Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (194) / 2012

Michał Paweł Urbaniak,

GEJOWSKIE INICJACJE LITERACKIE 2011 (2)

A A A
Bezpruderyjna miłość i trudna gramatyka

„Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość” Dariusza Chęcińskiego został wydany własnym sumptem. Najogólniej można stwierdzić, że to historia dwudziestopięcioletniego Kuby, który włócząc się po gejowskich klubach, saunach czy darkroomach (wydzielona przestrzeń klubowa, w której można bez skrępowania pozwolić sobie na rozmaite zabawy erotyczne), oddaje się przypadkowym mężczyznom. Jednak debiut Chęcińskiego to coś więcej niż opowieść o perwersyjnym, pozbawionym zahamowań gejowskim seksie.

Chęciński pokazuje swego bohatera tylko poprzez seks (jego wykształcenie, zawód, status rodzinny i relacje z najbliższymi, a nawet takie fundamentalne dla literatury LGBTQ zagadnienia jak coming out zostały lapidarnie opisane – bądź też jedynie wspomniane – na pierwszych stronach powieści). Ujęcie od strony czysto erotycznej sprawia, że zanika gdzieś dysonans między Kubą „kulturalnym”, który „na wierzch zakłada elegancki sweterek, bądź marynarkę. Do tego, zależnie od okoliczności, muszkę bądź krawat. Czarne spodnie i modne, zawsze na wysoki połysk, wizytowe buty”, a Kubą „biologicznym”, który wybierając się do klubów gejowskich, zamienia krawat na skórzaną obrożę, a elegancki zegarek na kajdany. To właśnie poprzez doświadczanie gwałtów czy rozmaitych form przemocy seksualnej, chłopak odkrywa sam siebie, swoje prawdziwe ja: „dla jednych byłoby to [tzn. oddawanie się przypadkowym mężczyznom – przyp. mój – M. P. Urbaniak] totalnym poniżeniem i pozbawieniem wszelkich człowieczych godności, ale dla mnie jest to pewnego sposobu realizacja siebie”. Właściwie Kuba poprzez swoje seksualne przygody staje się kimś nieludzkim – z jednej strony pozwala traktować siebie jak rzecz, z drugiej jest demonicznym bogiem seksu, dzięki któremu mężczyźni mogą realizować swoje fantazje. Jednak powoli w tej postaci coś się zmienia – odwiedzając kolejne darkroomy, Kuba dojrzewa do stworzenia trwałego, nie tylko seksualnego, ale też emocjonalnego związku z drugim mężczyzną. Inaczej mówiąc, stopniowo pokonuje swoją stronę „zwierzęcą”, „cielesną” na rzecz kulturalnego „ja”. W pewnym sensie los z niego kpi – Kuba okazuje się nosicielem wirusa HIV – a jednak po raz kolejny udaje mu się przeskoczyć biologiczność w sobie i mimo choroby szczęśliwie się związać, wprowadzić – postulowany przez debiutującego autora – „program na lepsze”.

„Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość” zaskakuje w wielu aspektach. Wyjątkowe nagromadzenie i plugawość scen erotycznych pokazuje, jak daleką drogę w przedstawianiu spraw alkowy (czy może raczej darkroomu) przeszła polska homoliteratura (od sublimacji aż po otwartą pornografię). Również sposób ujęcia ulega znaczącej zmianie – Chęciński nie obudowuje kolejnych stosunków swego bohatera bogatymi konotacjami literackimi (jak to zrobił Witkowski w „Lubiewie”), seks nie jest też standardowym zwieńczeniem prawdziwego, szczerego uczucia miłosnego łączącego bohaterów (jak w przypadku „Bierek” Szczygielskiego). Poza tym „Bezpruderyjna miłość” to nie tylko powieść, ale również swego rodzaju poradnik dla osób homoseksualnych podobnych do głównego bohatera, a pragnących zmienić swoje życie (a takich – jeśli wierzyć pisarzowi – dziś nie brakuje). Chęciński niejednokrotnie zwraca się do czytelnika, daje mu nadzieję, otwarcie podpowiada właściwą drogę. Jednakże połączenie poradnika z powieścią, będące jakąś nowością w polskiej literaturze LGBTQ, nie wydaje się do końca trafione – nie tylko rozbija konstrukcję utworu, ale również wprowadza nachalne moralizatorstwo. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Pasewicz czy Szczygielski w swoich powieściach – też w jakiś sposób dydaktycznych – potrafili przekazać pewne prawdy subtelniej.

