Wydanie bieżące

15 lutego 4 (196) / 2012

Agnieszka Rybarczyk,

AUTENTYCZNY PRETEKST MICHAŁA WITKOWSKIEGO

A A A
Michał Witkowski wielkim pisarzem jest. Przede wszystkim pisarzem „osobnym”. Język, którego używa do stwarzania powieściowych światów, to język charakterystyczny i rozpoznawalny, nawet wtedy, gdy autor stylizuje go na słowa swojego poprzednika, jakim niewątpliwie jest Witold Gombrowicz. „Drwala”, najnowsze dzieło Witkowskiego, odebrać możemy jako wyrazisty ukłon w stronę Gombrowicza właśnie – i to nie tylko w związku z językowymi naleciałościami, ale także w warstwie tematycznej utworu.

Akcja tego wydanego w 2011 roku „autoironicznego kryminału pretekstowego” (rozwinę to określenie nieco później) rozgrywa się w przeciągu kilku listopadowych dni (nie licząc retrospekcji) w Międzyzdrojach i okolicach. Kurort po sezonie to miejsce brudne, zaśmiecone i szare. Pada deszcz, często jest też ciemno, wszystko dlatego, że poruszamy się w klimatach powieści grozy, kryminału i małej dawki horroru. Główny bohater – pisarz Michał Witkowski – ewakuuje się z Warszawki, by być jak najdalej od cywilizacji, pragnie „tylko odczuwać i zapisywać” (s. 13). Plan jest prosty i od samego początku opowieści wyartykułowany – napisać kryminał, ponieważ „kasa za bilety musi się zwrócić” (s.105). Wydawać by się mogło, iż owijania w bawełnę u Witkowskiego brak, jednakże nic bardziej mylnego…

Sztafaż grozy oraz zagadka kryminalna, którą pisarz stara się rozwikłać, są tylko pretekstem do snucia głębszej refleksji. „Drwal” nie jest opowieścią o szukaniu odpowiedzi na pytanie: kto zabił onegdaj panią Katarzynę vel BB vel mentalną Grażynę Kulczyk? Neurotyczny autor/narrator pochyla się przede wszystkim nad kwestią relacji międzyludzkich i autentyczności życia, dlatego też Gombrowicz jako jego patron wydaje się być nieodzowny. W pogoni za „czymś prawdziwym, co by nie było stylizacją na prawdziwość” (s. 64) trafia Michał do zaszytej w głębokim lesie leśniczówki, którą zamieszkuje tytułowy drwal. Aby nie było nieporozumień – „drwal to nie zawód, to stan umysłu” (s. 23). Tak oto w metatekstowej, wielopoziomowej przestrzeni, gdzie samoświadomość powstawania tekstu oraz dekonstruowanie fikcji są na porządku dziennym, a autonomiczność świata przedstawionego nieustannie poddawana jest w wątpliwość, główny bohater szuka „prawdy istnienia”.

Pisarza pociąga surowy świat, wolny od wszechobecnych spojrzeń innych ludzi, ponieważ „gdy człowiek jest sam, przestaje obserwować siebie oczami innych (…). Dla nich to była normalka, ale dla mnie – atrakcja (…)” (s. 64). Życie w leśniczówce, która okazuje się być bastionem tradycji i wartości, prezentuje się jako diametralnie odmienne od tego opartego na „mądrościach podnakrętkowych”, wypełnionego „batonami, chipsami, frytkami, genetycznie i kolorystycznie zmodyfikowanymi gównami o ogólnym indeksie glikemicznym miliard” (s. 158). Jednakże to, czego Witkowski pożąda, dalekie jest od ideału, ponieważ nawet wśród drwali pojedynek na miny trwa, a napięcie między ludźmi nie maleje, gdyż „on wie, że ja wiem, że on nie śpi. I że ja wiem, że on wie, że ja wiem” (s. 54).

