Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (194) / 2012

Marcin Rychlewski, Piotr Przytuła,

HISTORIĘ POLSKIEJ MUZYKI ROCKOWEJ NALEŻAŁOBY NAPISAĆ OD NOWA

A A A
Piotr Przytuła: Pańska książka to kolejny dowód na to, że rock zdobywa należne mu miejsce w dyskursie naukowym. Szczególnie dużego znaczenia nabrał on ostatnio w kontekście nauk historycznych, o czym świadczy zainteresowanie historyków festiwalem w Jarocinie. Powstała też seria filmów dokumentalnych „Historia Polskiego Rocka” i „Beats of Freedom”. Co przyczyniło się do zmiany postrzegania kultury rockowej i jak widzi pan jej przyszłość dyskursie akademickim?

Marcin Rychlewski: Do rosnącego zainteresowania rockiem jako obszarem badań przyczynił się przede wszystkim fakt, że muzyka rockowa nie jest już dzisiaj postrzegana jako obszar kultury niskiej – nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie uznawał Beatlesów za reprezentantów niskiej kultury, tym bardziej, że uważa się ich nie tylko za jeden z najważniejszych zespołów rockowych, ale też jedno z najważniejszych zjawisk w muzyce XX wieku. Muzyka rockowa, tak samo jak jazz, mówiąc słowami Pierre’a Bourdieu, doczekała się konsekracji. W Polsce oczywiście nastąpiło to później, być może dlatego, że muzyka rockowa pochodzi z kręgu anglosaskiego. Pamiętajmy jednak o tym, że w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych regularne konferencje o muzyce popularnej odbywają się od lat 70., dlatego ta myśl teoretyczna czy socjologiczna była daleko bardziej zaawansowana. Nie wiem, jaka będzie przyszłość tego dyskursu. Mam tylko nadzieję, że moja książka, ale i nie tylko moja, bo przecież powstało ich ostatnio kilka, przyczyni się do tego, aby prac na ten temat powstawało więcej. Nie muszą one oczywiście dotyczyć wyłącznie muzyki rockowej, która podobno już się skończyła, ale także hip hopu, rapu czy kultury didżejskiej. Jestem też zdania, że historię polskiej muzyki rockowej należałoby napisać od nowa, ale w zupełnie w inny sposób, niż robią to historycy. Polskie książki o muzyce rockowej są albo typowymi książkami historycznymi czy materiałowymi, koncentrującymi się generalnie na życiu muzycznym, zespołach, płytach, przebojach z władzą, cenzurą, tantiemami i brakiem sprzętu. Tymczasem kultura rockowa PRL to nie jest, przepraszam za stwierdzenie, kultura Niemena, SBB, Perfectu, Budki Suflera, Maanamu, Republiki czy nawet Jarocina, przy całym szacunku. To jest przede wszystkim kultura słuchania, zarówno muzyki krajowej, jak i zachodniej. W związku z tym pisanie o historii muzyki rockowej w PRL-u powinno się koncentrować przede wszystkim wokół zagadnień polskiej historii dziennikarstwa muzycznego. To dziennikarze rockowi, tacy jak Kaczkowski, Mann, Kosiński i Beksiński puszczali w radiu muzykę zespołów Led Zeppelin, Black Sabbath, Pink Floyd, Genesis itd. Kultura rocka w PRL-u to przede wszystkim kultura radia, kultura kasety, bo muzyki słuchało się przeważnie z kaset, co miało ogromne konsekwencje w kontekście wielokodowości, o której tyle piszę. W Polsce słuchało się płyt, przeważnie nie znając ich okładek. Dlatego też nasze wyczulenie na sztukę okładkową jest mniejsze niż na Zachodzie.

P.P.: Stwierdza Pan za innymi badaczami rockowej kultury, że gatunek ten przyczynił się do rewolucji obyczajowej. Jakie znaczenie rock ma dla Polaków? W Polsce przed muzyką rockową stały chyba nieco inne zadania?

