Wydanie bieżące

1 marca 5 (197) / 2012

Michał Paweł Urbaniak,

MODLĄ SIĘ POD FIGURĄ...

A A A
Omówienie najnowszej książki Jacka Wangina – prozaika i felietonisty – można zacząć od wyszukania literackich konotacji. „Przewrotkę”, drugi po „Gdy wrony powrócą” zbiór opowiadań Wangina, śmiało da się zestawić z „Pierwszym krokiem w chmurach”. Zarówno Marek Hłasko, jak i współczesny twórca w swoich opowiadaniach przedstawiają rzeczywistość w ciemnych barwach i odważnie rozliczają się z aktualnymi problemami kraju, a nad wszystkim unosi się aura zniechęcenia i bezsensu. Ponadto obaj pisarze starają się zaskoczyć czytelnika nieoczekiwaną puentą. Jednak „Przewrotka” nie stanowi współczesnej kalki opowiadań Hłaski (choć nawiązania nasuwają się same). Wangin ma własny pomysł na „hłaskowską” konwencję i konsekwentnie go realizuje.

Autor powieści „Lucka rzecz” umieszcza większość bohaterów swoich opowiadań na zakrętach, może nie „życiowych”, ale takich, przez które ustabilizowana codzienność wybija się ze standardowych ram i ulega pewnemu – zazwyczaj chwilowemu – zaburzeniu. Spotkanie po latach z dawnym egzaminatorem, nieoczekiwana randka z ukochaną po niedzielnej mszy, lęk przed nieskomplikowaną operacją, wizyta u kochanki, poproszenie krewnego o pożyczkę, spacerowanie z dzieckiem w parku, oczekiwanie na czyjś powrót, przykry wypadek zakończony hospitalizacją – te w gruncie rzeczy zwyczajne sytuacje stają się punktem wyjścia dla błyskotliwego opisu (czy może raczej „szyderstwa z”) realiów współczesnej Polski oraz zagubienia jednostek z ich nieustannym balansowaniem między dobrem i złem, między chęcią odmiany a pragnieniem spokoju, między poszukiwaniem szczęścia a ranieniem siebie i/lub najbliższych.

W opowiadaniach Wangina dominuje frustracja. Emerytowany docent żałuje życia strwonionego na w gruncie rzeczy nikomu niepotrzebnej karierze naukowej („Trybalik”), Lena (z tekstu o tym samym tytule) nie umie sobie poradzić z demonami przeszłości, Ryś („Przewrotka”) gnany raczej poczuciem spełniania dobrego uczynku niż żądzą odwiedza kochankę, rodzina z „Bądźcie posłuszne” nie umie się porozumieć, Juliana Burzacza („Akwizytor”) przerasta codzienność, Zofia („Nawiedzenie”) ma poczucie przegranej przez wymuszony związek z niekochanym mężem-pijakiem, Krzysztof („Melon dramat”) decyduje się na skorzystanie z usług prostytutki, u czego podstaw leży nieudane małżeństwo. Wszystkie postaci tkwią przytłoczone w swoich prywatnych, klaustrofobicznych piekłach, odgrywając role małżonków, rodziców, kochanków, dzieci – bez nadziei na długotrwałą odmianę losu.