Zaczytujący się w „Pitavalach” Szenicy pisarz personalne zbawienie odnajduje w osobie małomiasteczkowego luja, na którego „gębie rumianej i poczciwej (…) natura toczyła tę najsłodszą walkę pomiędzy chłopcem a mężczyzną” (s. 83). Nie dość, że osobnik ten prezentuje sobą „stylistyczne pranie mózgu”, to przede wszystkim określa go gombrowiczowska kategoria niedojrzałości. On jest „pomiędzy”, nie uformowały go ani kultura, ani natura, a co za tym idzie, powinien być autentyczny. I w pewnym stopniu taki jest, gdyż „paznokcie obgryzione do żywego mięsa i lekko czarne na obrzeżach” (s. 87) oraz jego szczęśliwość, wynikająca z tego, iż „nie odchudzał się, nie rzucał palenia, pił i bekał” (s. 88) są pochodną bycia bez namysłu i bez kalkulacji. Tego właśnie szuka w nim Michał, oceniający własne życie jako pozbawiony spontaniczności projekt, w którym szczyt wyrafinowania stanowi stylizacja na normalność.

Problem braku autentyzmu dotyczy także samego tworzenia. Okazuje się, że wszystko jest przekalkulowane, każdy ruch, każda myśl pisarza mają swój cel. Proza wpływa na rzeczywistość, modeluje ją – bohater pali (chociaż rzucił nałóg), żeby bardziej przypominać postać z kryminału, a z prostytutką rozmawia w serialowy sposób, ponieważ „tyle było tych kurewskich scen w komunistycznych serialach (…), że po prostu nie umiałem w sposób naturalny podejść w hotelu do prostytutki” (s. 319). Najczęstsze pytanie, jakie zadaje sobie Witkowski, brzmi „czyż to się nie przyda do prozy?” Ta nadrzędność pisania wobec życia wpływa na wybory podejmowane przez bohatera. Gdy postanawia jechać taksówką ze starym taksiarzem, panem Wojtkiem, niepokoi go wątpliwość: „Może, kiedy go wybierałem, intuicyjnie czułem, że stary do prozy lepszy niż młody? (…) Czy mam jeszcze jakiekolwiek spontaniczne kontakty między, że tak powiem, ludzkie, czy w każdym widzę już tylko informatora?” (s. 306)

Witkowski-bohater często przywołuje „Makbeta” Szekspira – nie tylko w związku z mroczną scenografią otoczenia leśniczówki i zmywaniem krwi z rąk niczym Lady Makbet, ale także, gdy kilkakrotnie powtarza ważny cytat, iż „pięknym jest brzydkie, brzydkim piękne”. Te słowa są rodzajem kampowego manifestu wygłaszanego przez pisarza, który odwołuje się tym samym do przewartościowania znaczeń nadawanych przez główny nurt kultury. To, co większość uznaje za atrakcyjne i pożądane, wcale takim być nie musi. Znany pisarz homoseksualista, rozchwytywany przez magazyny w stylu „Viva”, rozkoszuje się każdym swoim obyczajowym i estetycznym potknięciem. Jednakże, by odczuwać zadowolenie z bycia na stylistycznym i moralnym dnie, potrzebna jest widownia, choć jedna para oczu. Gdy w drink barze Michał zaplątuje się we własny szalik i pada na podłogę, leżenie pod obstrzałem wzroku sprawia mu satysfakcję, do czasu, gdy okazuje się, iż „głupio tak leżeć, ludzie zajęli się już swoimi sprawami (…). Co innego leżeć w centrum uwagi” (s. 251). Międzyludzki kościół nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni ukazuje swą siłę na łamach tej powieści…

