Wydanie bieżące

15 marca 6 (198) / 2012

Przemysław Pieniążek,

NOSTALGICZNA ADORACJA

A A A
Brawurowe występy w filmach „Mężczyźni wolą blondynki” Howarda Hawksa, „Słomiany wdowiec” Billy’ego Wildera oraz „Przystanek autobusowy” Joshuy Logana ugruntowały pozycję Marilyn Monroe na niwie amerykańskiej kinematografii, czyniąc z niej jedną z najpopularniejszych aktorek swoich czasów. Z faktu tego skwapliwie skorzystał Sir Laurence Olivier, rozpoczynając w 1956 roku pracę nad „Księciem i aktoreczką” – kinową adaptacją sztuki „The Sleeping Prince” Terence’a Rattigana, w której z powodzeniem występował u boku swojej ówczesnej żony, Vivien Leigh. To na jego zaproszenie hollywoodzka gwiazda przybyła do Londynu wraz ze świeżo poślubionym trzecim mężem, dramaturgiem Henrym Millerem oraz Paulą Strasberg (żoną legendarnego dyrektora Actors Studio), przyjmując rolę pięknej Elsie, która – jak wkrótce miało się okazać – była jednym z trudniejszych wyzwań aktorskich w jej karierze. Obowiązek zorganizowania wygodnego zakwaterowania dla Monroe i Millera na czas ich pobytu w Anglii spoczął na barkach debiutującego w branży filmowej Colina Clarka – przyszłego pisarza i dokumentalisty. Kiedy okoliczności zobligowały męża aktorki do podjęcia decyzji o powrocie do Stanów Zjednoczonych, nieopierzony asystent reżysera nieoczekiwanie awansował na powiernika Marilyn, a jego spontaniczność, ujmująca szczerość oraz młodzieńczy entuzjazm zapewniły ponoć gwieździe siedmiodniową ucieczkę od ciężaru hollywoodzkiego blichtru.

Ów stosunkowo mało znany epizod z barwnego życiorysu ikony Fabryki Snów stał się fundamentem pełnometrażowego debiutu reżyserskiego Simona Curtisa, brytyjskiego producenta oraz twórcy filmów telewizyjnych. Wykorzystując scenariusz autorstwa Adriana Hodgesa, bazujący na dwóch wspominkowych publikacjach zmarłego przed dziesięcioma laty Colina Clarka, czyli dzienniku „Książę, aktoreczka i ja” (1995) oraz „Mój tydzień z Marilyn” (2000), Curtis zrealizował kameralną i do bólu sentymentalną opowieść o czasie młodzieńczej inicjacji, utracie niewinności oraz przemijaniu, w której funkcję filmowego spiritus movens pełni efemeryczne spotkanie dwóch pozornie nieprzystających do siebie światów.

Dzieło Curtisa stanowi nie najgorszy, choć w znacznym stopniu niewykorzystany przyczynek do refleksji na temat popkulturowego fenomenu Normy Jeane Mortenson Baker, która z biednej, wychowującej się w sierocińcu i rodzinach zastępczych dziewczyny awansowała do roli kuszącego fantazmatu od dekad kolonizującego zbiorową podświadomość (nie tylko) kinomanów. W „Moim tygodniu z Marilyn” portret gwiazdy (w tej roli nominowana do Oscara Michelle Williams) krystalizuje się jako suma indywidualnych odczuć oraz subiektywnych punktów widzenia pozostałych bohaterów filmu. Monroe niepodzielnie przyciąga uwagę słodkim magnetyzmem, ale także zmysłową siłą kobiety fatalnej, nieubłaganej pożeraczki męskich serc. Równocześnie jednak spod nałożonej przez Hollywood maski bogini seksu o platynowych blond włosach oraz namalowanym pieprzyku przebija oblicze zagubionej istoty onieśmielonej skalą swojej popularności, uciekającej przed zastępami nękających ją osobistych demonów w alkohol, barbiturany oraz kolejne nieszczęśliwe związki, za wszelką cenę pragnącą uwolnić się od ograniczającego i uprzedmiotawiającego ją wizerunku „amerykańskiego ciała”.

Pełniący w filmie funkcję narratora Colin (przekonujący Eddie Redmayne) postrzega Marilyn nie tyle jako ucieleśnienie rozbudzającego zmysły piękna, co jako inkarnację mesmerycznego czaru kinematografii. Ta ostatnia jawi się bohaterowi niczym bardziej wzniosły, pełniejszy wymiar egzystencji, chwilami jednak przypominający o swojej niejednoznacznej, zwodniczej naturze. Sir Laurence Olivier (nominowany do Oscara Kenneth Branagh) początkowo traktuje Monroe czysto instrumentalnie, rozważając jej udział w „Księciu i aktoreczce” w kategoriach wykalkulowanego chwytu marketingowego, zdolnego zapewnić satysfakcjonujący poziom frekwencji na widowni. Z czasem jednak dostrzega w niesfornej gwiazdce prawdziwy talent, którego orędowniczkami od samego początku wydają się towarzysząca Marilyn niemalże na każdym kroku Paula Strasberg (świetnie dobrana Zoë Wanamaker) oraz Dame Sybil Thorndike (jak zwykle niezawodna Judi Dench).