Jednak wszystkie te nowości czy łamania tabu na gruncie literackim bledną w obliczu kwestii czysto technicznych. Być może szkic omawiający nie powinien się skupiać na aspektach samego wydania, a jednak nagromadzenie błędów w „Poniżej pasa” to usprawiedliwia. Nawet jeśli pominie się rozliczne literówki, nie sposób przeoczyć błędów ortograficznych („rozpalałem w sobie coraz większe rządze”, „nastał ten wielko pomny dzień”) frazeologicznych („żyć pełną piersią”) czy składniowych („Złączyła ich wielka, od pierwszego spojrzenia, miłość”). Ponadto Chęciński zupełnie nie radzi sobie z imiesłowami przysłówkowymi, co skutkuje niezamierzonym komizmem językowym („Historia mojego homoseksualizmu ma swój początek w dniu, kiedy moja matka została brzemienną. Będąc zarodkiem w jej łonie, wiedziała, że będę inny”, „Zabrawszy mnie do raju,/ gdzie Adam z Ewą grzeszyli,/ oddałem ci swą duszę”, „Ponownie uśmiechając się, ręka Grzesia znalazła się na jego udzie”, „Siedząc przed komputerem, brak jego [tzn. chłopaka poznanego na internetowym chacie – przyp. mój – M. P. Urbaniak] fotografii nie stanowił żadnego problemu, jednakże stojąc u drzwi innego świata, odczuwał jego brak”). Jeśli wierzyć stronom tytułowym, była osoba odpowiedzialna za redakcję i korektę – natomiast nie widać tego w samym tekście.

„Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość” – jeśli przymknąć czytelnicze oko na, eufemistycznie mówiąc, kulawą warstwę stylistyczną – stanowi niewątpliwie ciekawą i bardzo odważną realizację gejowskiej powieści inicjacyjnej. W dużej mierze jest to zasługa kreacji głównego bohatera – Kuba to postać niejednoznaczna, rozdarta, ale przede wszystkim zagubiona – i w gruncie rzeczy tragiczna.

Gejowski chick-lit



Debiut Mikołaja Milckego jest nieodłącznie związany z medium internetowym. Kolejne odcinki późniejszego „Geja w wielkim mieście” ukazywały się na blogu autora i – jak można dowiedzieć się ze wstępu – już wtedy ta proza zyskała sobie wielu oddanych czytelników. Szereg wpisów wyszedł poza ramy internetowe i ostatecznie przybrał kształt powieści.

Bezimienny narrator znajduje się w przełomowym momencie swojego życia – opuszcza prowincjonalne miasteczko, aby rozpocząć studia na Uniwersytecie Warszawskim. Wierzy, że oto spełnia się jego wielkie marzenie – szybko jednak doświadcza zarówno blasków, jak i cieni wyjazdu do stolicy. Milcke całkiem sprawnie przeprowadza swojego bohatera przez kolejne etapy aklimatyzacji: początkowe obawy, poczucie pustki, tęsknotę za porzuconym środowiskiem (bo raczej nie toksycznym domem), a w końcu odnalezienie się w nowym miejscu, nabieranie pewności siebie, poznawanie kolejnych osób, układanie sobie życia na nowo i stopniowe dojrzewanie. Ponadto dzięki pobytowi w Warszawie bohater po raz pierwszy naprawdę przestanie się wstydzić swojego homoseksualizmu, przeżyje poważne doświadczenia homoerotyczne i otworzy się na miłość – jednak nie od razu uda mu się stworzyć trwały, udany związek.