Dużym atutem tekstów składających się na „Przewrotkę” jest ich niejednoznaczność. W świecie Wangina granica między dobrem i złem jest nader płynna – i być może poprzez dysonanse (na przykład w rozstrzyganiu o winie i karze) te opowiadania są tak fascynujące. Dziadek w ramach pomocy wnuczkowi handluje narkotykami. Żonaty Ryś romansuje z Julią, aby mogła wierzyć, że jako kobieta wciąż budzi wielką namiętność. Julian Burzacz strzela do apodyktycznych staruszków niejako dla dobra społeczeństwa (np. do kobiety, która „Potrafiła stać przy straganie przez pół godziny i wybierać dwie marchewki, a ludzie z tyłu mokli na deszczu, patrzyli na zegarki, spieszyli się do pracy, chcieli uszczknąć dla siebie kawałek soboty poza obowiązkami, uspokajali znudzone dzieciaki, które ciągnęły na plac zabaw. […] Wyjęła pół godziny z życia normalnych, cierpliwych ludzi i miała w dupie ich potrzeby”), a z drugiej strony jest obojętny na przemoc domową u sąsiadów („To nie moja sprawa, wyszła baba za psychola to ma problem”). Mężczyzna w „Popołudniu Pesela” napada na matkę, która wcześniej skarciła swoje dziecko. Lekarz odmawiający przyjęcia łapówki zostaje potępiony („Jak on taki dobry, jak za sprawiedliwego chce robić, to po drodze z roboty oddałby biedakom w domu małego dziecka na obiady”) i przyczynia się pośrednio do śmierci pacjenta („Śmieszna Góra”). Krzysztof decyduje się na zdradę małżeńską w pewnym sensie z poczucia obowiązku („W końcu przeżył czterdzieści lat jako prawy obywatel i nigdy nie był w burdelu. Jak tak można? Nie chodziło nawet o zdradę żony, bo cóż to za zdrada? Pojechać i ulżyć ciału? Zwykła fizjologia jak wyskok na siku w kinie”), a zdradzona Jola odwdzięcza mu się tym samym („Melon dramat”). Podobne przedstawienie codziennych problemów musi prowokować pytanie o etykę czy poczucie moralności – ale odpowiedź pada już w pierwszym opowiadaniu, stanowiąc jakby motto dla całego zbioru: „Etyka to jest świetny wynalazek, ale w dojrzałym społeczeństwie lub na uniwersytecie. W realiach ulicy nie można kpić z siebie, tu codziennie trzeba chodzić po ziemi”.

Dzięki takiemu założeniu Wangin niejednokrotnie pozwala sobie na wyrafinowane literackie gierki, w które wciąga nie tylko swoje postaci, ale również czytelników – i tym samym pokazuje umowność świata przedstawionego. Innymi słowy, bohater postrzega w jakiś sposób rzeczywistość i nagina ją do własnych wyobrażeń, a odbiorca – na zasadzie niepisanego podyktowanego empatią zaufania – patrzy na nią podobnie, a w rezultacie obaj zostają oszukani w finałach poszczególnych opowiadań. Krzysztof odczuwa wyrzuty sumienia z powodu zdradzenia żony, nieświadomy, że ona sama zdradza go w najlepsze („Melon dramat”). Marcin jest przekonany, że znieważył Lenę, pozbawiając ją dziewictwa, podczas gdy ona miała niekłamaną ochotę na seks („Lena”). Ryś odczuwa pełną pychy satysfakcję romansując z Julią (wszak może się jeszcze podobać), a tymczasem najwyraźniej pozostaje tylko jednym z wielu niewiele znaczących kochanków kobiety („Przewrotka). Stateczny, dość nudny urzędnik po godzinach podejmuje się misji godnej karykatury Robin Hooda („Akwizytor”).

