Wydanie bieżące

1 lutego 3 (195) / 2012

Karolina Jędrych,

NIEPOSPOLITE STWORZENIA

A A A
Jedna z nich jest biedną dziewczynką z nadmorskiej miejscowości w południowej Anglii, córką rzemieślnika. Druga – wedle ówczesnych standardów – starą panną, ale panną z klasy średniej, córką londyńskiego adwokata. Los sprawia, że spotykają się latem 1804 roku w Lyme Regis, w hrabstwie Dorset. Choć między nimi jest prawie 20 lat różnicy, połączy je wspólna pasja, która z czasem zatrze różnice wykształcenia i pochodzenia i przerodzi się w przyjaźń.

W wydanej w 2009 (u nas jeszcze świeżej, bo z końca sierpnia ubiegłego roku) powieści „Remarkable creatures” Tracy Chevalier kolejny raz uwodzi czytelnika kobiecą stroną wielkiej historii. Tym razem przenosi nas do lat 1804-1824 na skalistą plażę między Lyme a Charmouth, gdzie towarzyszymy Mary Anning i Elizabeth Philpot w ich żmudnych wędrówkach odbywanych w poszukiwaniu skamieniałości. Powieść biegnie spokojnym rytmem, z rzadka przerywanym jakimiś niespodziewanymi wydarzeniami. Cóż bowiem może być ciekawego w szukaniu na ponurej plaży „dziwów”, czyli amonitów, belemnitów i szkieletów wymarłych stworzeń? Jeśli napisała o tym Chevalier – wszystko. Autorce, której udało się z powieści o tkaniu gobelinów uczynić powieść niemal przygodową, a z powieści o malowaniu obrazu – pełną zmysłowego napięcia opowieść o miłości, udało się również tchnąć życie w skamieliny oraz w prostą historię odkryć Mary i panny Elizabeth, autentycznych postaci żyjących w pierwszej połowie XIX wieku.

Jak i w poprzednich powieściach tej autorki, tak i tutaj wielkim atutem jest narracja. Tym razem prowadzona w dwugłosie Mary – Elizabeth. Zmieniają się regularnie, jak przypływy i odpływy – kiedy milknie jedna, druga zaczyna mówić. Mówią i myślą nie tylko o skamieniałościach, ich pochodzeniu (Elizabeth) i poszukiwaniu (Mary), ale przede wszystkim o sobie. Poznajemy jedną dzięki tej drugiej, przy czym dobrze wykształcona Elizabeth zwykle analizuje osobę Mary, Mary zaś jedynie zdaje sprawę z zachowania Elizabeth, bez wnikania w motywy jej postępowania. Kobieta i dziewczyna mówią każda swoim językiem. Mary zbiera wszystko, by potem sprzedać to turystom w przydomowym kramie, nie musząca zarabiać na utrzymanie Elizabeth natomiast wytrwale powiększa swoją kolekcję skamieniałych ryb.

Pierwszym poważnym odkryciem Mary Anning (a dla ścisłości – jej brata, Josepha) jest uwięziony w przybrzeżnym klifie kompletny szkielet „krokodyla”, którego kilka lat po wydobyciu ze skały uczeni nazwą ichtiozaurem. Podczas gdy Mary i jej rodzina zastanawiają się, jak najkorzystniej „krokodyla” sprzedać, Elizabeth rozmyśla, czym było to skamieniałe stworzenie. Jej wiedza z zakresu anatomii zwierząt, logika oraz rozmowa z dziedzicem Henley’em, zainteresowanym kupnem szkieletu niezwykłego stworzenia, podpowiadają kobiecie, że ma do czynienia ze zwierzęciem, które już nie istnieje. To, co wydaje nam się – ludziom wychowanym na teorii ewolucji Darwina – oczywiste, dla Elizabeth (i jej współczesnych) jest prawdziwą rewolucją światopoglądową (a pamiętajmy, że to dopiero przeddarwinowskiego przypuszczenia). Tutaj Chevalier należą się kolejne brawa za to, że w bardzo prosty sposób, na przykładzie jednej bohaterki, pokazała jak wiele musiała kosztować ludzi XIX wieku zmiana sposobu myślenia o rozwoju gatunków. Bóg stworzył przecież świat w sześć dni, ponadto stworzył na początku wszystkie istoty żywe, wszystkie gatunki. Jak mógł zatem któreś ze swoich dzieł skazać na wymarcie? Dlaczego dopuścił do tego, by zniknęło z powierzchni Ziemi i by zostały po nim tylko kości w skale? Jeśli mógł uczynić to z tymi niepospolitymi stworzeniami, może tak samo postąpić względem człowieka… Takie i podobne pytania zadaje sobie panna Philpot, a czytelniczka z XXI wieku przestaje ze zdziwieniem myśleć o ludziach, którzy tak długo wypierali fakt, że Ziemia ma więcej niż sześć tysięcy lat, a sześć dni stworzenia to całe ery tworzenia.

