Wydanie bieżące

1 marca 5 (197) / 2012

Monika Glosowitz, Justyna Radczyńska,

SOLISTKI NA BIS

A A A
Z Justyną Radczyńską rozmawia Monika Glosowitz.
Monika Glosowitz: Marzec to dosyć wdzięczny miesiąc na publikowanie rozmowy o poezji kobiecej. Wokół maszerują manify, wzięcie mają tulipany. A czy poezja kobieca ma wzięcie?

Justyna Radczyńska: Czy ma wzięcie na transparencie? Nie. Tulipany są od niej bardziej cięte. Oczywiście to żart i w dodatku niesprawiedliwy, ale nie mogłam się powstrzymać, myśląc o wpływie marcowego tła na naszą rozmowę. Poważna odpowiedź na twoje pytanie jest bardzo konkretna, gdy przywołamy np. temat nagród poetyckich. Dla przypomnienia: „Solistki” wyszły we wrześniu 2009 roku na fali braku, niedowartościowania i w dość nieprzychylnej atmosferze. Już rok 2010 przyniósł dwie znaczące nagrody poetkom: Justynie Bargielskiej – Nagrodę Gdynia, zaś Justynie Krawiec – Nagrodę Bierezina. Ale prawdziwe nagłe branie miała poezja kobiet w 2011 roku. Z przyjemnością wymienię wszystkie laureatki: Urszula Kozioł – Nagroda Silesius za całokształt, Kira Pietrek – Silesius za debiut, Ewa Lipska – Nagroda Gdynia, Urszula Kulbacka – Bierezin, Joanna Borzęcka –Iłłakowiczówna, Elżbieta Lipińska – Tyska Zima Poetycka. Dodać można także „nowopoetyckie” nominacje do Nike 2011 – Mirki Szychowiak i Joanny Lech, choć uważność tej nagrody wobec poezji kobiet pozostawia wiele do życzenia. Przez 15 lat istnienia Nike ani razu nie została przyznana poetce. Z kolei nagroda Kościelskich za rzadko docenia piszące wiersze kobiety – ostatni raz otrzymała ją Jolanta Stefko w 2006 roku, a wcześniej Marzanna Bogumiła Kielar w 1993. Czekamy więc na Kościelskich dla poetki. Jest kilka trzydziestoparoletnich wybitnych kandydatek. W sumie jednak można rzec – lód popękał, odwilż ruszyła.

M.G.: Przy okazji dyskusji o „Solistkach” „narzędziem szturmowym” stawały się statystyki. A to w amerykańskich antologiach poetyckich (1988–2010) wiersze kobiet stanowią 39% publikacji. Podczas gdy np. przy opracowywaniu wielkiej antologii literatury irlandzkiej wzięto początkowo pod uwagę tylko 4 kobiety. Zestawienia udziałów męsko-kobiecych w polskich publikacjach (przygotowane przez Wiolettę Grzegorzewską) pokazują, że bliżej nam do kraju sióstr Magdalenek. I ciągle bliżej nam do II fali (lata 70–80), kiedy Gorilla Girls statystykami walczą z dyskryminacją kobiet-artystek. Czy postulaty parytetowe w literackim świecie wydają ci się zasadne?

