Wydanie bieżące

1 lutego 3 (195) / 2012

Sławomir Iwasiów,

MILCZENIE NA KAŻDY TEMAT

A A A
Czytając tom „Wbrew sobie. Rozmowy z Tadeuszem Różewiczem”, opracowany przez uznanego edytora i wydawcę Jana Stolarczyka, natrafimy na kilka intrygujących problemów. Przede wszystkim mamy do czynienia z rozmowami, które naturalnie wiążą się nie tylko z biografią Różewicza i historią literatury najnowszej, ale także z rozwojem mediów i gatunków dziennikarskich. Bohater „Wbrew sobie” jest częścią tych dwóch porządków, świata literatury i świata mediów, rozumie je i na swój sposób akceptuje ich współistnienie, choć często podczas lektury można odnieść wrażenie, że robi to „wbrew sobie”.

Zbiór wydany przez Biuro Literackie to ważny dokument biograficzny, który ukazuje ponad pięćdziesiąt lat kariery pisarskiej Różewicza. Pierwszy wywiad pochodzi z roku 1955 i przeprowadza go Aleksander Widera dla „Trybuny Robotniczej”. Styl, język i zadawane pytania oddają atmosferę tamtego okresu. Widera pyta: „Czy zamierzacie współpracować z prasą śląską i jakie są wasze plany na przyszłość?” (s. 5 – w tym i w dalszych nawiasach podaję strony z tomu „Wbrew sobie”). Różewicz opowiada: „(...) Współpracowałem z pismem humorystycznym »Kocynder«, a później z »Trybuną Robotniczą«. W »Trybunie Robotniczej« ogłosiłem kilka reportaży z życia Śląska, a później z życia rybaków na Wolinie. Z czasem ta współpraca rozluźniła się” (s. 5). Pytania o doświadczenia z prasą, obecne w dużej części wywiadów, obrazują stosunek autora do dziennikarzy i dziennikarstwa, udzielania wywiadów i ich związków z twórczością literacką (tu na przykład Różewicz mówi o gatunku pogranicznym – reportażu). W pierwszej rozmowie ten stosunek nie jest aż tak wyrazisty („rozluźnienie współpracy”), ale z czasem będzie ewoluował. Czy rozmawianie o pisaniu może mieć coś wspólnego z pisaniem? Jak opowiadać o własnej twórczości? Jak mówić o twórczości innych? Do takich pytań zmuszają wypowiedzi samego Różewicza, który, rozpoczynając od rozmowy z „Trybuny Robotniczej”, w ciągu ponad pięciu dekad był wielokrotnie „zaczepiany” o poglądy na temat instytucji wywiadu, dziennikarstwa, publicystyki, literatury, poezji, teatru, filmu, sztuk plastycznych itd.