Debiut Mikołaja Milckego w pierwszej kolejności jako żywo przywodzi na myśl gejowską wersję „Dziennika Bridget Jones” Helen Fielding (najwyraźniej nie bez przyczyny narrator z przyjemnością czyta tę książkę). Fabularnie jest tak samo przewidywalny, opiera się na podobnym schemacie. Upraszczając: zakompleksiony, acz sympatyczny bohater znajduje się na pewnym życiowym zakręcie. Marzy o wielkiej miłości – z dwóch kandydatów wybiera niewłaściwego, zawodzi się i po wielu, zazwyczaj komicznych, perypetiach, dojrzewa i zaczyna rozumieć, komu powinien oddać swoje serce (przeważnie temu, który pojawił się jako pierwszy), a wszystko zmierza do szczęśliwego końca. Całość jest utrzymana w dość lekkim tonie.

Samo powielenie ogranego schematu nie jest czymś złym, tym bardziej że Mikołaj Milcke potrafi ten schemat odpowiednio wzbogacić. Umieszczenie geja jako centralnego bohatera w chick-litowej powieści można uznać za swoiste novum (warto zauważyć, że homoseksualista w tego typu literaturze zazwyczaj usytuowany był na trzecim planie jako najlepszy przyjaciel głównej bohaterki). Co prawda „Berek”, a także „Bierki” Szczygielskiego opierają się na podobnym romansowym pomyśle, a jednak w tych powieściach bohater homoseksualny musi „dzielić” główną rolę z równorzędną postacią – heteroseksualną antagonistką (w „Berku” jest to sąsiadka w moherowym berecie, w „Bierkach” nauczycielka). Ponadto w „Geju w wielkim mieście” obok scen humorystycznych, które dodają tej prozie pożądanej (ze względu na gatunek) lekkości, nie brakuje również prawdziwego dramatyzmu (zupełny zanik więzi rodzinnych, homofobia wśród najbliższych, miażdżące oczekiwanie na wynik testu na obecność wirusa HIV).

Przy tego typu pozycji musi się pojawić pytanie o docelowego czytelnika – w tym przypadku nie jest on jednoznaczny. Milcke chciał wykreować bohatera, z którym odbiorca albo łatwo się utożsami (zatem można zakładać target gejowski), albo chociaż go polubi (a więc docelowy byłby czytelnik heteroseksualny – czy też raczej homofobiczny – który poprzez sympatię dla konkretnego bohatera zmienia swoje nastawienie do ogółu homoseksualistów – takie założenia są może nieco upraszczające, ale mają swój sens, jeśli prześledzi się historię polskiej literatury LGBTQ) i trzeba przyznać, że osiągnął swój cel. Jego bohater po prostu daje się lubić. Jednak początkujący prozaik, kreując tę postać, nie uniknął pewnych pułapek, które rzutują na całą powieść. Narrator „Geja w wielkim mieście” jest niesłychanie wręcz naiwny. Być może to celowy zabieg – przecież właśnie przez naiwność bohater nie tylko wpada w rozliczne tarapaty czy daje się wykorzystywać, ale również poznaje prawa, mechanizmy i problemy środowiska homoseksualnego (a wraz z nim poznaje je czytelnik). Jednak ta naiwność czyni jednocześnie bohatera mało wiarygodnym i… śmiesznym. Właściwie przypomina on Kandyda, co ujmuje nieco powagi całej historii. Poza tym doświadczenia bohatera nie są do końca uniwersalne dla każdego geja (zabrakło tu takich sztandarowych motywów jak na przykład coming out przed rodziną, za to jest obecna dość nieprawdopodobna płaszczyzna sensacyjna, która rozbija zupełnie warstwę psychologiczną, tak istotną dla literatury inicjacyjnej). Całość psują też zupełnie niepotrzebne fragmenty (dobry przykład to rozważania na temat Shazzy, które nic nie wnoszą do powieści).