J.R.: Zdanie „wiersze kobiet stanowią 39%” jest niemądre, a drugie, które mówi, że „wzięto początkowo pod uwagę” groteskowe. Delikatnie mówiąc, trudno nie wyczuć kpiny w takim podsumowaniu dyskusji o „Solistkach”, w której, muszę przypomnieć, podnoszone były najczęściej argumenty wynikające ze statystyk zliczających osoby. Milczącym założeniem tych zestawień było założenie równości, równorzędności branych pod uwagę poetek i poetów. Myślę, że to założenie mogło być bulwersujące dla tych, którzy wątpią w siłę twórczości kobiet lub w ich zdolności albo też widzą wartość poezji tylko w zamkniętych kręgach. Podejście statystyczne, pomimo swoich wad, jest jakimś przybliżeniem i pozwala zarysować problem podreprezentacji kobiet na scenie poetyckiej. Stosuje się je oczywiście ze świadomością mankamentów metody. We wspomnianych dyskusjach ważne było też to, jak sądzę, że statystyki potwierdzały odczucia wielu osób – odczucia niewygodne, trudne do wyrażenia, bo obarczone, z kulturowego automatu, zarzutami roszczeniowości i braku pokory. Dlatego Twoje wyrażenie „narzędzie szturmowe” jest trochę zbyt brawurowe, to był raczej środek samoobrony. Zaś co do parytetu w świecie literackim, to trzeba uściślić jednak, o jakim parytecie mowa, gdyż świat literacki jest piękny i szeroki, a może wcale go nie ma. Myślę, że problem porządkuje się następująco: nikt nie może narzucić proporcji, natomiast te proporcje istnieją; tzn. mamy pewne liczby zdolnych poetek i poetów publikujących wiersze i książki. Z drugiej strony, mamy scenę poetycką, która powinna odtwarzać sprawiedliwie proporcje pierwotne związane z talentem, jakością, a czasem nawet z intensywnością twórczości. Moja intuicja jest taka, że proporcje te wynoszą 1:2, co oznacza, że np. w liczniejszych zbiorach recenzji, w szerszych przeglądach i antologiach, w rocznych rozrachunkach czasopism czy w przypadkach większych festiwali pretendujących do przedstawiania poezji polskiej itp. nie można mówić o pomijaniu kobiet, gdy co trzeci poeta jest kobietą. Tyle jest bowiem autorek interesujących wierszy, które mogłyby ubogacić, jak by nie powiedział Bohdan Zadura, każdą szerszą, publiczną prezentację poezji. Jeżeli proporcje są inne, co miało miejsce między innymi w całkiem szeroko zamierzonych antologiach, to powinno istnieć porządne uzasadnienie, tak żeby osoby odpowiedzialne za dobór nie spotkały się z zarzutami dyskryminacji czy ograniczenia. Choć zdarzyło się w przypadku antologii poznańskiej „Powiedzieć to inaczej”, że antologiści posłużyli się brakiem poetek (znalazła się w ich panteonie liryki nowoczesnej tylko Krystyna Miłobędzka) jako narzędziem promocyjnym. Mogli się przy okazji tym brakiem pochwalić.

M.G.: Do tej pory krytycznoliteracka refleksja dotycząca młodej (mam na myśli roczniki 70. i 80.) poezji kobiecej ograniczała się do doraźnych recenzji publikowanych na łamach prasy literackiej. W takiej formie wchodzi również w obręb książek prominentnych krytyków (m.in. Karola Maliszewskiego, Piotra Śliwińskiego). Próby syntetyzacji podjęli się jedynie: Marian Stala i Anna Kałuża w „Poezji kobiecej. Kilku uwagach o kilku tomikach jednego rocznika i jednej płci” (ograniczając swoje rozpoznania do poezji roczników 70.), obraz „poezji ostatnich lat, pisanej przez kobiety” zakreślony zostaje w posłowiu „Solistek” oraz w tekście „Lista (nie)obecności i sztuka uważnego czytania. Poezja tworzona przez kobiety po roku 1989” Kamili Pawluś. Antologia sprowokowała niemały boom recenzencki, dotyczący tak wrażliwego wcześniej tematu. Jak oceniasz tę recepcję?

J.R.: Ukazało się mnóstwo recenzji w czasopismach kulturalnych, a nawet w prasie wysokonakładowej. To było oczywiście wspaniałe, pomijając kilka nieinteligentnych ataków. Nie miały natomiast „Solistki” recenzji w dwóch bardzo ważnych i szanowanych czasopismach – w „Odrze” i „Twórczości”. Także „Gazeta Wyborcza”, której działem kulturalnym kierował wówczas pan Grzymisławski, nie napisała o pierwszej antologii poezji kobiet ani słowa, podobnie uwrażliwione na sprawy kobiet, postępowe „Wysokie Obcasy”. Uważam to za znaczące. Rzeczy, o których się milczy, nie istnieją. Recepcja jest bezcenna, prawie każda daje do myślenia. Brak jej daje tylko powód do domysłów. Mam nadzieję na więcej zainteresowania w najbliższych latach. Temat jest trudny i żeby dokonać syntezy wymaga pogłębienia. Może ktoś zdecyduje się na zbiór tekstów krytycznych skupionych wyłącznie na poezji kobiet.

M.G.: Porzućmy może metody ilościowe i przejdźmy do jakościowych. Koncepcje specyficznego dyskursu kobiecego oskarżane były o esencjalizm, z kolei te rozmywające ramy podmiotowości kobiecej – o apolityczność. Kolejny spór dotyczy gettoizacji przeciwstawionej otwartości kategorii pisania kobiecego. Bipolarne zarzuty można by mnożyć w nieskończoność. Czy istnieje specyfika kobiecego idiolektu?