M.R.: W Polsce wszystko dokonało się później. Jeżeli porównujemy rock 1968 w Polsce i rok 1968 w Stanach Zjednoczonych, to możemy stwierdzić, że rewolta kontrkulturowa skierowana była przeciw czemuś innemu. W Europie Zachodniej, odwołując się do „Skowytu” Ginsberga, tzw. „moloch” miał mniej określony kształt, niż to miało miejsce w USA. W Europie był to bliżej nieokreślony system, spektakl, jak zapewne powiedziałby Debord. W Polsce zaś miał on oczywiście twarz władzy oraz pałki zomowskiej i siłą rzeczy rewolucja nastąpiła później, czyli na przełomie lat 80. i 90. Poza tym muzyka rockowa nie mogła odegrać w Polsce roli katalizatora nastrojów młodzieżowych, tak jak miało to miejsce w krajach demokratycznych. Działo się tak dlatego, że była ona uwikłana w mecenat państwowy, nie mogła więc mieć tej wiarygodności, co np. underground londyński, muzyka Jefferson Airplane czy Greatfull Dead. Nie jest zatem przypadkiem to, że głosem zbuntowanej, zrewoltowanej młodzieży studenckiej tamtego okresu był raczej głos Jacka Kaczmarskiego, niż SBB czy nawet Niemena.

P.P.: W takim razie chciałbym zapytać o istotę współczesnego buntu uobecniającego się w muzyce rockowej. Jak to jest z tym buntem? Nie przemija, czy raczej jest na sprzedaż?

M.R.: Z pewnością jest na sprzedaż. Myślę, że pytanie tego typu powinno zostać skierowane do młodszego pokolenia, to przecież ono ma się buntować. Ja nie powinienem, mając prawie lat czterdzieści, mówić o buncie pokoleniowym dzisiejszych 20-latków. Wydaje mi się, że dzisiejszy bunt ma w najlepszym wypadku jedynie wymiar estetyczny. Jest swego rodzaju towarem i nie może mieć dzisiaj tej siły co kiedyś. Po pierwsze dlatego, że rock, w moim przekonaniu, nie jest już doświadczeniem pokoleniowym – nie wiem zresztą, czy jakakolwiek muzyka może być dzisiaj doświadczeniem pokoleniowym… Takim doświadczeniem są dzisiaj np. gry komputerowe a nie muzyka, a jeśli już to nie jeden konkrety gatunek, który miałby być wyrazicielem buntu. I w ogóle czy jest przeciw czemu się dzisiaj buntować? Młode pokolenie ma pod tym względem niezbyt ciekawą sytuację, ponieważ buntownikami byli tak naprawdę ich rodzice, który przyczyniali się do rewolucji seksualnej. Co młode pokolenie miałoby zaoferować albo czym przebić swoich dziadków, którzy palili karty powołania do wojska? Jak wspomniałem, bunt ten ma charakter estetyczny, czyli sprowadza się do mody, ostrych dźwięków gitarowych czy pewnych haseł, które zdążyły się już skonwencjonalizować. On udaje bunt ale nim nie jest.

P.P.: Do niedawna fanów konkretnych gatunków muzycznych odróżnić można było na pierwszy rzut oka. Muzyczny hipereklektyzm przeniósł się również na modę i styl bycia odbiorców. Czy w dzisiejszej kulturze rockowej jest jeszcze miejsce na subkultury?