Odpowiedź, poszukiwana z taką pieczołowitością w „Drwalu”, tyczy właśnie autentyzmu w relacjach między jednym człowiekiem a drugim. To dochodzenie, w przeciwieństwie do tego prowadzonego na sposób jawny i literalny, udziela repliki jednoznacznej. Nie istnieje sposobność dotarcia do prawdy, do istoty, ponieważ nasze życie wygląda po części jak Uroboros, a po części jak wstęga Möbiusa. Początek jest końcem, koniec początkiem, a wszystko razem jest nieskończone. To, od czego staramy się uciec, czyli bycie wśród innych, jest zarazem tym elementem, który stanowi o naszym istnieniu. Nie da się tego oddzielić, pozorna separacja wprowadzi zawsze pewien nieład, który burzyć będzie fundamenty bytu. I tak oto ucieczka od zaśmieconej cywilizacji i od pokolenia Facebooka, które być może pamięta „każdego linka, każdą najgłupszą piosenkę” (s. 21), kończy się powrotem na ich łono. To jest naturalny ekosystem Witkowskiego, podobnie jak dla luja jest nim przystanek autobusowy.

Opozycja Natura – Kultura jest bardzo widoczna na kartach powieści Witkowskiego. Przedstawicielami tej pierwszej są chociażby drwal i Rozklekotany, ludzie niepotrafiący przystosować się do nowych czasów, należy do nich także Malinowski junior, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. Jego przekrwiona gęba, „wytrawiona słońcem i wiatrem, czarna, bo cały rok nad morzem wieje i świeci” (s. 392), irytuje pozostałych uczestników dawno minionego dansingu, którzy „w ramach protestu odwracają się od niej i wybierają kulturę” (s. 393). Po przeciwnej stronie niż drwal sytuują się także Michał i Mieszko, pilnujący po sezonie ośrodka Grodno. Stanowią oni dla siebie rodzaj lustrzanego odbicia, symetrię i podobieństwo. „Z miasta, z inteligencji, z klubu modnego (…)” (s. 113), pojedynkują się na zdjęcia, jak bohaterowie „Ferdydurke” na miny, potrafią dostrzec swoją nieautentyczność. Myślą także w tożsamy sposób, chociażby w momencie, gdy luj snuje opowieść o psiej stypie. Michał stwierdza, iż „to by można do »Male Mana« opylić za tysiaka” (s. 370), ale Mieszko nie pozostaje w tyle, również planując wykorzystać zasłyszany wątek. Jest on również jedyną osoba, która potrafi powiedzieć pisarzowi w twarz: „Kuhwa, Witkowski! Mam w dupie, że ci się to przyda do phozy!” (s. 365).

Powyższą opozycję „rozsadza” postać luja. Osobnik, którego nie należy wychowywać, ponieważ „ma być dziki i nieokrzesany” (s. 169), obojętny na otaczający go świat, stwarzający pozory prostoty i braku komplikacji w strukturze psychiki, w pewnym momencie wymyka się konwencji, w której umieścił go Michał. Ten, który bezwolnie podążał za jadłem i popitką, tudzież za oszałamiającą świadomość tabletką, nagle atakuje pisarza siekierą. Okazuje się, że „cały czas udawał, cały czas trzeba się pilnować” (s. 201). Z marionetki, sterowanej przez Witkowskiego, zmienia się na chwilę w protagonistę, wpływającego na rozwój wydarzeń. Sensacja opisywana przez pisarza staje się kryminałem, w którym Michał zaczyna mieć bezpośredni udział – wszak to on w ręku trzyma nóż raniący dwukrotnie Mariusza-luja. „Życiopisanie” nabiera rozpędu, granica między twórczością a życiem rozmywa się coraz bardziej.

