Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (194) / 2012

Grzegorz Mucha,

WIDOK Z PAGODY

A A A
Muzyka Hacketta jest bowiem niejednoznaczna. Ten introwertyczny, w latach 70. grający na siedząco gitarzysta jednej z legend rocka, żyje we własnym świecie. Może dlatego, w czasach, kiedy rock przykryła atłasowa kołdra popu, musiał z zespołu odejść. Zaczął prezentować swoją wersję muzyki rockowej z licznymi elementami klasyki i pastiszu zarazem. Jego pierwsze cztery płyty wypełniła świetna mieszanina wielu konwencji, idealnie stopiona w jedną całość. Potem jakby trochę poluzował swój muzyczny kołnierz, co z czasem znów dało dobry rezultat.

Tworzenie muzyki wypełnia go bez reszty. Płyty z jego nazwiskiem ukazują się regularnie. Co kilka lat zawierają muzykę napisaną i wykonaną na gitarę akustyczną, z ewentualnym towarzystwem fletu, na którym zawsze gra brat artysty John. Sesje akustyczne przeplatane są sesjami elektrycznymi z udziałem rockowego bandu. Wtedy Hackett dopuszcza do głosu swoje liczne muzyczne indywidualności, które w nim zawsze były. Poza muzyką baroku, sięga po inspiracje dalekowschodnie, a także bluesa.

Po świetnej, eklektycznej muzyce, wydanej w 2010 roku na płycie „Out of the Tunnel’s Mouth”, pod koniec ubiegłego roku, ukazał się album „Beyond the Shrouded Horizon”. I znów zaskakuje wielością muzycznych wcieleń. Oszołomiony słuchacz na dwupłytowej wersji tego wydawnictwa znajdzie aż dwadzieścia dwie kompozycje, z których jedynie dwie nie są autorstwa gitarzysty. I choć pod większością utworów wraz z nim podpisali się także towarzyszący mu muzycy, słychać wyraźnie z czyjej strony szła inspiracja.

Gitarowe riffy przetykają klasycyzujące fragmenty liryczne; udane partie wokalne przeplatają długie gitarowe pasaże. Wszystko zatem wskazuje na zdawałoby się karygodny fakt, trzymania się zwietrzałej, progresywnej formuły. Ale w przypadku Hackett'a nic nie jest oczywiste. Brzmienie jego instrumentu istotnie wbija w słuchacza sztylet wypalony w kuźni lat 70., ale kolejne nuty zdają się go unosić w bezczasową krainę. I to w muzyce gitarzysty jest najbardziej zadziwiające. Bez pokłonów dla modnych, pozarockowych nurtów, przechodzi do czystej, tylko jemu znanej stylistyki, w której z biegiem lat czuje się coraz pewniej.

Nowe wydawnictwo ma też swoje drobne wady. Utwory są w większości krótkie; to często jakby szkice do większych kompozycji. Znajduję w tym niemal rys twórczości jego poprzednika w słynnej grupie – Anthony’ego Phillipsa. Kolejne części „Four Winds” są tego dobrym przykładem. Nie wiem, czy to celowe nawiązanie, ale faktem jest studyjna współpraca obu muzyków. Wspomniana szkicowość nawet trochę razi w najdłuższym na płycie utworze „Turn this Island Earth”. To dwanaście minut bezustannie zmieniających się pomysłów, bez związującego ów tematyczny worek sznurka.

Wydaje się, że Hackett tym wydawnictwem wyczyścił swoją szufladę. Ale zrobił to pewnie po to, by wkrótce otworzyć kolejną. Jeśli komuś nie odpowiada jego podejście do muzyki, niemal z całą pewnością z uznaniem pokiwa głową nad jego umiejętnościami instrumentalnymi, które stale rosną, nigdy nie przekraczając granicy, poza którą jest pusta wirtuozeria.

Dziś wypracowane wcześniej patenty mają licznych naśladowców. Stale wylewająca się fala rocka neoprogresywnego płynie powolnym nurtem, dzieląc los z ciepłą wulkaniczną lawą, która z sykiem wpadając do morza, traci swój impet. Steve Hackett ustawił się gdzieś wysoko ponad tym, a zarazem jakby z boku. Może dlatego na okładce nowej płyty można dostrzec zarys pagody, z której rozciąga się widok na gęstą, być może tropikalną, roślinność. A ponad opadającą ku dolinie ścieżką rozciąga się mgła.
Steve Hackett: „Beyond the Shrouded Horizon” [Inside Out, 2011].