Wydanie bieżące

15 lutego 4 (196) / 2012

Magdalena Boczkowska,

RZEMYKI PRZYDYMIONYCH SPOJRZEŃ

A A A
Po sukcesie tomów reportaży „Biała gorączka” (2009) oraz „W rajskiej dolinie wśród zielska” (2010), Jacek Hugo-Bader przygotował kolejny zbiór, tym razem zabierając czytelników w rejony mroźnej Kołymy. „Dzienniki kołymskie” – bo o nich mowa – to zapis podróży po najdalszym krańcu Archipelagu Gułag, zwanym „złotym sercem Rosji” i „Oświęcimiem bez pieców” jednocześnie. Jak wyznaje sam autor: „Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach…”. Wyrusza zatem autostopem w podróż liczącą 2025 kilometrów, z Magadanu do Jakucka. Podróżuje przez trzydzieści sześć dni po Trakcie Kołymskim, budowanym przez zeków (więźniów stalinowskiego terroru), pracujących w nieludzkich warunkach i ponad własne siły – po najdłuższym cmentarzu świata – gdyby bowiem położyć obok siebie wszystkie ofiary stalinowskich łagrów i tak brakłoby miejsca.

„Wcale nie trzeba tej książki czytać od deski do deski. Żeby odbyć ze mną całą podróż, wystarczy przeczytać tylko »Dziennik«, zatem co drugi, trzeci rozdział. Ale najlepsze, co mnie w niej spotkało – to znaczy ludzie […] – opisane jest w pozostałych rozdziałach” – zastrzega na początku Hugo-Bader. Dla niego nie ważna jest zatem historia, geografia, przyroda (choć przyznaje, że tak jest tu wyjątkowo piękna) czy szczegółowe mapy, dla niego najważniejsi są paputczicy, czyli ludzie, których spotyka w podróży, tacy, z którymi jest mu „po drodze” (po rosyjsku „po puti”), których trzeba wysłuchać, z którymi można porozmawiać czy napić się wódki. To, czego dowiaduje się o życiu w takim miejscu i w tak trudnych warunkach, dowiaduje się właśnie od nich, a nie z podręczników. Prawda ludzka jest ważniejsza od prawdy obiektywnej, nawet wówczas, gdy się z nią nie pokrywa. To życie pojedynczych osób, ich los, ich cierpienie i radość są ważne, a nie standardowe fakty. Każdy z bohaterów „Dzienników kołymskich” ma swoją historię, swoją przeszłość, która nie pozwala o sobie zapomnieć i uniemożliwia wyjazd z Kołymy. Część z nich mogłaby wyjechać, żyć gdzie indziej, ale tak zapuścili tu korzenie, że nie są w stanie nawet wyobrazić sobie życia w innym miejscu, nie mogą opuścić swych zmarłych, swej przeszłości, swego dziedzictwa. Razem z autorem spotykamy zatem na przykład, a to poszukiwacza złota, który w trzy dni przepija wielomiesięczny zarobek, a to oligarchę, Aleksandra Basanskiego – „rosyjskiego Króla Midasa”, uważającego, że każdego da się przekupić, nawet samego Hugo-Badera, którego bierze za agenta wywiadu. Innym razem wysłuchujemy tragicznej historii córki Nikołaja Jeżowa, zwanego „Żelazną Pięścią Stalina”, poznajemy losy wiernego psa Saszy Szafranowa czy doktora Włada, którego ojciec był oficerem KGB, a potem spotykamy między innymi złomiarza Jurę Sałatina, odrywcę maszyny odmładzająco-zmądrzającej, Niurguna Filipowa, Mariannę Igoriewnę Juquelier, szukającą śladów ojca, czy szamankę, Ediij Dorę, która zadecydowała o kompozycji i wyglądzie okładki całej książki („trzy części, ciemnozielony kolor, złote litery…”), widziała bowiem to wszystko oczami duszy już rok wcześniej.