Istotną – a może nawet najistotniejszą – kwestią w „Przewrotce” pozostaje religia, choć paradoksalnie dla większości bohaterów nie jest ona może naczelną wartością. Mimo wszystko – chcąc nie chcąc – pozostają jej w różnym stopniu podporządkowani. Wangin bezlitośnie krytykuje rozmaite aspekty polskiej religijności (obłudę, ślepe przywiązanie do dogmatów, usprawiedliwianie wszystkiego wyrokami boskimi, uczęszczanie na niedzielną mszę bardziej z poczucia obowiązku niż z realnej potrzeby), przy czym robi to w sposób zawoalowany (na przykład pokazuje absurd mszy świętej, gdy monolog wewnętrzny bohatera „Lenki”, niezwiązany w żadnym wypadku z eucharystią, przerywa kwestiami standardowo wypowiadanymi przez księdza podczas nabożeństwa) bądź otwarty (kiedy Zofia w „Nawiedzeniu” poddaje w wątpliwość zasadność dogmatów, a w słowa modlitwy wplata niestosowne frazy: „Idę do kuchni, włączę zupę”). Autor „Gdy wrony powrócą” pokazuje religię jako coś zupełnie ogłupiającego (Zofia mówi do obrazu przedstawiającego Matkę Boską: „Godzinami jak głupia klęczałam, pod obrazem. Najczęściej modliłam się pod takim dużym, kościelnym, żeby Marian wrócił. Ale nie wrócił! Najpierw świeczki paliłam, potem kwiaty stawiałam, z podziękowaniem, że postawiłaś go na mojej drodze. […] Dałaś dziecku pocieszyć się kolorowym cukiereczkiem i został papierek, tak? Co środa biegałam klęczeć pod twoim obrazem, bo jaki inny mógł mieć tyle siły? Tylko ten, pod wezwaniem Nieustającej Pomocy! Klęczałam, ryczałam, kolana do czerwoności odciskałam, a Marian nie wracał. (…) Widzisz ciemno, a ten gamoń [tj. obecny mąż – przyp. mój – M. P. Urbaniak] zaginął! Zachlał, takiego dostałam męża przez te modlitwy”), coś zmienionego w tanie pozerstwo, maskujące nienawiść (znów z monologu do Matki Boskiej: „chodzisz pewnie po tych mamroczących babciach, co posłusznie szepczą na klęczkach i przebierają paciorki. […] Słuchasz sobie szeptanek za zdrowie wnusia, co siedzi stale pod budą z piwem, uśmiechniesz się do modlitwy za zięcia, żeby taką mendą nie był i tyle. […] Potem odpuszczenie i łaskę im wyprosisz, gdy wszystkich oplują z nienawiści albo dupę obsmarują. To i tak nic takiego, bo jutro przyjdą i dalej będą mieszać w garści koraliki”). Pod piórem Wangina dostaje się nawet pobożności niezwiązanej bezpośrednio z instytucją kościoła (mąż Joanny w „Bądźcie posłuszne” rozmawia z Bogiem, pragnie osiągnąć świętość, a pozostaje darmozjadem i pasożytem tłukącym żonę, Julian Burzacz z „Akwizytora” szuka okazji do zrobienia dobrych uczynków, a jednocześnie jest nieczuły na przemoc domową za ścianą). W świadomości (albo naiwności) bohaterów katolik stanowi pewien wzór („Zobaczył faceta, który przed chwilą zrobił znak krzyża. W końcu był już na wysokości tutejszego kościoła. On z pewnością idzie do pracy. Prawy mąż, obywatel, katolik […]. Ten gość miał zasady”), choć – jak wynika z tych utworów – zwykle bezzasadnie.

Autor „Lucka rzeczy” w „Przewrotce” podejmuje szereg aktualnych, ważnych społecznie tematów (poza dominującymi zagadnieniami religijnymi to również m.in. brak perspektyw, marazm, podleganie presji otoczenia, luźność związków międzyludzkich, pracoholizm, znieczulica na cudzą krzywdę), ale robi to – zgodnie z tytułem – przewrotnie. Wszystkie dramaty są tu rozładowywane błyskotliwym czarnym humorem i cierpką ironią (skatalogowanie żon wchodzących na chaty internetowe, postacie irytujących staruszków, oskarżenie psa o uszkodzenie przyrodzenia pewnego mężczyzny), a sam Wangin patrzy na swoich bohaterów z dużą dozą ciepła i zrozumienia (oskarża raczej system, a człowieka – ofiarę tego systemu – rozgrzesza). Takie ujęcie nadaje jego opowiadaniom odrobinę zaskakującej lekkości, która – umiejętnie wpleciona – nie powoduje dysonansu z dość przygnębiającym przesłaniem i świetnie uzupełnia te teksty.

„Przewrotka” to zbiór niebanalnych i sprawnie napisanych opowiadań. Literackim strzałem w dziesiątkę okazała się w tym przypadku przewrotność, będąca niejako zasadą organizującą wszystkie utwory (na co wskazuje tytuł). Dzięki temu autor „Gdy wrony zawrócą” udowadnia, że potrafi nie tylko celnie i bezlitośnie uderzyć w problemy współczesnej Polski, ale również od czasu do czasu mrugnąć okiem do czytelnika (co przy tego typu prozie pozwala zachować pewną równowagę w tekście). To trudna sztuka, ale Jackowi Wanginowi udało się ją opanować – i to także świadczy o jego niewątpliwym talencie.
Jacek Wangin: „Przewrotka”. Wydawnictwo Jirafa Roja. Warszawa 2012. "artPapier" objął patronat medialny nad książką Jacka Wangina