M.R.: Są subkultury gotów, metalowców, tylko że są to „subkultury na 5 minut”, tzn. ludzie przebierają się w różne stroje i jadą na festiwale, w takim sensie, z jakim mamy do czynienia w przypadku fanklubów piłkarskich. Maffesoli nazwał je kiedyś „nowoplemionami”. Oczywiście subkultury mają swoje miejsce w kulturze, ale z pewnością nie mają już mocy wywrotowej, tzn. z tych puzzli, obym się mylił, nie może narodzić się już ruch o charakterze kontrkulturowym, a już na pewno nie taki, który ogniskowałby się wokół muzyki w takim stopniu, jak to miało miejsce w latach 70. Dzisiejszy styl odbioru muzyki jest bardzo rozproszony i z ducha postmodernistyczny. Trzydzieści lat temu nie było porozumienia między rockiem progresywnym a punkiem, dlatego że za nimi kryły się określone przeżycia, ideologie, pewien typ wrażliwości czy ekspresji muzycznej. Generalnie jeśli ktoś słuchał Sex Pistols, to raczej nie było to do pomyślenia, aby słuchał zespołu Yes i na odwrót. Kiedy odbywały się zloty fanklubów muzycznych, jeszcze w latach 80., dochodziło tam do naprawdę ostrych scen. Dzisiejszy model odbioru jest szalenie eklektyczny – „wrzuca” się Pink Floyd, za chwilę Sex Pistols, potem puszcza się Metallikę czy Massive Attack i nikt nie dostrzega sprzeczności pomiędzy tymi wyborami. Moim zdaniem dzieje się tak dlatego, że konkretne nurty muzyczne nie mają już dzisiaj tego podłoża ideologicznego, którymi charakteryzowały się wcześniej. W tym sensie rock umarł. Nie w tym sensie, że nie nagrywa się już płyt rockowych, ale dlatego, że nie ma już tego kulturotwórczego potencjału, dzięki któremu można było młodzież wyprowadzić na barykady. Pewien potencjał wywrotowy rocka, nawet na poziomie przekazu, zwyczajnie się wyczerpał.

P.P.: Czy można powiedzieć, że format mp3 w symboliczny sposób uczynił odbiorcę współautorem?

M.R.: Tak, upadł paradygmat albumu, a jeśli nie upadł, to przestał być dominujący, dlatego że każdy mający do dyspozycji odtwarzacz mp3 może sobie tworzyć swoje „greatest hits”, swoją szafę grającą, nawet swoje radio.

P.P.: W swojej książce pisze Pan o kontekstach i uwikłaniach rodzimej sceny art-rockowej, podkreślając fakt, iż była ona słabiej rozwinięta niż na Zachodzie. Jak jawi się Panu stan obecny? Progrockowy zespół Riverside jest obecnie jednym z naszych najlepszych „towarów eksportowych”.

M.R.: Uważam, że pewną przesadą jest mówienie o tym, że polska muzyka progresywna pozostawała w tyle za muzyką brytyjską czy amerykańską. Przede wszystkim zacznijmy od tego, że wtórna, ewentualnie spóźniona, była cała muzyka kontynentalna. W związku z tym mówienie o tym, że my byliśmy w jakiś szczególny sposób zapóźnieni, jest nie dość, że banalne, to jeszcze mało istotne, ponieważ cały kontynentalny rock, z wyjątkiem niemieckiego, był o 3-4 lata zapóźniony w stosunku do rocka brytyjskiego czy amerykańskiego. Co oczywiście nie oznacza, że na naszym kontynencie nie działo się nic ciekawego. Na przykład we Włoszech było ok. 200 zespołów grających rock progresywny, z czego 50 reprezentowało poziom światowy. Polska muzyka progrockowa przełomu lat 60. i 70. miała jeden zasadniczy problem – problem technologiczny. Nie da się dobrze grać rocka progresywnego bez odpowiedniego sprzętu – syntezatorów, magnetofonów wielościeżkowych. Radzono sobie z tym, idąc między innymi w stronę inspiracji ludowych. Począwszy chociażby od Skaldów, Niemena czy Grechuty, dawało to bardzo dobre rezultaty. Moim zdaniem, paradoksalnie to, co wtedy uchodziło za rodzaj obciachu, czyli ludowość w muzyce, dzisiaj, z perspektywy czasu, przesądziło o oryginalności polskiej muzyki i jej wysokim poziomie artystycznym. Brytyjczycy nie mogli przecież adaptować muzyki prawosławnej czy góralskiej na potrzeby rocka progresywnego. W związku z tym bronią się płyty Niemena czy Skaldów. Grupy Riverside nie znam, bo od dłuższego czasu nie słucham rocka progresywnego. A nie słucham go dlatego, ponieważ wszystko to już kiedyś gdzieś było. Gdy mam słuchać kolejnej mutacji Pink Floyd albo Genesis, to wolę posłuchać albo Pink Floyd albo Genesis. Rock progresywny w polskim wydaniu musiał być trochę podejrzany i jako fan tego gatunku muszę się z tym zarzutem pogodzić. Po pierwsze dlatego, że rock progresywny był eskapistyczny – szedł w kierunku mitologii, filozofii i trzymał się z dala od publicystyki i bieżących spraw społecznych. Dlatego punk był bardziej wiarygodny.