Ten nagły zwrot akcji poprzedza obraz mentalnej idylli, w której uczestniczą wspólnie Witkowski i luj. Po zażyciu rozluźniającego i uspokajającego lexotanu następuje rozrzewnienie i spowiedź przystankowego chłopaka. Następnie posiłkują się xanaksem, a Michał włącza kasetę ze śpiewem ptaków. Pośród tych okoliczności przyrody ujawnia się kolejna kategoria, przetworzona niejednokrotnie przez Gombrowicza – miłość do Polaka, do ziomka. Tanie papierosy, zegarek z targu w Świnoujściu, obgryzione paznokcie, blizny, włosy w odcieniu pastewnym – oto elementy konstytuujące „niekończącą się polską opowieść” (s. 187). Po drugiej stronie zegarek Rado, ręce delikatne i białe, niepolskie oraz wisiorek w postaci nogi lalki Barbie. Nieprzystawalność widoczna gołym okiem, w innych fragmentach powieści przeradza się w opis ksenofobii, którą przepełnieni są Rozklekotany i Kran. Tych, którzy są inni i nieakceptowani przez większość, należy zniszczyć. Cyganie („że też Hitlerowi nie udało się ich wybić”), Ruscy, Turasy, nawet Polaczki – rasizm nie zna w tym wypadku litości. „Drwal” między wierszami mówi o problemie z akceptacją odmienności i poczuciu wyższości, których proweniencja wiąże się z zakompleksieniem i postrzeganiem Polski przez Polaków jako „totalnej prowincji Europy”.

Czy takie postrzeganie świata jest normalne? Nie. A czy potrzebne? Tak, ponieważ inaczej „byłaby nuda. I nie byłoby przygody, i nie przydałoby się do prozy (…). Literatura zaczyna się tam, gdzie przestaje być normalnie” (s. 380). Ten skrócony manifest stanowi clou tekstu Witkowskiego, przepełnionego wątkami autotematycznymi i autoironicznymi. Dlatego właśnie „Drwal” jest „autoironicznym kryminałem pretekstowym” – sednem tej książki są z jednej strony rozważania dotyczące potrzeby autentyzmu istnienia, z drugiej prawdziwości związanej z tworzeniem. Ciosy rozdziela Witkowski po równo – obrywa się widowni, bezmyślnie pochłaniającej to, co modne i mainstreamowe (kryminał do takich gatunków należy), a także pisarzowi, który oczekiwania rynku pragnie spełnić. Jego chęć, by nauczyć się pisać od początku, sprowadza się do gry z konwencją, poza którą nie można do końca się wydostać. Jako osoba prowadząca handel historiami, kupująca za bezcen, sprzedająca drogo (s. 105), podejmuje nierówną walkę z zastaną rzeczywistością. Jednakże nadzieja istnieje – jest nią samoświadomość i wiedza o regułach rządzących powyższą grą. Gdy „gruby pedał, ubrany jak intelektualista, (…) nie Cygan, Żyd raczej” (s. 243) dowiaduje się od lokalnego mafiosa, że nie ma pisać kryminału, ponieważ ten nie spodoba się krytyce i nie otrzyma nagród, zaczyna myśleć kategoriami prozy przygodowej dla młodzieży. Uników stosuje Witkowski wiele, jednak pomysł wprowadzenia szkatułkowych opowieści należy do najbardziej udanych. „Luja pieczarkowe love story”, „Luja opowieść po angielsku…”, „Psia stypa”, a zwłaszcza „Skrzypce – treatment” są momentami najbardziej zabawnymi, a zarazem najbardziej ironicznymi. Żywot pisarza nie polega tylko na wsłuchiwaniu się w otaczającą go rzeczywistość, jest to także zależność od organów dotujących, w rodzaju Unii Europejskiej. Najważniejsze jednak, iż powieść „Skrzypce”, której skrót zawiera się w „Drwalu”, otrzymuje wszelkie możliwe nagrody. I w ten właśnie sposób Witkowski autor i Witkowski bohater puszczają do nas, Szanownych Czytelników, oko – nie ma autentyzmu, nie ma niezależności, ale samo poszukiwanie nadaje życiu sens. „Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”.
Michał Witkowski: "Drwal". Świat Książki. Warszawa 2011 [seria: Nowa Proza Polska].