W trzech częściach swego dziennika – „Syndrom milczenia”, „Syndrom pola walki” oraz „Syndrom towarzysza podróży” – autor „Białej gorączki” mówi o spotykanych ludziach, o historycznych postaciach, mitach i legendach kołymskich, ale mówi także o sobie. O sobie podróżującym, poznającym, czasami zachwyconym, a czasami zniesmaczonym obserwowanymi sytuacjami. Pokazuje siebie zawieszonego na granicy światów – świata zachodniej cywilizacji i świata, „gdzie diabeł mówi dobranoc”, gdzie połączenie z internetem graniczy z cudem i kosztuje pięćdziesiąt złotych za godzinę, a za kilogram jabłek trzeba zapłacić dwadzieścia sześć złotych. W tych gorzkich opowieściach ciągle patronuje mu Warłam Szałamow ze swymi „Opowiadaniami kołymskimi” i Aleksander Sołżenicyn z „Archipelagiem Gułag”, ale przede wszystkim patronuje mu ludzka solidarność i życzliwość. Bez paputczików nie byłoby tej książki, nie byłoby Kołymy.

Po ukazaniu się „Dzienników kołymskich” rozgorzała dyskusja na temat wartości książki jako reportażu. Faktualność ubarwiona fikcjonalnością staje się bowiem jednocześnie wadą i zaletą omawianej prozy. Nie należy jej jednak odczytywać tylko i wyłącznie jako czystego reportażu. To raczej opowieść o ludzkich losach w nieludzkich czasach i o życiu w miejscu, które trudno by sobie wymarzyć jako najlepsze do życia. Hugo-Bader oddaje głos innym i to z perspektywy stałych mieszkańców poznajemy świat zawieszony pomiędzy Magadanem a Jakuckiem. Łagrowa przeszłość odcisnęła tu bowiem swe piętno i dlatego wydaje się, iż postradziecka Kołyma to inna planeta, zupełnie inna rzeczywistość, będąca najlepszym dowodem na opinię wygłoszoną przez jedną z paputczików – „Cała Rosja została zgwałcona chórem […] wszyscy radzieccy ludzie to owoc tego gwałtu” – stwierdza Tamara Tichonowa, prawdopodobnie najmłodsza ofiara stalinowskich prześladowań, „urodzona: 7 marca 1952 roku […]. Pozbawiona wolności: 7 marca 1952 roku. Zwolniona: 11 grudnia 1952 roku. Czas pozbawienia wolności: dziewięć miesięcy. Rehabilitacja: 15 czerwca 2004 roku”.

Podróżując po kościach zmarłych (dosłownie i w przenośni), dociera się do granicy poznania, do prób odpowiedzi na pytania o sens śmierci, wartość życia, o ludzką wytrzymałość psychiczną i fizyczną. „Mam poczucie, że im bardziej wjeżdżam w głąb Kołymy, tym bardziej cofam się w czasie, bardziej zanurzam się w starą, sowiecką, zahibernowaną rzeczywistość”. Kończąc swą podróż, Hugo-Bader staje się więc innym człowiekiem, zdaje też sobie sprawę, że przez ową hibernację nigdy do końca nie uda mu się wniknąć w głąb kołymskiej mentalności. Ale rozumie także, że czasami nawet w siarczystym mrozie może pojawić się promień słońca. Tylko na Kołymie ludzie mają bowiem „rzemyki przydymionych spojrzeń”, którymi oplatają przybyłych, mówiąc jakby z ironią „wyjedziesz, ale będziesz chciał wrócić, Kołymy bowiem tak łatwo się nie opuszcza”. Mają wolę przetrwania, hart ducha i wiarę w to, że – jak powtarzał Szałamow – „życie bez miłości nie ma sensu”.
Jacek Hugo-Bader: „Dzienniki kołymskie”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2011 [seria: Reportaż].