Różewicz traktuje rozmowy o literaturze i innych sztukach jako część twórczej aktywności – nie zawsze ma na nie ochotę, podobnie jak nie zawsze ma ochotę pisać. Alina Sachabińska na łamach „Wieczoru Wrocławia” z 1973 roku pytała Różewicza wprost: „Podobno nie lubi pan udzielać wywiadów?” Różewicz: „Jestem niekonsekwentny, bo raz lubię, a raz nie. To zależy od pytań” (s. 71). To jedna z tych odpowiedzi, które zdradzają raczej chłodne nastawienie poety do dziennikarzy. Różewicz jest, mimo powyższej deklaracji, niezwykle konsekwentnym rozmówcą – nawet jeśli jego konsekwencja dotyczy odmowy udzielania odpowiedzi, niechęci do prasy czy też samej sytuacji bycia „odpytywanym”, to zawsze zostaje pogłębiona refleksją na temat powiązań publicystyki i literatury czy poezji i rozmów. Beata Sowińska pytała na łamach „Życia Warszawy” z 1974 roku: „Skoro już pan potrącił o prasę [Różewicz wcześniej porównuje prasę do „papki” – przyp. S.I]. Rzadko bardzo zgadzał się pan na wywiady. Skąd organiczna niechęć do publicznych wypowiedzi?” Różewicz: „Po co zabierać głos? Tygodniki i gazety składają się u nas w znacznej części z rozmów i wywiadów. Dlaczego wolę milczeć? Ale przecież gadam... Gadanie jednak zaciemnia. To co mnie dotyczy, jest dla mnie samego ewidentne, jasne, proste. To po co mam mówić?” (s. 91). A zatem niechęć bywa reakcją, stanem umysłu (nawet ciała – Różewicz mówi czasem, że jest po prostu zmęczony, chory, nieprzygotowany fizycznie), ale zostaje także ujęta jako problem teoretyczny, wynikający z napięć, na jakie narażeni są i rozmówcy, i odbiorcy rozmów. Właściwie w przypadku Różewicza nasuwa się pytanie: kto tu jest autorem? Różewicz często w specyficzny sposób kieruje rozmową – stawia przed pytającymi ścianę milczenia, zmienia pytania w inne pytania, skutecznie odgradza się od niektórych tematów, pyta sam siebie, daje do zrozumienia, że wcześniej pytano go o niewłaściwe rzeczy itp. Jak zatem rozmawiać z kimś, kto programowo nie chce rozmawiać? Jak oddać w tekście jego milczenie? Kategoryczną odmowę?

Na podstawie lektury tomu „Wbrew sobie” można sądzić, że Różewicz traktuje wywiady jako część własnej twórczości – autor jest znany jako poeta, prozaik, dramaturg, scenarzysta; powinien być też znany jako biegły rozmówca, który potrafi odpowiadać na pytania, milczeć, albo, jeśli zachodzi taka potrzeba, samemu pytać, być „autorem” tych wywiadów. Jak sądzę dzięki takiej bezkompromisowej postawie zyskał sobie miano rozmówcy wymagającego. Poza tym, jak sam twierdzi, im jest starszy, tym mniejszą odczuwa potrzebę mówienia o sobie (być może dlatego trudniej z nim rozmawiać) i mniejszą potrzebę tworzenia. Kira Gałczyńska pytała dla „Trybuny Ludu” w 1975 roku: „Czy w takim razie słuszna jest opinia, że w ostatnich latach jednak pisze pan coraz mniej wierszy”? Różewicz: „To prawda”. Gałczyńska: „Jakie są tego przyczyny?” Różewicz: „Trudne do określenia. Może poczułem się unieszkodliwiony przez epigonów? Moje milczenie byłoby wtedy formą ucieczki” (s. 93–94). Dowiadujemy się, dlaczego, oprócz niechęci do dziennikarzy, Różewicz niekoniecznie chce mówić o pisaniu: obawia się epigonów, a milczenie chroni go przed nimi – trudno skopiować to, co nie zostało wyrażone (choć można się zastanawiać, na ile „niechęć” Różewicza do rozmawiania o twórczości, jako postawa, jest kopiowana przez współczesnych poetów). Czasami bywa jednak i ostrzej. W wywiadzie „Tramwajem-wierszem do parku-wiersza”, opublikowanym w 1977 roku na łamach warszawskiej „Kultury”, Teresa Krzemień zadała pytanie: „Co to znaczy naprawdę, kiedy pisarz powiada o sobie: jestem autentyczny, jestem tylko sobą? Co to jest w ogóle autentyczność twórcy?” Różewicz skontrował: „Jakie następne pytanie mi pani postawi? Bo chyba można odmówić odpowiedzi? U nas zwykle oczekuje się, że w wywiadzie ten, którego pytają, musi mieć na wszystko odpowiedź i odpowiadać dużo. Niby dlaczego pisarz, na przykład, ma mieć odpowiedź na każde pytanie?” (s. 126). Wyczuwamy tutaj spore napięcie, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony – pytanie samo w sobie jest nieco zaczepne, podważające autentyczność figury poety, a i odpowiedź zdradza oznaki rozdrażnienia. Mimo wszystko Różewicz wykonuje sprytny i jak sądzę przemyślany ruch – nie odpowiada na pytanie, ale jakby automatycznie sprowadza rozmowę na metateoretyczny problem, jakim jest sama sytuacja przeprowadzania wywiadu i to, dodajmy, wywiadu z autorem tekstów literackich, a więc z kimś, kto z założenia powinien być autentyczny, oryginalny, nieprzewidywalny.