Osobną kwestią są czysto techniczne wady „Geja w wielkim mieście”. Debiut Milckego jest raczej poprawny (czego niestety nie da się powiedzieć o niektórych współczesnych debiutach powieściowych), ale przy tym zupełnie pozbawiony literackiego polotu. Trudno stwierdzić, czy jest to zamierzone. Może właśnie przez prostotę tych zapisków i brak finezji stylu początkującemu pisarzowi będzie łatwiej dotrzeć do mniej wymagającego czytelnika, a bohater „Geja w wielkim mieście” stanie się bliższy takiemu właśnie czytelnikowi? Można szukać usprawiedliwień dla takiego ujęcia, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Mikołajowi Milckemu brak (jeszcze?) wyrazistości, brak tego czegoś, co wyróżniałoby go na tle innych polskich prozaików (nie tylko z nurtu polskiej literatury LGBTQ). Mimo wszystko w tej książce da się wyczuć pewien potencjał. Dialogi są ciekawe, narracja nierzadko ironiczna, a błyskotliwy humor świetnie dopełnia ten kolejny gejowski „pamiętnik z okresu dojrzewania”. Jednak najmocniejsze w „Geju w wielkim mieście” pozostają sceny z udziałem krewnych głównego bohatera (czyli paradoksalnie te, w których homoseksualizm narratora nie ma zbyt wielkiego znaczenia) – wykreowany przez Milckego obraz polskiej rodziny jest nie tylko niezwykle autentyczny, ale również przejmujący (autorytarny ojciec faworyzujący jedno z dzieci i znęcający się fizycznie i psychicznie nad drugim, bierna i słaba matka, która przymyka oczy na przestępcze wybryki młodszego syna, brat staczający się na dno przy milczącym przyzwoleniu rodziców i wreszcie zagubiony w tym wszystkim główny bohater).

Co prawda debiutu Mikołaja Milckego nie sposób zaliczyć do „wielkiej literatury”, ale jest to literatura w swoim gatunku całkiem przyzwoita. Poprzez „Geja w wielkim mieście” polska proza LGBTQ doczekała się wreszcie prawdziwego gejowskiego chick-litu – i choćby dlatego powieść Milckego, przy wszystkich swoich niedoskonałościach pozostaje ważna dla tego nurtu.

Zakończenie

Polska literatura mniejszości seksualnych wkracza w nową fazę – i debiuty Zych, Zdeba, Chęcińskiego oraz Milckego są na to najlepszym dowodem. Dzisiejsi debiutanci odżegnują się od swoistej prozy parenetycznej, jaką tworzyli jeszcze kilka lat temu Szczygielski, Pasewicz czy Zygmunt. Ich bohaterowie nie mówią o sobie „jesteśmy niemal tacy sami jak heteroseksualiści”, a raczej gloryfikują to, co ich wyróżnia (Emil z „Siedmiu szklanek”), często wcale nie czują się gorsi przez swoją homoseksualną orientację (obok Emila będzie to również Kuba z „Poniżej pasa” czy Adam z „Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu”). Najwyraźniej rodzima literatura LGBTQ porzuca stare wzorce i schematy i sama orientacja seksualna nie jest już przedmiotem szczegółowego opisu, a jedynie dodatkową cechą wyróżniającą danego bohatera. Dzięki takiemu, często marginalnemu, ujęciu kwestii homoseksualizmu, problematyka tych utworów staje się dużo szersza niż wypadałoby oczekiwać od prozy LGBTQ. „Siedem szklanek” to powieść o odnalezieniu samego siebie, „Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu” opisuje (nieudany) proces wychodzenia z żałoby po związku, z kolei książki Chęcińskiego i Milckego przedstawiają dojrzewanie do stabilizacji i ostateczne wejście w udany związek. Trudno jednoznacznie orzekać, czy tegoroczne debiuty stanowią pozycje lepsze czy gorsze od tych z „gejowskiej jesieni 2007”, trudno też wyrokować, którzy początkujący twórcy mają przed sobą obiecującą karierę. Najważniejsze, że rodzima literatura mniejszości seksualnych ciągle się rozwija i nie podlega tym razem ani prawom sublimacji, ani dominującej potrzebie bycia parenetyczną, a przez to staje się coraz bogatsza i mniej jednoznaczna – a zatem po prostu ciekawsza.
Adam Mikołaj Zdeb: „Miłość jest, ale źle zrobiona, bo w różu”. Self Publishing 2011. Magdalena Zych: „Siedem szklanek”. Prószyński i S-ka. Warszawa 2011. Dariusz Chęciński :„Poniżej pasa, czyli bezpruderyjna miłość”. Self Publishing 2011. Mikołaj Milcke: „Gej w wielkim mieście”. Wydawnictwo Dobra Literatura. Słupsk 2011. Pierwszą część szkicu M.P. Urbaniaka opublikowaliśmy w poprzednim numerze dwutygodnika "artPapier".