P.P.: Grupa Tool to zespół konsekwentnie podtrzymujący semiotyczną triadę rocka: muzyka – tekst – obraz. Przez lata zdołał wytworzyć specyficzną ikonografię i brzmienie. Czy są to epigoni zespołów przełomu psychodelicznego, czy też reprezentują nowy progresywizm a może ich intencje twórcze leżą poza tymi dwiema kategoriami?

M.R.: Moim zdaniem Tool, podobnie zresztą jak Radiohead, nie jest zespołem epigońskim, między innymi dlatego, że poza wpływami King Crimson, nie eksploatuje pewnych gotowych patentów. Przede wszystkim Tool wywodzi się z grania metalowego, w związku z czym niejako punkt wyjścia jest trochę inny. Na tle tych zespołów, które dzisiaj się za progrockowe uważa, Tool, moim zdaniem, podobnie jak Mars Volta, byłby najbliżej grania opartego na polirytmiach i rozbudowanych formach muzycznych wykraczających poza piosenkę. Ja w ogóle nie mogę już dzisiaj słuchać rocka progresywnego. Konwencja grania wypracowanego przez Pink Floyd, Genesis czy King Crimson wyczerpała się. Dlatego uważam, że dużo ciekawsze są zespoły, które wyrastają z bardzo podobnej filozofii grania, bardzo eklektycznej, opartej w dużej mierze na brzmieniu, ale za to dochodzą do bardzo ciekawych rozwiązań z ominięciem gotowych patentów, takie chociażby jak Sigur Rós, czy – na swój sposób – nawet Massive Attack.

P.P.: Wiele zespołów szumnie tytułuje swoje dzieła concept-albumami. Czy możliwy jest dzisiaj concept-album w rozumieniu rodem z lat 60., i czym różnią się te dzisiejsze od tych pierwotnych?

M.R.: Concept-album jest to pewna formuła muzyczna, która, jak sądzę, będzie żywotna. Pamiętajmy o tym, że jest to nic innego jak zbiór piosenek lub utworów instrumentalnych osnutych wokół jednego motywu. Jest to tak naprawdę replika XIX-wiecznego zbioru pieśni lub muzyki programowej. Uważam, że concept-albumu nie powinno zawłaszczać się w odniesieniu tylko do jednego nurtu. Jednym z najsłynniejszych concept-albumów w historii muzyki XX wieku jest płyta „What’s going on” Marvina Gaya – arcydzieło z innych niż rockowe okolic. Uważam więc, że ta forma jest oczywiście żywotna, a to, co jej najbardziej zagraża, to nie jest wyczerpanie się możliwości rocka progresywnego w jego klasycznej wersji, tylko kultura mp3. Ona,tak naprawdę, wyklucza concept-album, który nagrywa się przecież po to, by był słuchany w całości. Nasza dzisiejsza kultura słuchania jest słuchaniem na wyrywki, jest słuchaniem pojedynczych utworów, które się kupuje na sztuki. Nie słucha się zasadniczo całych albumów. To pytanie zresztą powinienem skierować do młodszego pokolenia, bo ja ciągle słucham albumu w całości, moja recepcja jest tak wyuczona. Innym „zagrożeniem” jest zmiana związana z płytą kompaktową – chodzi tutaj o wzbogacanie albumów o śmietnikowe nagrania, które dołącza się do części zasadniczej, aby wypełnić pozostałe na nośniku miejsce jakimiś atrakcjami, nie mówiąc już o motywacji finansowej. Narusza się w ten sposób kompozycję całości. Płyta „Firerball” zespołu Deep Purple powinna kończyć się utworem „No one came”, a nie pięcioma czy sześcioma marnymi bonusami. Zespoły takie jak Led Zeppelin czy Pink Floyd zdołały się przed tym uchronić i na reedycjach płyt tychże wykonawców nie znajdziemy dodatkowych ścieżek. Mamy tutaj dbałość o pierwowzory, których tkanka jest nienaruszalna. Wracając zaś do concept-albumu, to nie jest pytanie o to, czy forma ta się wyczerpała, tylko o płytę jako taką, czy ona jeszcze ma rację bytu w takim wymiarze masowym jak w latach 70.?

