Wydanie bieżące

1 marca 5 (197) / 2012

Katarzyna Szopa,

Z ZABAW I GIER DZIEWCZĘCYCH

A A A
Wszystko zaczyna się od mozolnego drążenia w głąb, od powolnego kawałkowania rzeczywistości, od stopniowej eksploracji ciała – „dlatego / w tej ziemi siedzi się cicho”, jak w czasie zabawy w ciuciubabkę. Poezja młodej debiutantki, Urszuli Kulbackiej, wywołuje podrażnienia i gęsią skórkę na skórze czytelnika; w przewrotny sposób wabi i bawi, jak prostota dziecięcych opowieści. Pełna zabawkowych rekwizytów, na przykład lalek, matrioszek, drewnianych karabinów i z konikiem na biegunach, stopniowo, wers za wersem, odsłania drugie dno, bo, podobnie jak większość bajek, skrywa historie pełne okrucieństwa. Przeddebiutancki cykl wierszy Kulbackiej układa się w minihistorie, bowiem utrzymana w konwencji liryki narracyjnej poezja ta naznaczona jest tęsknotą za opowieścią. Poetka opowiada nam o bólu dorastania, o śmierci, o niewypowiedzianej traumie, o stracie; drażni wyjątkowością swoich spostrzeżeń, niepokoi wspólnotą doświadczeń. Wybija z rytmu.

Kulbacka niezwykle umiejętnie pogrywa z czytelnikiem, zupełnie jak aniołek i diabełek z Bursowego wiersza. I tak właśnie czytelnik daje się zwabić sielankowej atmosferze wyczuwalnej w poezji Kulbackiej, pełnej zabaw dziecięcych, których czyhającymi i nieodwracalnymi rewersami są zima i śmierć. Tu nawet dziecięcy śmiech antycypuje tragedię: „kiedy klucz zacina się w drzwiach, chłopiec po drugiej / stronie śmieje się do łez” („mimikra”). I tak właśnie odkrywamy, że lalki nie służą do zabawy, ale uosabiają potworność i monstrualność ludzkiego ciała, a konkretnie ciała anorektyczek: „lalek się nie karmi. Takie już zostaną: blade i chude. / dziewczynki wołają na nie twiggy, bo nie ma wdzięczniejszego / imienia” („podrażnienia”). Bohaterowie poezji Kulbackiej, z jednej strony wkraczający w dorosłość, z drugiej silnie uwikłani w dziecięcość, wciąż nie wyzbyli się młodzieńczych lęków i koszmarów głównie związanych z dorastaniem – wszak starość w czarnej wołdze pozostaje cichą towarzyszką wszystkich zabaw. Dodatkowo momenty przecinania opowieści kolejnymi przerzutniami wywołują niepożądaną ciszę, stają się niepokojącymi dysonansami i budują napięcie, jak w scenach z horroru („na razie tnie dywan // biegunami”; „mimikra”). Taki sposób rozbijania narracji Elaine Sholwater nazywa „opowieścią histeryczną”, swoistą „her-story”, która jest niczym innym jak zaburzeniem mimetyzmu (a nawet chciałoby się dodać, że jest „schorzeniem” mimetyzmu). Nie da się ukryć, że postaci przewijające się przez wiersze Kulbackiej są bohaterami histerycznymi: „dziewczynki – wariatki / i chłopcy – mechanicy trzewi” („nie sadź, a nie będzie żniw”).

Kulbacka umiejętnie wykorzystuje stary, ludowy motyw cykliczności, wedle którego kobiece ciało współgra ze zmianami pór roku i staje się metaforą, podobnie jak sama natura, ziemi, nosicielki bólu. Letnie snopy światła otwierają rany, ukryte głęboko pod skórą, a oswajanie się z cierpieniem polega na jego zagłuszaniu, na „zasypywaniu” szczelin, w których „pulsuje światłoczułe”. Wraz z nadchodzącą zimą atmosfera wierszy gęstnieje, zabawa cichnie, a doświadczenie traumy staje się niewyrażalne, wręcz duszące: „wtedy pyli pokrzywa, wszystko // inne od dawna zalega w płucach, zagradza / przejścia. za domem gęstnieje szarówka. / kaszel” („przerębla”) lub zastygłe: „ale łkanie zestaliło się w gardle, jak galaretka” („dostaniesz niedojrzały owoc”). Nie tylko dzieciństwo, ale również macierzyństwo konotuje takie uczucia, jak radość, cierpienie i strach, ale też ciężar („zima jest ciężka, jak odkarmione dziecko”, „dostaniesz niedojrzały owoc”). Poetka w niezwykły sposób opowiada o matczynych doświadczeniach przyjścia na świat dziecka, ale również o jego śmierci i o tym, co pozostaje – a pozostaje doświadczenie niewyrażalności. W tym przypadku poezja Kulbackiej podąża przetartą już ścieżką i potwierdza znany truizm, że język przestaje być narzędziem wyrażalności, sposobem na opisywanie bolesnych doświadczeń. To właśnie krzyk i cisza zastępują moc słowa: „trzeba będzie odrywać krzyk od języków // opowiadać matkom” („przerębla”), choć jest to świat, w którym przecież „stróżuje język” („podrażnienia”). Przymus komunikacji stwarza paradoksalny problem niemożności wypowiadania, nazywania czy dookreślania i staje się przyczyną zahamowania dziecięcej, ale też artystycznej, spontaniczności.

Opowieści Kulbackiej konstruowane są podobnie jak filmowe kadry, gdyż odsłaniają poszczególne migawkowe ujęcia, które nigdy nie tworzą spójnej całości – składają się raczej na coś w rodzaju „widziadła”, a narracja jest poszatkowana momentami niedopowiedzeń. Na przykład cykl wierszy „drążenie” skonstruowany jest warstwowo, niczym rosyjska matrioszka odsłaniająca pomniejsze warstwy. Czytanie tych wierszy samo w sobie jest zabawą z poetyckim konceptem: odlepianie kolejnych warstw ukrytych sensów, rozszyfrowywanie labiryntów niedopowiedzeń i niedomówień, chwile zawieszenia pomiędzy strofami, i samo drążenie po prostu, odsyłają do krainy dzieciństwa pełnego tajemnic, ale zawsze zmagającego się z dorosłością. Zarówno oswajanie jak i mimikra są poetyckimi strategiami radzenia sobie z bólem inicjacji, za którą czai się śmierć. Dlatego jest coś niepokojącego w atmosferze tych wierszy, których opowieść zostaje urwana lub skłania ku uporczywie zalegającej ciszy. Niepokój ten napędza nieustanny głód odsłaniania kolejnych warstw historii bez końca. Poezja Kulbackiej podrażnia czytelnicze zmysły, jest jak „skrzypienie w oku”. Przede wszystkim pozostawia niedosyt za dalszym ciągiem tych niezwykłych opowieści.