To interesujące, ale zmniejszona potrzeba mówienia i niewielka liczba nowych wierszy idą ze sobą w parze. Niechęć do wywiadów wynika z bardzo dobrej znajomości problematyki genologicznej. Dla Różewicza wywiad jest gatunkiem zawikłanym, niejasnym, zaciemnionym, a z kolei w poezji dąży do przejrzystości, jasności, zrozumiałości, co podkreśla między innymi w częstych nawiązaniach do tradycji poetyckiej Juliana Przybosia. Tak robi na przykład w rozmowie „Jestem tu, pod ręką”, opublikowanym w 1990 roku w „Polityce”. Urszula Biełous, zaczynając od wątku autobiograficznego, od swojej podróży pociągiem do Wrocławia, gdzie mieszka poeta, pyta Różewicza o wartości, jakich powinien poszukiwać artysta. Na co Różewicz odpowiada, podobnie jak w poprzednich wypadkach, które przytoczyłem wyżej, zmieniając kierunek rozmowy: „No cóż, pani jedzie ze swoim światem i swoimi wrażeniami do mnie, a ja, oczywiście, myślę o czymś innym, nie wiedząc, z czym pani do mnie jedzie. Sprawą zasadniczą dla mnie było – czy się spotkać. Nie chodzi o panią jako panią Biełous, tylko o panią jako przedstawicielkę zawodu dziennikarskiego w pewnym sensie. Czy się spotkać i rozmawiać. Czy udzielić wywiadu...” Biełous: „Dlaczego to stanowi dla pana taki problem?” Różewicz: „To stanowi dla mnie główny problem, jeśli chodzi o rozmowy. Widzi pani, u nas się za dużo mówi. U nas, w Polsce. No i nie tylko w Polsce, w Europie, w Ameryce, właściwie na całym świecie – coraz więcej się mówi, coraz więcej udziela się wywiadów, wszyscy udzielają się na wszystkie tematy (...). Jako młody poeta należałem – tak można powiedzieć – do szkoły mistrza Przybosia. Szkoły poetyckiej, w której używało się jak najmniej słów” (s. 174). Widać wyraźnie, że Różewicz integralnie traktuje tak odległe gatunki, jak wiersz i wywiad, choć dotyczą one w sumie tego samego – pokazują, jak to jest „być poetą”, co to znaczy pisać, tworzyć, zmagać się ze swoim wizerunkiem. Natomiast nawiązanie do Przybosia może mieć tu wymiar ironiczny – Różewicz nazywa go wprawdzie „mistrzem”, ale to określenie poprzedza frazą „tak można powiedzieć”. Inna sprawa, że dość brutalnie autor podporządkowuje tu wszystko własnej podmiotowości, zawłaszcza to, co ma dotyczyć jego osoby, twórczości, poglądów. Nie ma jednak wątpliwości, że zachodzi w tym przypadku relacja między postulatem ekonomii słowa poetyckiego a krytyką nadmiaru medialnego szumu. Biełous pyta jeszcze Różewicza: „A czy można doprowadzić w poezji do milczenia?” Różewicz: „A cóż to jest to milczenie poety? To, co mówię w tej chwili nie jest oryginalne, bo Norwid, jeden z naszych współczesnych właściwie poetów, powiedział, że daleko więcej od mówienia wyrazić może, i wyraża, milczenie. No i ma pani tu całą tajemnicę mojej niechęci do rozmowy” (s. 175). Ostatnie zdanie wydaje się szczególnie ważne, nie tylko w kontekście tej jednej rozmowy, ale też stosunku Różewicza do wywiadów w ogóle, ponieważ ujawnia przemyślaną strategię dążenia do milczenia, do zmniejszania liczby słów, do przemyślanych wypowiedzi postawionych w opozycji do „gadaniny” (to kategoria z filozofii Martina Heideggera, do którego Różewicz kilkakrotnie nawiązuje w tych wywiadach – z jednej strony chwali jego eseje o poezji Hölderlina, a z drugiej nazywa jego twórczość poetycką grafomańską, przegadaną). Różewicz w wielu rozmowach mówi po prostu: „Odmawiam odpowiedzi”, jakby chciał się przeciwstawić gadulstwu. Skąd taka postawa?

