie poszła za tym większa ilość publikacji książkowych? „Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy” jest bodajże pierwszym takim opracowaniem.

Krzysztof Gonerski: Tej popularności, o której wspominasz, jakoś nie widać w naszych kinach. Pamiętasz tytuł azjatyckiego filmu, już nawet nie grozy, który ostatnio oglądałeś w kinie? Nie na przeglądach czy na festiwalach, ale w zwyczajnym kinie, w normalnej dystrybucji? A dlaczego filmoznawcy tak bardzo boją się horroru? Bo nie ma u nas tradycji pisania o grozie filmowej, bo nie robi się u nas horrorów z prawdziwego zdarzenia, bo nie wypada, by poważny badacz zajmował się tak niepoważnym gatunkiem jak horror. Sądzę, że w Polsce kino gatunkowe, nie tylko horror, zawsze uważane było za coś mniej istotnego, za „drugą kategorię”, niewartą poważnych analiz. Może to echa PRL-u, kiedy to horror uznawany był za przejaw degrengolady estetycznej i moralnej Zachodu? W każdym razie o tej niechęci do kina gatunkowego w Polsce przekonałem się osobiście, kiedy miesiącami szukałem wydawnictwa, które zechciałoby wydać moją książkę. Na szczęście są jeszcze wydawcy gotowi zaryzykować pieniądze na tak niszową tematykę jak azjatycki horror.

M.D.: Teraz może w istocie nie widać tej popularności, ale pamiętam kolejki do kina na „The Ring”. Gdybyś miał polecić tegoroczne produkcje kina azjatyckiego, oczywiście filmy grozy, to jakie tytuły byś wskazał?

K.G.: „The Ring” to polski tytuł amerykańskiego remake’u japońskiego „Ringu” (polski tytuł: „The Ring: Krąg”) Hideo Nakaty, a tobie zapewne chodzi o oryginał. Osobiście nie przypominam sobie żadnych kolejek do kina na japoński horror: z tego, co pamiętam, film przemknął przez ekrany raczej niezauważony. Pytasz mnie o to, które z ostatnich produkcji grozy polecam, ale rok 2011 nie był zbyt okazały pod względem wartościowych horrorów. Osobiście chętnie obejrzałbym „A Chinese Fairy Tale” – remake kultowych „Chińskich duchów” z 1987 roku oraz najnowszy film Siona Sono „Guilty of Romance”. Interesująco zapowiada się także horror Takashi Shimizu, twórcy „Klątwy Ju-on” – „Rabbit Horror 3D”, będący wariacją na temat „Alicji w Krainie Czarów”. Z niecierpliwością będę również czekał na dwa nowe filmy grozy Yoko Anwara: „Modus Anomali” i „Impetigore”. Anwar pochodzi z Indonezji, kraju raczej nieodnoszącego znaczących sukcesów na polu filmowego horroru, ale sam jest bez wątpienia jednym z najciekawszych twórców azjatyckiej grozy.

M.D.: Domyślam się, iż jesteś zwolennikiem azjatyckich oryginałów, ale powiedz, jakie masz zdanie na temat ich zachodnich wersji? Zarówno „The Ring: Krąg”, jak i „Dark Water” czy „The Grudge” były przerabiane przez kino amerykańskie.

K.G.: Gwoli ścisłości dorzućmy do wymienionych przez ciebie jeszcze: „The Eye” braci Pang, „One Missed Call” Takashiego Miike, „Pulse” Kiyoshi Kurosawy, „A Tale of Two Sisters” Kim Ji-woona i tajlandzki „The Shutter”. Większość amerykańskich remake’ów można określić wprost: są jak „Słoneczniki” Van Gogha, z których zostały tylko ramy. Choć jest jeden wyjątek: amerykański remake koreańskiego horroru „Into the Mirror”, czyli „Mirrors”, w moim odczuciu był lepszy niż oryginał. Poza tym przyzwoitym remakiem był także „The Ring” Gore’a Verbinskiego.

M.D.: Jak się czujesz jako osoba, która przeciera w Polsce szlaki w materii azjatyckiego kina grozy? (śmiech)

K.G.: Świetnie! Ale czułbym się jeszcze lepiej, gdybym nie musiał tych szlaków przecierać, a raczej je poszerzać i pogłębiać. Bo to by znaczyło, że azjatyckie kino grozy jest w Polsce na tyle znane przez widzów i uznane przez środowisko filmoznawcze, że spokojnie można zająć się jego dogłębną analizą.