P.P.: Z jednej strony obserwujemy postępującą digitalizację muzyki, znoszącą ikonografię muzyki rockowej i istotność okładki jako elementu składowego albumu, z drugiej strony, nigdy przedtem nie mieliśmy tylu wysokiej jakości, ekskluzywnych wydań płyt różnych wykonawców (chociażby Pink Floyd czy The Beatles). Odnotować należy też fakt wydawania nowych płyt na nośniku winylowym. Czy mamy według Pana do czynienia z ponowoczesną nostalgią czy jest to raczej snobistyczne umiłowanie antyków?

M.R.: Snobistyczne umiłowanie antyków brzmi strasznie wartościująco. Niewątpliwie czym innym jest pewna kultura audiofilska, a czym innym masowy styl słuchania. Te ekskluzywne wydania są przeważnie po to, aby stały na półce, ewentualnie włącza się je raz na jakiś czas. Inaczej jednak przedstawia się sprawa codziennego słuchania, tym bardziej, że jesteśmy przyzwyczajeni do mobilnego źródła dźwięku, co związane jest oczywiście z kwestią przemian technologicznych. Dlatego najbardziej funkcjonalnym sposobem słuchania jest słuchanie na słuchawkach muzyki, którą możemy wziąć ze sobą. Reedycje płyt winylowych czy kolekcjonerskie wydania płyt kompaktowych są elementem pewnej kultury audiofilskiej, która niestety nie jest już dzisiaj dominującym modelem słuchania. Nie oznacza to oczywiście, że on zniknie, ale nie powtórzy się już sytuacja z lat 70., kiedy słuchanie muzyki z płyt czy kaset miało charakter masowy.

P.P: Czy rock zdolny jest jeszcze wytwarzać formy symboliczne?

M.R.: Raczej nie, wydaje mi się, że w tym względzie w zasadzie od lat 90. nic się nie wydarzyło. A dzieje się tak dlatego że, jak wspomniałem wcześniej, rock nie jest już nośnikiem treści ideologicznych, jest rozrywką dla klasy średniej w wieku 30-60 lat. Niczym więcej.

P.P.: O zmianach w postrzeganiu rockowego kanonu świadczy chociażby ubiegłoroczne notowanie trójkowego „Topu Wszechczasów”, kiedy U2 „zrzuciło” z pierwszego miejsca legendy takie jak Led Zeppelin i Dire Straits. Które z najmłodszych zespołów mają szansę stać się kanonem dla przyszłych pokoleń?

M.R.: Na pewno Radiohead. Bez żadnych wątpliwości jest to najbardziej przełomowy zespół od czasu U2. Jeśli chodzi o muzykę ostatnich 20 lat, moim zdaniem dwa najbardziej wpływowe zespoły to Radiohead i Massive Attack. Celowo powiedziałem o całej muzyce, a nie o konkretnym gatunku, bo nie możemy mówić teraz o czymś takim, jak czysty rock. Im bardziej oddalamy się od lat 70., tym bardziej mglisty staje się podział gatunkowy, a różnice między muzyką rockową i „nierockową” ulegają zatarciu. To nie jest już problem wychodzenia poza idiom muzyki rockowej, tylko problem wszechogarniającego eklektyzmu muzycznego.

P.P.: Dziękuję bardzo za rozmowę.