Cienie na wizerunku Monroe kładą się natomiast za sprawą przemycanych na marginesie refleksji Miltona Greene’a (przekonujący Dominic Cooper), autora najsłynniejszych fotografii Marilyn, będącego niegdyś najbliższym przyjacielem oraz powiernikiem gwiazdy, teraz z zazdrością, ale także ze zrozumieniem patrzącym na szczeniackie podchody jej nowego adoratora. Ambiwalencją nacechowana jest także relacja łącząca aktorkę z Arthurem Millerem (minimalistyczny Dougray Scott), ewidentnie niepotrafiącym znaleźć sobie miejsca zarówno w publicznym, jak i prywatnym sektorze życia artystki.

Twórcy „Mojego tygodnia z Marilyn” postanowili jak najpełniej oddać realia dni upływających zarówno na planie, jak i za kulisami powstającej produkcji. Kręcony w londyńskiej scenerii film (ze szczególnym uwzględnieniem studia, gdzie pół wieku wcześniej powstawało dzieło Oliviera) udatnie odtwarza ducha epoki nie tylko za pomocą rzetelnej pracy scenografów i kostiumologów, ale i podtrzymujących klimat nostalgii zdjęć autorstwa Bena Smitharda, odnajdującego wiele ciekawych, inspirujących rozwiązań wizualnych w klasycznych pracach malarza i fotografa, Saula Leitera.

Jednym z niewątpliwych atutów dzieła Simona Curtisa jest trafnie dobrana obsada, o czym świadczy brawurowy występ Kennetha Branagha sprawdzającego się w roli swojego artystycznego mentora. Na uwagę zasługuje także drugoplanowy występ Julii Ormond (zastępującej wcześniejsze kandydatki w osobach Catheriny Zeta-Jones oraz Rachel Weisz) jako dojrzałej, świadomej własnej przemijalności oraz przeczuwającej zbliżający się koniec jej małżeństwa Vivien Leigh. Przytłaczająca większość krytyków ocenia aktorski oraz wokalny występ Michelle Williams (dziedziczącej rolę po Scarlett Johansson, Kate Hudson i Elaine Hendrix) jako najlepszy i najważniejszy w jej karierze. Przygotowując się do roli, amerykańska artystka – mająca w swoim dorobku interesujące kreacje w takich filmach, jak „Tajemnica Brokeback Mountain” Anga Lee (2005), „Synekdocha, Nowy Jork” Charliego Kaufmana (2008) czy „Wyspa tajemnic” Martina Scorsese (2010) – poświęciła sześć miesięcy na lekturę biografii Monroe (w tym dzienników oraz listów autorstwa tragicznie zmarłej gwiazdy), studiowanie zdjęć, słuchanie nagrań oraz oglądanie filmów z jej udziałem.

Konieczność przybrania na wadze oraz uczestnictwa w szeregu zajęć z choreografem, pomagającym Williams przyswoić charakterystyczny chód Marilyn, szła w parze z zaangażowaniem charakteryzatorki Jenny Shircore, próbującej za pomocą fryzjerskich sztuczek oraz intensywnego wizażu choć w minimalnym stopniu upodobnić aktorkę do tytułowej bohaterki filmu. Mimo iż efekt jest daleki od doskonałości, nie sposób odmówić Williams zmyślnego wykorzystania technik artystycznej ekspresji (charakterystyczna gestykulacja, oddająca spory wachlarz emocji mimika oraz z miejsca rozpoznawalny sposób mówienia), świadomie utrwalających legendę Monroe jako ponętnej, pełnej sprzeczności enigmy.

Rozczaruje się jednak ten, kto „Mój tydzień z Marilyn” zamierza potraktować jako wyczerpującą analizę fenomenu amerykańskiej gwiazdy lub wnikliwe studium na temat mitologizującego potencjału kinematografii czy mrocznych aspektów przemysłu filmowego. Film Curtisa pozbawiony jest owego pazura, który przedarłby się przez gruby kokon przytaczanych na wszelkie możliwe sposoby powszechnie znanych faktów, spekulacji oraz wyświechtanych stereotypów, docierając równocześnie do wolnej od egzaltacji sfery emocjonalnej bohaterki filmu. Aby to osiągnąć, twórcy „Mojego tygodnia z Marilyn” musieliby sięgnąć po zupełnie inny kaliber literatury, jaki reprezentuje chociażby „Blondynka” Joyce Carol Oates – sugestywnie, choć z wyczuciem obnażająca dramat aktorki zapadającej się pod ciężarem własnej legendy. Adaptacja książek Colina Clarka to po prostu sprawnie zrealizowana, słodko-gorzka oraz skrzętnie unikająca kontrowersji opowiastka okraszona nostalgicznymi pasażami muzycznymi autorstwa Conrada Pope’a oraz Alexandre’a Desplata, w oczywisty sposób skrojona pod gusta członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Naprawdę szkoda.
„Mój tydzień z Marilyn” („My Week with Marilyn”). Reżyseria: Simon Curtis. Scenariusz: Adrian Hodges. Obsada: Michelle Williams, Kenneth Branagh, Eddie Redmayne, Emma Watson, Judi Dench, Dominic Cooper, Julia Ormond, Zoë Wanamaker i in. Gatunek: dramat biograficzny. Produkcja: USA / Wielka Brytania 2011, 99 min.