 J.R.: Podczas seminarium „Wspólny pokój” (prowadzonego przez Joannę Mueller), które poświęcone jest prozie i poezji kobiet, ten legendarny idiolekt nieraz dawał się nam we znaki. Głównie przez ciężar gatunkowy, ale zawsze w wyobraźni pojawiały się wtedy ratunkowe „inne lektury” – teksty możliwe, wymykające się częściowo lub całkiem temu idiolektowi, w różnym stopniu inne. I tak jak w rachunku zbiorów istnieje podzbiór i jego dopełnienie albo dwa zbiory mają część wspólną, tak też idiolekt kobiecy – zidentyfikowany może być całkiem lub w części porzucony. Ponadto posiada on zdolność zmiany. Dziś mówimy głosem kobiecym, jutro możemy nawet zapomnieć, że kobietami jesteśmy.

M.G.: Wydaje się, że większość wpływowych feministycznych koncepcji sprowadza się do paradoksu tworzenia kobiecej wspólnoty w różnorodności. Jakie zatem kryteria towarzyszyły selekcji tekstów do „chóru solistek”?

J.R.: Ciekawe, że powtarzasz to zestawienie – „chór solistek”. Do chóru solistki się nie nadają. Poetki z naszej antologii nie byłyby w stanie „wykonać jednego utworu” i to jeszcze pod batutą. Dlatego przygotowując antologię, nie zapisywałyśmy do chóru. Kryteria były po pierwsze formalne związane z rocznikami i latami debiutu, ponadto dotyczyły wyrazistości, oryginalności, samodzielności i odmienności. W końcu liczyły się tylko wiersze – dobre, mające znaczenie i kompozycja książki wartkiej, atrakcyjnej dla czytelników. Istniało też ograniczenie dotyczące liczby autorek. Myślę, że oparłyśmy te antologię na różnorodności. Natomiast wspólnota, która się zawiązała, nie miała u podstaw różnic, tylko pewne wspólne postawy. Np. mogło to być osobiste przekonanie, że nie odcinamy się od kobiecości i sensownych działań kobiet albo że pewne doświadczenia związane z twórczością są nam wspólne, rozumiemy je i widzimy potrzebę solidarności.

M.G.: Jeszcze nie tak dawno, zaledwie parę lat temu, poetki pytane przeze mnie o stosunek do feminizmu odżegnywały się gorączkowo. Dziś Joanna Mueller prowadzi cykl spotkań poświęconych współczesnej poezji i prozie kobiet, Julia Fiedorczuk na pytanie o to, czy pisze literaturę kobiecą, ochoczo odpowiada: tak! Nastąpił jakiś przełom? Pierwsza fala odrobiona?

J.R.: Na seminarium Joanny Mueller nie tyle praktykowałyśmy feminizm, co próbowałyśmy określić tożsamość pisarską kobiet, w tym naszą, a także to „czym, jak i dlaczego” kobiety piszą. To był rodzaj rekolekcji. Odżegnywanie się od kobiecości wydaje mi się dziś raczej idiotyczne, chyba, że dla eksperymentu lub zabawy. Natomiast na pytanie „czy pisze pani poezję kobiecą” mogą, jak sądzę, padać nadal różne odpowiedzi. Zależy kto, z jaką intencją i w jakim kontekście pyta. Kłopot z tym pytaniem wynika nie tyle z kompleksów, co z tradycji, która wyhodowała w nas alergię. To uczulenie uzbraja nas po zęby.

M.G.: Masz nowe plany redaktorskie? Solistki kończą na jednym występie? Bo orkiestra, zdaje się, gra dalej.

J.R.: Myślałam o „Solistkach bis” za rok lub dwa, dlatego, że pojawiły się nowe zdolne dziewczyny. Uważam też, że potrzebna, konieczna wręcz, jest solidna antologia poezji kobiet od 1945 roku do dzisiaj. Decyzje jednak należą do wydawców. Pomimo rozmaitych doświadczeń, myślę, że podjęłabym się takich wyzwań. Niewiele więcej mogę zrobić... chyba, że przebiegnę Maraton Warszawski „w sprawie” poezji kobiet. Może wówczas wzmianka o niej znajdzie się w „Gazecie Stołecznej” albo nawet w dziale sportowym „Wysokich Obcasów”. Tak, to by była recepcja.