M.D.: Dlaczego jest inaczej? Skąd bierze się ten brak zainteresowania?

K.G.: Jeśli chodzi o rozpowszechnianie filmów, to odpowiedzi należałoby poszukać u źródeł, czyli dystrybutorów. Ale z tego, co wiem, niechęć do azjatyckich horrorów nie zawsze wynika ze złej woli. Większość polskich dystrybutorów korzysta z licencji zakupionych u amerykańskich dystrybutorów, a choć w USA festiwali i przeglądów azjatyckiej grozy jest bez liku, to bardzo rzadko jakikolwiek film spoza anglosaskiego kręgu kulturowego trafia do kinowej dystrybucji. Amerykanie wolą zrobić remake zagranicznego filmu, niż wyświetlać oryginał z napisami, ponieważ automatycznie oznacza to o połowę mniejszą widownię. Skoro więc Amerykanie nie kupują filmów z Azji, aby pokazywać je u siebie w kinach, to także polscy dystrybutorzy takich obrazów nie zakupują. Jeśli natomiast chodzi o literaturę filmoznawczą, to nie ma się czemu dziwić, jeśli kino gatunkowe – jak już wspomniałem – jest wyklęte.

M.D.: Twój pierwszy wschodni horror? Pamiętasz wrażenia z jego oglądania?

K.G.: Oczywiście „The Ring: Krąg” Hideo Nakaty. Piszę o nim we wstępie do mojej ksiązki, ponieważ gdybym nie miał okazji go obejrzeć, być może nigdy nie zainteresowałbym się horrorem azjatyckim, a wtedy nigdy nie porwałbym się z klawiaturą na książkę o filmowej grozie z Żółtego Kontynentu. A wrażenia? Jasne, pamiętam. Nie zapomina się filmu, po którym kilka kolejnych nocy trzeba było spisać na straty i po którym pokój z telewizorem omijało się szerokim łukiem. Gdy obejrzałem obraz Nakaty, zastanawiałem się, jak to możliwe, że film, w którym w gruncie rzeczy niewiele się dzieje, może być tak przerażający. Teraz już wiem. Wyobraźnia. „The Ring: Krąg” to horror, który w mistrzowski sposób uruchamia podczas seansu strach ukryty w wyobraźni widza. Jak się potem osobiście przekonałem, Nakata nie jest jedynym twórcą, który opanował sztukę straszenia tym, co ukryte w naszych wnętrzach.

M.D.: Twój ulubiony azjatycki horror?

K.G.: Koreańska „Opowieść o dwóch siostrach”. Według mnie, to arcydzieło gatunku. Film perfekcyjny pod względem realizacji i głęboko poruszający pod względem treści. I dowód na to, że w rękach artysty nawet tak skonwencjonalizowany gatunek jak horror może przemienić się w dzieło sztuki.

M.D.: Jesteś z zawodu prawnikiem, jednak twoje hobby to, mówiąc ogólnie, kultura i sztuka Wschodu. Kiedy „zaraziłeś się” tą tematyką?

K.G.: Zawsze interesowało mnie to, co widać na ekranie oraz to, co znajduje się poza nim. Kulisy, twórcy, konteksty pozafilmowe. Tak też było w przypadku horroru Nakaty. Spodobał mi się tak bardzo, że pomyślałem sobie: może Azjaci mają więcej takich horrorów jak „The Ring: Krąg”. I zacząłem oglądać kolejne filmy grozy made in Japan, Korea czy Hongkong. Ponieważ jednak wiele z historii, które oglądałem na ekranie, było umocowanych w rodzimej kulturze krajów, z których pochodziły, zdecydowałem się zbadać ten temat. A ponieważ mam w zwyczaju kończyć, to, co zaczynam, wciąż zgłębiam azjatycką kulturę i sztukę, przy okazji odkrywając ich niezwykłe, fascynujące, magiczne strony. Poza tym, kiedy w końcu uzbieram dość pieniędzy, by wybrać się w podróż mego życia na Daleki Wschód, muszę być dobrze przygotowany i właśnie to teraz staram się osiągnąć.

M.D.: Produkcje której spośród omawianych kinematografii krajowych preferujesz?