Ważenie słów może mieć związek ze zbyt dużą ingerencją propagandy i cenzury w czasach PRL-u, z gadatliwością partyjnych działaczy, komunistyczną nowomową, których to wpływów Różewicz musiał doświadczać jako twórca w kilku dziedzinach sztuki (literaturze, teatrze, filmie). To nastawienie do pustosłowia nie zmienia się jednak w wolnej Polsce, czego dowodzą odpowiedzi w wywiadzie „Jestem tu, pod ręką” i innych rozmowach z lat dziewięćdziesiątych i pierwszych z tomu „Wbrew sobie” – zmienił się ustrój, zmieniły się przyczyny, gadulstwo to teraz na przykład produkt wolnego rynku, rozrywka, dosłownie: talk-show. Poeta nie zmienia jednak swojego nastawienia i wciąż znajduje powody, żeby milczeć. Jeszcze dokładniej te kwestie próbują wyjaśnić Stanisław Bereś i Joanna Kiernicka w rozmowie „Poeta po końcu świata”, opublikowanej w 2000 roku w „Odrze”. Bereś zaczyna od tego, że do wywiadu z Różewiczem przygotował we współpracy z innymi osobami około 250 pytań (!). Poeta stwierdza, że nie ma wśród nich interesujących wątków do rozmowy (!). Dlaczego? Różewicz: „(...) Każde z tych pytań, pogłębione i rozwinięte przeze mnie, mogłoby się stać materiałem na książkę od stu do sześciuset stron. I to właśnie jest obezwładniające. Oczywiście, łączy się z tym moja wzrastająca z wiekiem niechęć do wszelkiego rodzaju wyznań, konfesji, odpowiedzi, zwierzeń (...)”. Różewicz pozostaje wierny swojej zasadzie – woli nie mówić albo, paradoksalnie, mówić o milczeniu.

Mimo wszystko, mimo programowego milczenia i oporu bohatera, znajdziemy w tym tomie dużo wątków wartych dyskusji. Na przykład intrygujący jest stosunek Różewicza do pytań zadawanych przez różne osoby. Czy płeć rozmówczyni/rozmówcy ma jakieś znaczenie? Jak Różewicz traktuje dziennikarzy, a jak literaturoznawców? Czy chętniej rozmawia z przedstawicielami pism kulturalnych, czy rozrywkowych? Poza tym przeczytamy także o powiązaniach z teatrem, filmem, rodzinnej współpracy ze Stanisławem Różewiczem, a także kontaktach z Czesławem Miłoszem (w tomie znalazły się trzy niepublikowane wcześniej rozmowy z udziałem Różewicza i Miłosza, nazwane tu „dialogami”). Dowiemy się też, jak Różewicz postrzega uczniów, którzy czytają w szkole jego poezję. Zapytany przez Aleksandrę Koryzmę, redaktorkę gazetki szkolnej „Mag Słów”, o życzenia dla uczniów na trwający rok szkolny (wywiad opublikowano w 2011 roku), życzy wszystkim zdrowia i dobrych ocen, a także prosi, żeby nie zawracać mu głowy, bo... nie lubi wywiadów (s. 411).