Wydawca książki, umieszczając na skrzydełku okładki streszczenie powieści, postawił na takie wydarzenia, które mogą przyciągnąć czytelnika łaknącego romansowej fabuły w stylu Jane Austen (której postać i powieści są, nota bene, wspomniane w jednym z ostatnich rozdziałów): „Z czasem, gdy obie [Mary i Elizabeth] zaczynają rywalizować o względy tego samego mężczyzny, zostanie ona [przyjaźń] wystawiona na ciężką próbę i zerwana. (…) Gdy Mary zostaje oskarżona o oszustwo przy preparowaniu szkieletu nowo odkrytego plezjozaura, Elizabeth postanawia pomóc dawnej przyjaciółce…” Takie wydarzenia rzeczywiście miały miejsce w książce, jednak autor streszczenia uchwycił jedynie, niczym scenarzysta filmowy, samo zdarzenie, pominął natomiast subtelne zmiany w stosunkach obu kobiet – jak zrobiłby to dobry operator i jak czyni to Chevalier. Przyjaźń nie zostaje zerwana – rozmywa się na chwilę, odpływa. Paleontolożki-amatorki prowadzą tak naprawdę proste, pozbawione silnych emocji życie. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy Mary wydobywa najważniejsze znaleziska – ichtiozaura i plezjozaura. To z ich wydobywaniem właśnie, czyszczeniem, sprzedażą oraz „dalszymi losami” wiążą się najsilniejsze przeżycia obu bohaterek. Tu należy szukać sensacji i mocnych czytelniczych przeżyć, nie zaś w, ciekawym skądinąd, wątku romansowym.

Elizabeth, mieszkając na prowincji, cieszy się swobodą, jakiej nie miałaby w Londynie (boleśnie odczuwa swoją obcość na ulicy wielkiego miasta w momencie, kiedy – już jako dojrzała kobieta – wychodzi z domu brata sama, bez opieki), Mary żyje zaś od jednego „uderzenia pioruna” (zwykle wiążącego się ze znalezieniem wyjątkowego okazu) do drugiego. Mija 20 lat, a wydaje się, jakby kobiety nie postarzały się ani o rok. Nawet rosnąca sława Mary Anning nie zostaje w książce wyeksponowana. Autorka powieści ukazuje raczej fakt, że mimo swojej ogromnej wiedzy na temat skamielin, mimo umiejętności ich odnajdywania, zarówno Mary jak i Elizabeth zostały wpuszczone jedynie do przedsionka nauki: „Opatrujemy okazy etykietkami, podając miejsce i datę ich znalezienia, i eksponujemy w gablotach ze szklanymi wiekami. Badamy i porównujemy okazy, a potem wyciągamy wnioski z naszych obserwacji. Panowie tworzą teorie i publikują je w czasopismach naukowych, które czytam, ale nie wolno mi do nich pisać”. Po lekturze „Remarkable creatures” pozostaje żal do tamtego świata, który nie pozwolił tym wyjątkowym kobietom na opisanie swoich własnych znalezisk, mających przecież ogromne znacznie dla rozwoju nauki.

Tytuł oryginalny – „Remarkable creatures”, który pozwoliłam przetłumaczyć sobie jako „Niepospolite stworzenia” – jest interesująco dwuznaczny. Z jednej strony mamy skamieniałe szkielety dinozaurów, które bez wątpienia były niepospolitymi, cudownymi stworzeniami. Z drugiej – Mary Anning i Elizabeth Philpot, dwa niepospolite stworzenia, dwie niepospolite kobiety, żyjące jakby obok i trochę na przekór swoim czasom. Polski tytuł, konsekwentnie przeze mnie odrzucany, to „Dziewczyna z muszlą”. Żadna godna uwagi muszla w książce tej nie występuje (dlaczego nie „Dziewczyna z amonitem” lub, równie świetny, a zgodny z fabułą tytuł „Dziewczyna z ichtiozaurem”?), a próba stylizacji tytułu na „Dziewczynę z perłą” jest chybionym pomysłem. Książki Tracy Chevalier potrafią obronić się same. Mimo tego, że, jak powiedziała Elizabeth Philpot, „Życie kobiety jest zawsze kompromisem”, Chevalier, pisząc swoje powieści, nie idzie na żaden kompromis. Miejmy nadzieję, że kiedy w Polsce wychodzić będzie kolejna powieść tej autorki, wydawca weźmie przykład z autorki.
Tracy Chevalier: „Dziewczyna z muszlą”. Przeł. M. Olejniczak-Skarsgård. Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz. Warszawa 2011.