K.G.: Nie zwracam uwagi na kraj produkcji. Wszak o wartości konkretnego tytułu decyduje nie to, czy zrealizowali go Japończycy, Koreańczycy czy Chińczycy. Niemniej największy sentyment odczuwam do grozy koreańskiej, ponieważ ten obszar azjatyckiego kina zgłębiłem w pierwszej kolejności. Nadal staram się być na bieżąco z horrorem z Korei, choć ostatnie dwa lata nie były dla tej kinematografii grozy nazbyt udane.

M.D.: Są jakieś wyraźne różnice między poszczególnymi kinematografiami?

K.G.: Tak, różnice są zauważalne. Piszę o tym również w mojej książce. Japoński horror to przede wszystkim groteska w najróżniejszej postaci i natężeniu; kino koreańskie to dramaty psychologiczne wzbogacone o dawkę grozy; kino z Hongkongu to aspekt cielesny zarówno w licznych komedio-horrorach, jak też w brutalnie traktujących ludzkie ciało filmach rodzimej eksportacji, tzw. Category 3. Z kolei kino tajlandzkie to duchy w nowocześnie sfilmowanych produkcjach, choć coraz częściej twórcy z tego pięknego egzotycznego kraju sięgają po wzorce zachodnie, co widać zwłaszcza w obrazach oferujących krwawe efekty. Natomiast kraje Azji Południowo-Wschodniej (Malezja, Singaupr, Indonezja, Filipiny) do niedawna zdominowane były przez odtwórcze produkcje, nieudolnie naśladujące japoński czy tajlandzki horror. Na szczęście do głosu dochodzą młodzi utalentowani twórcy, którzy potrafią obce konwencje filmowe przystosowywać do rodzimej specyfiki z coraz lepszym skutkiem. Sztandarowym przykładem może być malezyjski horror „What?” („Seru”), który czerpiąc z modnej na Zachodzie konwencji paradokumentalnego horroru, twórczo wykorzystuje ją do opowiedzenia typowej dla Malezyjczyków historii o opętaniu.

M.D.: Na koniec jeszcze jedno pytanie. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego oglądając azjatycki horror, choć nie ma tam za wiele krwi, tak jak np. w „The Ring: Krąg”, widz cały czas się boi?

K.G.: To nieprawda, że azjatyckie kino grozy jest oszczędne w krwawe atrakcje. Na przykład japoński horror oferuje takie dawki gore, że tylko nieliczne produkcje zachodnie byłyby w stanie z nimi pod tym względem konkurować. Polecam zwłaszcza obrazy „nowej fali” gore spod znaku „The Machine Girl” Noburo Iguchiego czy „Helldriver” Yoshihiro Nishimury, w których możemy oglądać potoki krwi dosłownie zalewające kadry. Zresztą nawet Koreańczycy, raczej unikający dosłowności, mogą poszczycić się filmem o znamiennym tytule – „The Butcher”, który jest tak krwawy i brutalny, że wszystkie „Piły” czy „Hostele” wypadają przy nim jak dobranocki dla małych dzieci. Ale bynajmniej nie oznacza to, że Azjaci produkują tylko i wyłącznie pełne przemocy shockery. To nastrojowy nurt japońskiej grozy zapoczątkowany przez „The Ring: Krąg” Nakaty, zwany J-horrorem, zdobył największą popularność na świecie i zyskał wielu miłośników. Może dlatego odniosłeś wrażenie, że nastrojowy horror dominuje w azjatyckim kinie grozy? A w czym tkwi przyczyna tego, że choć w łagodnej odmianie skośnookiego horroru nie pojawia się ani jedna kropla krwi, potrafi on skutecznie straszyć? Już o tym wspomniałem. Chodzi o uruchomienie wyobraźni widza. A także o szacunek, który okazują mu twórcy, traktując odbiorcę jak człowieka inteligentnego, niepozbawionego wyobraźni i wrażliwości. Brak szacunku dla mojej inteligencji zawsze drażnił mnie w amerykańskich horrorach, w których wszystko jest dopowiedziane i wyjaśnione. Ale właśnie dlatego Amerykanie nie są mistrzami kina grozy, choć przecież w USA horror najpełniej się rozwinął. Mistrzami są Nakata i jego azjatyccy koledzy, którzy wiedzą, że największy strach skrywa się nie na ekranie, lecz głęboko w zakamarkach ludzkiej duszy.

M.D.: Dziękuję za rozmowę.
Krzysztof Gonerski: „Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy”. Wydawnictwo Kwiaty Orientu. Warszawa 2011.