W Polsce rozmowy z pisarzami wpisują się w nurt popularny – dzisiaj rozmawia się o wszystkim, również o książkach i pisaniu, a wywiad jest gatunkiem bogato reprezentowanym jako źródło informacji i rozrywki, począwszy od niszowej prasy, a skończywszy na informacyjnych portalach internetowych, które docierają do szerokiego grona odbiorców. Ta popularność wywiadu ma zapewne duży wpływ na kształt rozmów z twórcami literatury – trudno zaprzeczyć, że moda na wywiady ma związek z „gadulstwem” w mediach, z plotkarskim tonem tytułów internetowych, z ogólną tabloidyzacją przekazu dziennikarskiego. I Różewicz ma zapewne rację, gdy mówi, że nie zawsze warto „gadać”. Rozmowy z pisarzami są obecne w mediach, przede wszystkim na łamach gazet, w audycjach radiowych i programach telewizyjnych; to z pewnością osobny gatunek, ale nieco zawłaszczany przez popkulturę. Andrzej Stasiuk obok przepisu na zupę albo Marcin Świetlicki w przerwie między zapowiedziami filmów nikogo nie dziwią, ponieważ tak wyglądają dzisiejsze media – trudno panować nad ich spójnością, kiedy do głosu dochodzą tak różne interesy, jak estetyka, ekonomia czy wskaźniki popularności.

Książki z wywiadami wyróżniają się na tym tle takimi zaletami, jak zwarty układ, swobodniejsza przestrzeń wypowiedzi, długość zapisu rozmowy czy możliwość głębszej redakcji tekstu. Wystarczy wymienić tylko niektóre tytuły, które spełniają te kryteria, jak: „Hańba domowa” Jacka Trznadla, „Historia literatury polskiej w rozmowach” Stanisława Beresia, „Dobrze, że żyłem. Rozmowy z pisarzami” Heleny Zaworskiej czy monograficzne zbiory poświęcone pojedynczym autorom, ostatnio na przykład Tadeuszowi Konwickiemu („W pośpiechu” Przemysława Kanieckiego). Konwickiego przywołuję nieprzypadkowo, bowiem kojarzy się z Różewiczem nie tylko dlatego, że należy do grona doświadczonych pisarzy, ale też dlatego, że obaj w ostatnich latach pisali coraz mniej (albo wcale) i mniej aktywnie uczestniczyli w życiu literackim. „W pośpiechu” to zatem kolejny „powrót” do biografii pisarza, który ostatnio milczał; podobnie jest w przypadku „Wbrew sobie”, ponieważ tematyka tych wywiadów to rozwinięcie etosu poety, skomplikowanego statusu autora operującego wieloma środkami wyrazu, ale też świadectwo postawy „poety-mędrca”, indywidualności, która za życia zapisała się w historii literatury.

„Wbrew sobie”, w przeciwieństwie do wymienionych wyżej tytułów, to jednak zbiór rozmaitych wywiadów, różnych autorów, z różnych mediów, z odległych momentów historycznych (warto porównać ten tom z „Językami teatru” Kazimierza Brauna – tu jeden autor prowadzi rozmowy z Różewiczem). Zabrakło w tym tomie wstępu objaśniającego kulisy powstawania i redakcji poszczególnych tekstów, przybliżającego zagadnienia genologiczne wywiadu i rozmowy, a w szczególności rozmowy z pisarzem, uzupełniającego historyczne i historycznoliterackie konteksty. To sytuacja zaskakująca, szczególnie dlatego, że tom opracował, jak wspomniałem na początku, Jan Stolarczyk, wieloletni wydawca nowych książek Różewicza i utworów zebranych poety – z pewnością mógłby wnieść do tego wydania solidną porcję wiedzy. Nie wiemy na przykład, czy to wszystkie wywiady, jakie kiedykolwiek były publikowane (na pewno nie ma tekstów z „Języków teatru” Brauna), czy coś pominięto i ewentualnie z jakich powodów, czy coś zmieniono – to byłyby informacje pożyteczne z punktu widzenia pracy filologów i medioznawców.
„Wbrew sobie. Rozmowy z Tadeuszem Różewiczem”. Opracowanie Jan Stolarczyk. Biuro Literackie. Wrocław 2011.